Lubię się podpinać pod rożne okazje z koncertami, na przykład – wypada mi szkolenie w robocie, no to hyc na Satyricon, który akurat gra w ten sam dzień. Tym razem podpiąłem się raczej pod swoją kobietę, która akurat w zeszłą sobotę uczestniczyła w konferencji w Krakowie. Mówię więc, „no i fajno się składa, pójdziem i zobaczym Them Pulp Criminals”, które akurat w ten sam dzień miało swój recital w Zaścianku.

Jako pomyśleliśmy, tak też uczyniliśmy, wcześniej plącząc się po Krakowie, pijąc piwka smakowite i jedząc dobre jedzenia. Z uwagi na to, a także z uwagi na okoliczność, iż poruszanie się po Krakowie to dla mnie olbrzymi ból w dupie z góry założyliśmy, że pierwszy zespół odpuścimy i wbijemy do klubu trochę później.

W Zaścianku byłem bodajże dotychczas dwa razy i wiem, że klub to nieduży – zastanawiałem się ile osób przyjdzie na Them Pulp Criminials. Myślę – grają u siebie, pewnie sporo. O tempora, o mores, jakież było moje zdziwienie, gdy sam Mistrz Ceremonii w osobie Tymka spotkawszy nas przed klubem poinformował, że „chujnia, panie dzieju”. No tak, wiadomka, Liga Mistrzów taka ważna. No ale nic. Jako, że była przerwa po pierwszym wykonawcy, jakim był Kuba Duda, nie spieszyliśmy się z wejściem, bo ciepełko na zewnątrz i tak dalej. Ale w sumie na Neal Casssady & TFE już żeśmy wbili. Nie znałem wcześniej tej kapeli, odpaliłem sobie więc coś tam z jutjuba, ale jakoś mnie nie porwało, przyznam bez bicia. Ale jednak stara ludowa mądrość się sprawdziła – rock’n’roll wymieszany z noir country wypadało nieźle, bardzo żywiołowo. Kop był zdecydowanie większy niż z bezpłciowego jutjubowego strimingu hehe… Fajnie, zwłaszcza śpiewający gitarzysta dawał radę, ale nie mogę powiedzieć, że cała kapela odstawała – pod koniec wkręcili się już wszyscy na poważnie i serio czekałem aż zaczną rozwalać gitary o podłogę albo podpalą keyboard – czuć tu było szaleństwo z lat siedemdziesiątych i radość z grania. Aż piwo znikało z kufla w zastraszająco szybkim tempie.

Jako się rzekło – Neal Casssady & TFE dali fajną sztukę, ale rzeczywiście ludzi w Zaścianku było tyle co kot napłakał. No szkoda. Ok, krótka przerwa, może z dziesięć – piętnaście minut, akurat żeby wziąć sobie nowe piwko i już na scenę wchodzą faceci w czerni. Them Pulp Criminals, no bo przecież o nich mowa, to coś czego brakowało na polskiej scenie. Dark Americana, noir rockabilly – jak zwał tak zwał, ale parafrazując jednego znajomego „bardzo potrzebna mi taka muzyka, chodziłby z nią po osiedlu i się luzował”. Ale ad rem – Tymek i koledzy weszli na scenę, ładnie się przywitali, dostroili instrumenty i zaczął się show. Zaczęli od „130” i jak na początek był to świetny strzał numer o Jamesie Deanie rozpieprzającym się swoim samochodem – zbyt wesoło być nie może, heh… A potem już poszło w zasadzie wszystko z „Lucifer is Love”. I co Wam powiem to Wam powiem, choć to truizm niesłychany – Tymek jest obecnie chyba najbardziej wszechstronnym wokalistą w Polsce. Każdy numer odegrany przez Them Pulp Criminals miał swój własny charakter nie tylko z uwagi na kompozycje, ale też na jego głos. I nie ważne, czy był to „Jack Torrance”, gdzie śpiewał gładko, ale z fajną chrypką, czy „Goddamn Graveyard Luck”, czy dwa covery – jeden oczywiście Siouxxie and the Banshees, a drugi już może i mniej oczywisty, ale jak się zastanowić – to nie tak do końca – The Doors („My Eyes Have Seen You”). No i co ciekawe – zostaliśmy uraczeni nowym kawałkiem, „The Town Called Damnation”. Bardzo fajny, na moje ucho z wyraźnym piętnem King Dude, ale jak się wzorować to na najlepszych. Tymek nie byłby sobą, gdyby między numerami nie było jego wtrąceń, to chyba oczywiste. Muzycznie – cały set odegrany świetnie, zespół mimo że wiele nie koncertuje zgrany, bez żadnych potknięć czy czegość takiego, a nawet jeśliby się zdarzyły – kogo to kurwa obchodzi? Po odegraniu całego seta Them Pulp Criminals zeszło ze sceny, ale publika, choć nie liczna, była całkiem aktywna – wywołała więc ich na odegranie raz jeszcze na „Ballad of the Highway Spirit”, jeśli mnie pamięć nie myli.

Wszystko ładnie jak w zegarku, było więc przed dwudziestą trzecią. Kobieta skończyła więc swoje piwo, po moim zostało już tylko wspomnienie, zakupiłem jeszcze koszulkę na mą mężną klatę, uścisnąłem prawicę artysty i pobiegliśmy na autobus linii 159, choć po prawdzie po takim koncercie bardziej na miejscu byłoby odpalić Mustanga i przeciąć autostradę w ciemną noc. Cóż, może innym razem.