Tim ‚Ripper’ Owens, Sandstone, Middle Finger; Rzeszów, Klub Red Zone; 16.09.2012

Zasadniczo, to miałem odpuścić sobie ten koncert. Z interwencją przyszedł jednak Maryjan i jego rzeczowe argumenty („Nie można nie iść” i „napijemy się piwa”). I znów nie byłem asertywny. Zamiast więc, jak przykładny Polak, siedzieć w niedzielę i oglądać „Familiadę”, poszedłem w długą.

Koncert Rippera Owensa, bo o nim mowa, miał miejsce w klubie Red Zone, położonym nieco na uboczu. Zapewne więc, kiedy ekipa przybyła z Warszawy, gdzie dzień wcześniej grała wraz z Soulfly w Progresji, musiała się zdziwić, hehe. No ale nic, zajęcia grupowe polegające na rozpracowaniu kilku piw odbyliśmy i weszliśmy do środka Red Zone’a.

Wewnątrz jakoś nie było specjalnie wiele osób, ale nie mogę też powiedzieć, że wiało pustkami. Na scenie produkował się już lokalny Middle Finger. Nowy to twór (rzec by więc można „nowotwór”), który przedstawiał zgromadzonym muzykę, którą generalnie można by nazwać hard rock’n’rollem, w stylu AC/DC, Thin Lizzy, czy bardziej glamowych wynalazków nawet. Trafiliśmy akurat jakoś na trzy ostatnie kawałki i powiem, że muzyka Middle Finger przypadła mi do gustu – to właśnie idealny podkład pod taką imprezkę, z piwkiem, laseczkami (kelnerki w Red Zone ubrane w stroje uczennic, miodzio!) i ogólnym luzem. Dodatkowy plus to wokalista, którego barwa głosu idealnie pasuje do stylistyki Middle Finger. Mnie się podobało, zresztą chłopaki wymodzili teraz demówkę, więc wkrótce usłyszycie o nich ciut więcej.

Po Middle Finger na scenę Red Zone wszedł Sandstone, czy jakoś tak. W sumie to widziałem tylko jeden kawałek i wyszedłem na zewnątrz, gdyż tam właśnie przeniosło się życie towarzyskie mojej wesołej kompaniji. O Sandstone powiem Wam jedynie tyle, że wokalista wyglądał jak Messiah Marcolin i grali jakiś metal (naprawdę!). Czy było to dobre, czy złe – nie pamiętam.

No ale jak tylko usłyszeliśmy, że Sandstone skończyli swój występ to wróciliśmy do środka, by oglądnąć z odległości gościa, który jeszcze parę lat temu zjeździł cały glob wraz z Judas Priest, a potem z Iced Earth. Cóż, zaczęło się dobrze, od numeru jego pierwszego zespołu, Beyond Fear. Nie wiem, jak inni, ale ja spodziewałem, że skupi się na swojej kapeli oraz na tych płytach Judas Priest, w nagrywaniu których brał udział. Zdziwienie moje było więc ogromne, gdy jako numer drugi usłyszeliśmy… „The Ripper”, a zaraz po nim „Victims Of Changes”. No ja pierdolę, po co on rusza repertuar, którego nie tworzył ani on, ani żaden z muzyków towarzyszących mu w tej kapeli. Jasne, poszło również „Blood Stained” czy „Burn In Hell”, ale jak dla mnie jest to jednak pewien niesmak. Zwłaszcza, że Owens pokusił się również o scoverowanie dwóch kawałków Black Sabbath… Osobiście dla mnie konstatacja jest tylko jedna. Gość zaczął jako cover band i niestety, kończy jako cover band. Wielka szkoda, bo ma fantastyczne możliwości, kawałki Beyond Fear pokazują, że zespół wie, jak komponować niezłe heavy metalowe utwory, ale widocznie ktoś tu woli iść na łatwiznę… W zasadzie w Red Zone można całkiem nieźle zjeść, więc uprawionym wydaje się tutaj powiedzenie, że ten zespół po prostu „gra do kotleta”. Osobiście jestem rozczarowany drogą, jaką obrał sobie Owens. Oczywiście, jego głos powala, słuchało się tego miło, ale jeśli ktoś zapłacił 45 złotych za zespół, który po prostu gra przeróbki innych, ten może być zły.

Dobra, w zasadzie naciąłem się na ten koncert i tyle. O ile się orientuję, nie jestem odosobniony w opinii na temat tego eventu. Osobiście mam nadzieję, że Owens zacznie działać w końcu na własną rękę, a nie odcinać kupony…

Autor

10185 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *