Toxic Holocaust, Tester Gier, Ragehammer; Wrocław, Klub Liverpool; 15.07.2016

thDowiedziawszy się, że Joel Grind w wersji Toxic Holocaust znów nawiedzi Wrocław zatarłem ręce z radości. Szykował się zacny, muzyczny i taneczny wpierdol. Ale kiedy dowiedziałem kto będzie supportował, to byłem pewny, że stawię się na tym gigu, choćbym na kolanach miał iść. Jedno słowo: Ragehammer. I Wszystko jasne.

Do Wrocławia dotarłem nieco później niż zamierzałem, ale w czasie dopuszczalnym na tyle, by jeszcze wpaść do miejsca spoczynku, ogarnąć się, zjeść coś i można było ruszać pod klub. Sytuację nieco utrudnił fakt, że jak zawsze będąc we Wrocławiu infrastruktura miejska musi się w sposób złośliwie spierdolić. Tym razem padło na dojazd tramwajów w okolicach dworca PKS. Parę przesiadek jednak i do Liverpoolu stawiłem się z zapasem około piętnastu minut, co pozwoliło mi jeszcze dokonać zakupu długograja Ragehammera z rąk samego Prezesa (wyjściówka w cenie płyty na szczęście). Obok rozlokowały się stanowiska dodatkowo od Testera Gier i Toxic Holocaust, ale o ile Tester jeszcze miał jako taki wybór, o tyle u Toxiców… cóż, biednie, a szkoda bo myślałem, że będzie jakiś ciekawy wzór na koszulce. Warto też było zauważyć, że ludu było sporo, co cieszyło, bo obawiałem, się że z powodu Woodstocku większość narodu wyleci z miasta.

Kolejka po piwo była długa, a że Tymek i spółka grali pierwsi zdecydowałem się na poświęcenie i spragniony podreptałem pod scenę. Tam przybiwszy jeszcze piątkę z bdb kolegą pod barierkami czekałem, albowiem już poleciały pierwszy riffy, już Heretic Hellscream nabrał powietrza w płuca… i coś się zjebało ze sprzętem. Jednak po chwili już wszystko ruszyło z kopyta i Ragehammer uderzył z całą mocą dosłownie rozrywając publikę na kawałki.

RagehammerTo nie była muzyka… to była masakra. Riffy siały zniszczenie totalne, perkusja wespół z basem dorzynała sprawnie rannych zaś złorzeczący, pełen furii Tymek uwijał się na scenie, jak w ukropie wypluwając płuca. Na uwagę zasługuje niesamowita integracja z publiką, która chętnie śpiewała każdy kawałek. Nie trzeba było też długo czekać na zacny młyn, w którym po prostu musiałem wziąć udział, bo wierzcie mi nie można było ustać w miejscu. Zdarza się, że na żywo band brzmi gorzej niż na płycie, ale tu sytuacja była odwrotna – Ragehammer pokazał niesamowitą potęgę odstawiając mocarny występ i byłem pewny, że tego wieczora mimo wszystko to oni w mojej opinii zasługiwali na bycie headlinerem. Jeśli zaś idzie o odegrane kawałki, to poleciała przekrojówka ze wszystkich ich płyt (hehe… ) zaś pomiędzy uskutecznianiem zadawania obrażeń podczas pląsów wyłapałem „I’m the Tyrant”, „First Wave Black Metal” (podkreślone wezwaniem ze sceny „Klękać przed Runnig Wild, kurwa!”), Hate Command”, rzecz jasna był też genialnie odegrany „Wróg” oraz cover na bis. Sądzicie, że Klenczon? HA! Nic z tych rzeczy! Poleciał cover Gehennah „Winter of War”, którym sprawnie dorżnięto żyjące jeszcze niedobitki. Przyznaję, wierzyłem w Ragehammer i to dla nich pojechałem na ten gig, ale to czego byłem świadkiem przerosło moje oczekiwania. Masakra była okrutna i aż żałuję, że zleciała dosłownie w mgnieniu oka.

Tester GierNastępni w kolejce byli crossoverowcy ze Śląska, Tester Gier. Chłopaków słyszałem już przy okazji wrocławskiego Thrash Festu, więc mogłem sobie pozwolić pójść na piwo. Miałem, biję się w pierś, chęć wrócić i potupać nieco do ich wesołego, skocznego stylu, od którego ani na jotę nie odeszli, łojąc aż miło ale cóż… przy barze zagadałem się z kilkoma sympatycznymi osobami, w tym z samym Tymkiem, z którym rozmawiało się świetnie, i który w kilku krótkich słowach zachęcił do zapoznania się z nadchodzącym albumem Them Pulp Criminals. Warto tu wspomnieć, że grać oni będą niedługo w Krakowie, a że brzmi to naprawdę intrygująco, to kto może niech wbija. Pod scenę wróciłem akurat na koniec występu Testera, warto więc odnotować, iż młyn się tam zrobił zacny, co nie dziwi, bo umieją porwać chłopaki swoją energią w tany. Ale ja zbierałem siły na gwiazdę wieczoru.

TH1I po chwili zaczęli się rozstawiać… perkusista, brodaty gitarnik i jakiś upasiony blondyn, którym okazał się sam Joel Grind. Cóż, nikt nie broni szukać inspiracji w lokalnych Fast foodach. O dziwo, Grind pieścił podczas występu gryf basu, ale co to przeszkadzało? Nic.   Bo jak tylko się zaczęło… rozpętał się istny Armagedon. Mimo paru(nastu) kilo więcej Grind, jak zawsze, dawał z siebie 666% na scenie. Publika została soczyście wychłostana piękną przekrojówką z dyskografii Toksycznego Holocaustu. Można więc było zadawać sobie bolesności wielkie przy „666”, „Lords of the Wasteland”, „Wild Dogs”, „MK Ultra”, „Acid Fuzz”, „Gravelord” „Bitch” (na czarcie rogi i kopyta, ładunek furii w tym kawałku przerósł moje wyobrażenia), zaś na „Endless Armageddon” refren zaśpiewał przez chwilę także sam Heretic Hellscream. Nie mogłem stać, rzecz jasna, w miejscu. Całe ciało rwało się do tańca, zresztą nie tylko mnie, bo grono pląsających było pokaźne i chętne do zadawania sobie nawzajem ciężkich obrażeń. Nadto, raz za razem ktoś wbijał się na scenę, by rzucić się w tłum. Entuzjazm był tak wielki, że co chwilę wywalano Joelowi statyw z mikrofonem, co ten tylko podkreślił zadowolony, że jesteśmy jedną z najbardziej popierzonych publiczności, przed którymi grał. Ale dziwi to kogoś? Na sam koniec poleciało mocarne „Nuke the Cross” odśpiewane głośno także przez publikę. I o ile wcześniej był młyn, to teraz była to czysta przemoc oraz agresja napędzana tym fenomenalnym graniem. Mimo iż byłem nieco zawiedziony, że nie zagrali nic z płyty, która rzekomo właśnie się tworzy, to jednak tym gigiem Joel Grind pokazał wszem i wobec, że Toxic Holocaust żyje, ma się dobrze, a także wciąż nieziemsko kopie po dupie każdego, kto znajdzie się w jego zasięgu.

O dziwo koncert skończył planowo, o 22.50. Pozostało mi tylko porozmawiać jeszcze chwilę z bdb znajomymi i doczołgać się na miejsce spoczynku. Pobity, ale za to tak bardzo zadowolony.

Krótko podsumowując, gig był niesamowity. Toxic Holocaust nadal niszczy, Testera Gier słucha się przyjemnie, ale Ragehammer… ci wymiatacze dobitnie udowodnili, że zasługują sami na bycie gwiazdą wieczoru błyszczącą jasno pod sztandarem black/thrash metalu. Jak ktoś będzie miał okazję ich zobaczyć – wbijać obowiązkowo!

Autor

53 tekstów dla Chaos Vault

1 komentarz

  • Z tego co pamiętam to szło tak: a teraz black metalowe pany, klękać kurwa przed Running Wild!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *