Cholernie cenię sobie ten zespół, dlatego też, gdy dowiedziałem się, że Trauma odwiedzi Rzeszów, moje małe metalowe serduszko zabiło jakby szybciej, ot powiedzmy w rytm „Suffocated In Slumber”, hehe. Grzecznie udałem się więc do rzeszowskiego klubu Od Zmierzchu Do Świtu, by nausznie i naocznie przekonać się, co pokaże nam ekipa Mistera króciutko po premierze nowego albumu. I już na dzień dobry, albo raczej – dobry wieczór – pierwszy zgrzyt. Taa, tradycyjnie niska frekwencja, a to przecież godzina 20 już była, czyli start pierwszej kapeli. Ale z czasem ludzi zaczęło się schodzić, obawy więc minęły.

Na pierwszy ogień poszła nieznana mi w ogóle wcześniej lokalna kapela o nazwie Cohors Praetoria. Hmm… okultystyczne symbole w logo zespołu sprawiły, że przygotowałem się na krew i zarazę, a dostałem… słodki, rozlazły melodyjny „death”/thrash metal zaserwowany przez młodzieńców, którzy wyglądali jakby z egzaminu tyle co przyszli. No nad łóżkami to im dyndają niechybnie plakaty In Flames i im podobnych, bo drugi numer, jaki odegrali to w ogóle żywcem zerżnięty z twórczości Szwedów. Nie wiem, który to był koncert w historii Cohors Praetoria, pewnie jeden z pierwszych, a przynajmniej tak to było słychać. No strasznie biednie, a do tego męczyli się na tej scenie przez pół godziny. A do tego męczyli i mnie i kilka innych osób, które pofatygowały się na salę.

No niestety, po takim koncercie nie pozostało mi nic innego, jak tylko przepić sprawę, udałem się tedy z kumplem do wodopoju, po butelkę Zwierzyńca. Mniamniusie. Ale po chwili podreptałem schodkami z powrotem na górę, bo właśnie zainstalował się następny support – Carrion Crown im na imię było. O tym zespole wiadomo mi tyle co i o poprzednim, czyli nic. Kumpel jedynie, który ich kojarzy zwrócił mi uwagę, bym z kolei ja zwrócił uwagę na pałkera zespołu. No i faktycznie, koleś niezły całkiem był. A co do muzyki – taki miks thrash metalu, z heavy i lekkim death metalowym nalotem. Misz masz innymi słowy. No cóż, było lepiej niż w przypadku poprzedników, ale daleko mi było do krzyków rozkoszy. Szło im całkiem sprawnie i gdyby nie ostatni kawałek, rzekłbym nawet, że zagrali żwawy energetyczny set. No ale niestety, rzeczony ostatni utwór jakiś taki zmulony był, riffy ciągnęły się i ciągnęły i ciągnęły, jak polonez pod górkę. Ale można na nich zwrócić uwagę na przyszłość. Zobaczymy co tam Carrion Crown wymodzi.

Trzecią grupą był niewątpliwie najbardziej znany zespół z tych lokalnych kapel, które zabawiały gawiedź zgromadzoną w Od Zmierzchu Do Świtu. Mowa o Banisher, którzy, można by rzec, mają już swoją publiczność w Rzeszowie. Dwie demówki na koncie zostały całkiem nieźle przyjęte przez „krytykę” i ja się w sumie nie dziwię, bo z tego co usłyszałem, to zespół ma potencjał. Na scenę wyszli w uniformach, podobnych do kombinezonów mechaników samochodowych, stanęli tyłem, by zaprezentować publice jakiś znaczek na plecach. Ja tam prosty chłopak jestem i jeno pentagrama rozpoznać umiem, ewentualnie krzyż w pozycji „na Piotra”, więc skojarzyło mi się to ze znaczkiem Mazdy, hehe. Okej, nevermind, jak to się teraz mówi, bo muzycznie zespół pozamiatał całkiem zgrabnie – death metal odegrany w takim nowoczesnym stylu wypadł dobrze, kapela ruszała się na scenie, machali dreadami bądź owłosieniem naturalnym, tak więc i wizualnie się obronili. Wokalista z lekka czasem prosiakował, co osobiście niezbyt mi pasowało do muzyki, jaką para się Banisher, ale tragedii też nie było. Grali coś około czterdziestu minut, chyba nawet cover poleciał – Carcass bodajże, ale głowy nie dam, bo jeszcze bym ją stracił, a dosyć się do niej przywiązałem, że tak powiem. Dobra, rozwlekłem się trochę, ale drodzy czytelnicy zapamiętajcie, że Banisher ciała nie dał i koncert zagrał nam porządny. Choć szczerze mówiąc to ja przyszedłem przede wszystkim na jeden zespół.

Swoją miłość do Traumy wyznałem już na początku relacji, teraz jedynie utwierdzę Was w moich uczuciach. Zespół, tak się składa, wypuścił parę dni temu nowy album, w który to zaopatrzyłem się na koncercie zaraz po wejściu. Swoją drogą szkoda, że fani bardziej przy stoiskach z merchem skupiają się na koszulkach, niż na samych płytach, no ale z drugiej strony t-shirta z sieci nie ściągnie się, choćby się zesrało. Jako, że dumnie paradowałem w mojej wiekowej koszulce z okładką drugiego albumu Elblążan, pieniążka wydałem na „Archetype of Chaos”. I browary. I tak sącząc czekałem, aż Trauma wlezie na scenę. A jak już weszli, to… hmm… jakby tu ładnie ująć to zjawisko… rozpierdolili! Ładnie, co? Zaczęli od „Unable To React”. Na scenie cztery osoby, wraz z synem marnotrawnym – Chudym, który powrócił i bezbłędnie warczał do mikrofonu. Traumę widziałem już kilkukrotnie i za każdym razem mnie zabijali, tym razem nie inaczej było. Zwłaszcza, że set ułożony był jakby dla mnie, hehe. Bo oto i usłyszeliśmy „Dust (Kill Me)” i „Blade Under The Troath” i „Suffocated In Slumber” (kurwa, bez tego to bym ich ze sceny nie puścił, walnął bym się przy zejściu i strzelił „Rejtana”, hehe) i jeszcze parę innych. Do tego oczywiście poleciały strzały z nowej płyty, które również broniły się nieźle. No jak na tak niewielką publikę, to mini młyn złożony z kolesi, n których zawsze można liczyć, sprawiał przyjemne wrażenie. Wiem, bo uczestniczyłem czynnie, hehe. Obowiązkowo Rzeszowiacy usłyszeli też cover Slayer – tu już ręczę głową, hehe. Po skończonym secie Trauma zeszła ze sceny, ale za bardzo ich lubię, żeby ich tak puścić bez bisu. Cóż, zdarte gardło za mnie zaświadczy, ale zdziwiłem się, bo gdyby  kilku maniaków nie zaczęło drzeć się pod sceną „trałma trałma” to publika by sobie spokojnie poszła do domów. Ale w końcu udało się chłopaków wywołać i zagrali nam na koniec „Cortex Deformation” ze świeżutkiego albumu. A po nim już faktycznie był koniec.

Trauma oczywiście pozamiatała truchła pod sceną, no ale dziwne by było, gdyby stało się inaczej. Dobry set odstawił też Banisher, dwie pierwsze kapele natomiast co najwyżej przeciętnie. Ale dobrze, ze czasami organizuje się w Rzeszówku takie koncerty. Na następny raz na pewno się stawię. Stay Traum’ed!