Jak ja miałem pięć lat to nie miałem takich urodzin, jestem przeto zazdrosny. Ale może od początku. Krakowski Fortress obchodził piątego grudnia roku 2010 swoje piąte urodziny. W przedszkolu byłby już w średniakach i na spacerach mógłby chodzić bliżej jezdni, budząc zazdrość i podziw maluchów. No co, w moim przedszkolu taka właśnie była gradacja, hehe. Fortress zaprosił więc na urodziny kolegów z lokalnej piaskownicy – Overdozer oraz z sąsiedniego przedszkola – Excidium.

Ja miałem przyjemność podróżowania z tym drugim bandem. Podróż była przyjemna, choć żaden święty nam nie towarzyszył. Ba, my wręcz szukaliśmy Jezusa… po przydrożnych krzakach, hehe. No ale do królewskiego miasta dotarliśmy dość wcześnie, będąc pierwszymi w klubie. Cała impreza odbywała się bowiem w klubie Imbir – niewielkim lokalu z niewielką sceną i niewielkim backstagem, hehe. Po rozpakowaniu gratów powoli zaczęli schodzić się ludzie i z lekkim poślizgiem na scenę wszedł pierwszy z trzech zespołów – Overdozer. Mili z nich ludzie, skorzy do fraternizacji przy wszelkich napojach i w ogóle, ale jakoś mnie ich muzyka nie powaliła. Odsłuchałem pierwsze pięć kawałków w wersji audio/video (czyli i patrzyłem na kapelę i słuchałem), resztę już jedynie w wersji audio (czyli z salki obok). Overdozer gra thrash metal w stylu Pantery, czyli thrash ale trochę inny, hehe. Na gigu doszły jeszcze jakieś covery, na pewno slayerowski „Raining Blood” i coś jeszcze, czego obecnie nie pamiętam w wyniku tego, iż relacja pisana jest pod wpływem dużej ilości wermutu. Overdozer miał też tego pecha, że podczas ich koncertu ludzie dopiero złazili się do Imbiru. Zresztą zauważyłem, że pewnie ponad połowa publiki była ich znajomymi. Dlaczego? Ano bo jak ktoś wchodzi do klubu i podchodzi przybić piątkę wokaliście z krzyknięciem „siema stary!” to jakoś tak mi się samo układa. A że scena w Imbirze była ciasna jak pizda Maryi (że posłużę się cytatem z jednego zespołu) to na niej rozłożył się jedynie perkusista i jeden członek, a pozostałych trzech już pod nią odgrywało co swoje. Reasumując – nie moja muzyka i zdaje mi się, że Overdozer zaproszono trochę po znajomości. Może innym się podobało, dla mnie bez wzwodów i innych takich.

Chwila przerwy i oto na scenie zaczęli się instalować rzeszowscy blakenedtraszersi z grupy Excidium. Cóż, pewnie zarzuci mi się brak obiektywizmu, ale co tam. Excidium wtarabaniło się na scenę i po chwili poczęstowało zgromadzonych agresywnym thrash metalem o black metalowym zabarwieniu. Łańcuchy i jeżozwierzowe pieszczochy części z nich, spełniły swoją rolę, bo od strony baru dosłyszałem, że „teraz to kurwa jakiś diabeł będzie”. Cóż. Diabeł był, chociaż pojawił się nie w oparach siarki, ale przy akompaniamencie sprzężeń. Pan dźwiękowiec jednak stwierdził, że tak widocznie ma być, bo piski towarzyszyły całemu występowi Rzeszowiaków. Excidium dało chyba najdłuższy set w swojej niezbyt długiej koncertowej historii, bo zgromadzeni w Imbirze usłyszeli coś koło dziesięciu thrash metalowych wałków. Zaczeli od „Infernal Oath” i faktycznie, piekło kroczyło wraz z ich muzyką. Co tu dużo mówić, wypadli bardzo dobrze, zmuszając nawet kilka osób do napierdalania baniakiem w rytm takich tanecznych hitów jak „Blackened Thrash Assassins”, „Chaosstorm” czy „First To Fight”. Plus nowości swieżutkich jak wiadomości w Radio Maryja – na przykład tytułowego „Decimation” z nadchodzącego materiału. Excidium zagrało coś ponad czterdzieści pięć minut – prawie jak godzina lekcyjna i można by stwierdzić, iż było to coś a’la przysposobienie ofensywne. Kraków zdobyty, a chłopaki mogą sobie strzelić po sznicie na przedramieniu w ramach odznaczenia kolejnego udanego gigu.

Nadszedł czas na solenizanta. Czy tam jubilata, nigdy nie pamiętam, który zwrot jest tu poprawny. Na Fortress w każdym razie. Krakowianie to rasowi apologeci sceny thrash metalowej z rejonu Bay Area – to wie każdy kto choć raz zetknął się z ich muzyką. Zwłaszcza jeśli do tego zerknął na ich zdjęcia – zwłaszcza gitarzysta wygląda jak nieślubne dziecko Joego Belladony, hehe. Okej, krakowska Forteca objęła scenę we władanie i z miejsca poderwała lokalnych thrashersów do zabawy. Choć nie będzie przesady, jeśli powiem, że to mały, lecz entuzjastyczny aktyw rzeszowski pokazał Krakowowi, jak powinno się hulać na thrash metalowym koncercie, hehe. Czterech muzyków Fortress jakimś cudem zmieściło się na quasi scenie i dało istnego ognia. Serio – panowie odstawili bardzo żywiołowy show, który przeniósł zgromadzonych ćwierć wieku wstecz. Gitarowe popisy, dobry kontakt z publiką i przede wszystkim energia emanująca ze sceny – to były główne atuty ich występu. Kapela przedstawiła chyba większość ze swojego dotychczasowego repertuaru, z takimi strzałami jak „Welcome To Insanity”, „Justice Denied” czy „Rat King”. Zespół pokazał, że nie jest pamiętliwy i do wspólnego wykonania niektórych kawałków zaprosił byłych gardłowych – Grzegorza Madeja bodajże oraz znanego tu i ówdzie Tymka Hellstorma. Ten drugi odśpiewał „kawałek o rybie” oryginalnie sprokurowany przez Exodus. Ponadto usłyszeliśmy też przeróbki Venom i Megadeth. Chyba, że o czymś zapomniałem. Cholerka, widać, że młodzież Fortress zamiast gapić się na cycuszki puszczane na Vivie młodość spędziła łypiąc na koncerty thrash metalowych tytanów – widać to po scenicznym zachowaniu, głównie wokalisto-basisty Tomka. No bo granie w niemal pornograficznym rozkroku czy śmiaganie gitarą nad głowami publiki to znany i lubiany chwyt sprzed ponad dwudziestu lat. I jak widać ciągle się sprawdza. Zespół doczekał się też gromkiego sto lat, był szampan i piękne kobiety (jebane prawo Murphyego – ze wszystkich lasek w Imbirze Alcoholocausted’a i mnie do swojego stolika po koncercie zaprosiły te nieco miej powabne, lekko rzecz ujmując, hehe), był też prezent dla zespołu – wino Komandos z przerobioną etykietą. No i był thrash metal wysokich lotów. Zaprawdę wysokich.

Po koncercie jak to po koncercie – kto mógł to pił, podrywał dupencje, nawiązywał nowe znajomości i tak dalej i tak dalej. Szkoda, że musieliśmy się zmywać, a co poniektórzy do tego o suchym abstynenckim pysku. Bardzo miła była to imprezka i fajnie, że Fortress zaprosiło rzeszowskich przedstawicieli, dzięki czemu i mnie dane było uczestnictwo w tym show. Mam nadzieję, że dziesiąte urodzinki Fortecy będą równie dobre. A ze swej strony życzę kapeli owocnych kolejnych pięciu lat – może jakiś debiut i trasa u boku Megadeth na dobry początek, co? Zdmuchnjcie świeczki panowie, a nuż!