Trauma, Dead Infection, Nuclear Holocaust, Slaughter of the Souls; Rzeszów, Klub Vinyl; 22.10.2016

di-rzesz

Na samym początku muszę zaznaczyć, że będzie to relacja dość uboga w treści. Nie dlatego że drużyna Chaosa po raz kolejny najebała się w przysłowiowego trupa wódką czystą, tudzież innymi wysokoprocentowymi napojami wyskokowymi. Nie. Nie dlatego. Przyczyną stanu tej relacji jest fakt, że ten wieczór miał dla mnie jedną „gwiazdę”. Dead Infection! To tylko ta kapela przyciągnęła mnie w sobotni wieczór do klubu „Vinyl”. Pogoda była paskudna i gdyby nie magnes w postaci tych grind – wariatów zapewne zostałbym w domu i popijał herbatę (starość kurwa nie jest usłana różami).

Ale się pofatygowałem. Wieczór rozpoczął się od piwnej rozgrzewki, po której pomaszerowaliśmy do klubu. Ciekaw byłem, jak wygląda sprawa nagłośnienia po remoncie. „Vinyl” przez wakacje przeszedł lekki lifting. Zmieniło się nagłośnienie, scena została wygłuszona. Brzmienie tego wieczoru było wykręcone na przyzwoitym poziomie, więc chyba jest ok. Akustykiem nie jestem. Jak nie ma ściany dźwięku, to już jest dobrze.

Gdy wparowaliśmy do klubu Slaughter Of The Souls już zaczęło swój show. Nie ciągnęło mnie jakoś pod scenę, więc udałem się najpierw zobaczyć czy stoją rowery, a następnie pomaszerowałem do źródełka. Zakupiwszy złocisty napój, skierowałem się na salę koncertową. Ludzi jeszcze było mało, więc chwil kilka poświeciłem na oglądaniu tego, co się dziej na deskach Vinyla. A co się działo? Chłopaki grali sobie metal. Całkiem chwytliwy death/thrash. Publika jednak nieruchawa. Ze sceny też ani fajerwerki, ani ognie nie strzelają – idę, więc na fajkę. Ciekawostka. Kiedyś w „Vinylowej” palarni nic nie było słychać. A w zasadzie było słychać tylko dudnienie i hałas. Teraz wejście jest w innym miejscu i wszystko słychać doskonale. Rzekłbym nawet, że lepiej niż na sali koncernowej. Zapewne, dlatego udało się nam wyłapać bardzo charakterystyczny riff coveru zagranego na koniec. Dobrze, że goście zrobili coś takiego. Pewnie niewielu ich zapamięta, ale zawsze to będzie kapela, która: „Przed Traumą fajnie zagrała Slayera”.

W zajętej loży siedziało się przyjemnie, do klubu wbijało coraz więcej znajomych. Piwko się lało. Skutkiem czego zasiedzieliśmy się nieco i wyszło na to, że występ Nuclear Holocaust cały przesiedzieliśmy w kuluarach, do których dobiegały przyjemne dźwięki grind/death metalowego wałkowania. Sorry chłopaki, ale w ostatnim czasie można was było tyle razy zobaczyć na żywo, że tym razem postanowiłem sobie darować. Nuclear Holocaust gra skoczną, koncertową muzykę, z płyt wypada też niczego sobie, ale tym razem piwo i pogaduszki wygrały. Gdy pod koniec występu chłopaków ze Świdnika udałem się oddać mocz, zauważyłem wyraźne zagęszczenie ludzi w lokalu. Nie było ścisku, ale frekwencja zaczęła być słuszna. Zerknąłem też na stoiska. Kapele przywiozły sporo gratów. Liczyłem na pewną koszulkę Dead Infection z makownikiem, ale niestety nie mieli… A szkoda, bo to prawdopodobnie byłaby jedyna koszulka metalowa, w której mógłbym wybrać się w odwiedziny do babci hehe. Sporo było płyt, ale większość interesujących mnie pozycji już mam w kolekcji, więc po raz kolejny zainwestowałem w rzeczy niematerialne.

Już z piwkiem pomaszerowałem pod scenę, żeby zobaczyć Dead Infection. Wygrzebałem z archiwów Internetu datę, kiedy ostatnio ich wdziałem. Było to dokładnie 19 października 2003 w towarzystwie Toxic Bonkers i Abysal. Piękne to były czasy. Skład Dead Infection był radykalnie inny, a mi smakowało jeszcze wino marki „Mazowieckie”. Do tej pory pamiętam ten koncert. Szczególnie utkwił mi w pamięci fakt, że myśleliśmy z kumplami, że gra tam kapela Toxic Bunkers. Bo przecież nie można się tak kretyńsko nazywać, jak „Toksyczne Pierdy” hehe. Człowiek młody był, głupi i życia nie znał. Dobra, ale w końcu jest. Zaczyna się. Niewielkie problemy techniczne z mikrofonem przedłużyły rozpoczęcie koncertu o czas, w który zagraliby z 5 numerów. Problemy te były wywołane przez wybitnie najebanego dżentelmena, który chciał dobrze, a wyszło jak zwykle. Przy pierwszych dźwiękach jednak odkupił swoje grzechy dokładnie froterując własnym ciałem podłogę pod sceną. Co za poświęcenie! Ale wróćmy do muzyki. Zmiany w porównaniu ze „starym” składem od razu rzucają się w oczy. Po pierwsze na scenie pojawiła się płeć piękna. Sam ten fakt wywołał sensacje wśród publiki. Czekałem tylko aż któryś z będących bardziej pod wpływem dżentelmenów podejdzie do sceny z kwiatami i złotym pierścieniem. A propos. Na wokalu pan z Incarnated. I jedzmy z koksem. Lubię grindowe koncerty, bo mają one zajebisty luz. Ludzie się bawią, muzycy się bawią, a z głośników lecą najróżniejsze obrzydlistwa. Gdy poleciało „Let Me Vomit” to już nie wytrzymałem i udałem się w tany. Dołączyłem tym samym do redaktora Oracle, który już wesoło podrygiwał w niewielkim, acz zaangażowanym młynie. Okazało się jednak, że nie każdy rozumie zasady podscenicznego savoir vivre’u i odepchnięcie może być odebrane, jako brutalny atak na nietykalność cielesną. Redaktor Oracje po raz kolejny przekonał się o tym. Jeden osobnik skarcił go słownie za „brutalne odepchnięcie”. Cóż zrobić. Takie czasy. Dla niektórych właściwym miejscem do zabawy jest piaskownica, albo koncerty Akurat czy innego Happysedesu. Nie zaważając jednak na to nieporozumienie, bawiliśmy się dalej w najlepsze. Wkurzały mnie jedynie spore przerwy między numerami. W sumie to w tym czasie mogliby zagrać z 20 kawałków. Albo i więcej. Czas minął mi błyskawicznie. Nie wiem ile grali, bo nie patrzyłem na zegarek, ale ja byłem usatysfakcjonowany. Ekipa Cyjana nie dała się jednak wyciągnąć na bis. Zebrali graty i ulotnili się na sceniczne zaplecze. Czy mi się podobało? Pewnie! Zajebista zabawa! Miałem jednak inne wyobrażenie o tej kapeli. Kiedy wdziałem ich ostatni raz po scenie miotał się najebany jak szpadel Jaro w swojej zajebistej czapeczce. Dzicz była i rozpierdol. Ja byłem również w podobnym stanie upojenia alkoholowego. Ale to było 13 lat temu. Każdy się posunął wiekiem. Drunk Infection – to se ne vrati! Sentymentalnie się nieco zrobiło hehe.

Sentymenty te postanowiłem utopić w kolejnym browarku. Zajęliśmy miejsca w palarni i w towarzystwie kolejnych znajomych prowadziliśmy zawzięte konwersacje o najnowszych wydawnictwach płytowych. Dla mnie koncert się w zasadzie zakończył, więc i Traumę postanowiłem posłuchać z dala od sceny. Wdziałem ich już tyle razy… Poza tym moje zainteresowanie tą kapelą skoczyło się mniej więcej na płycie „DetermiNation”. Ale żeby nie było. Nadal uważam, że „Suffocated in Slumber” to zajebisty materiał, a „Crash Test – Live” to jedna z fajniejszych polskich koncertówek. Potem to już trochę za techniczne granie, za „nowoczesne” brzmienie. Dobiegło do moich uszu „Suffocated in Slumber”, ale nie wstałem i nie pobiegłem pod scenę. Sączyłem sobie spokojnie piwko a event trwał dalej. Koniec imprezy oznajmiła wymowna cisza. Dopiłem browarka, zawinąłem manele i zahaczając jeszcze o przysmaki kuchni orientalnej, udałem się na spoczynek. To był jednak dobry wieczór.

Podróż sentymentalna do lat młodości. Dead Infection już nie to samo. Ja też nie jestem tym samym człowiekiem. Ale jebać to. Dopóki ruszasz dupę na koncerty – żyjesz!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *