dlplI właśnie za to kocham rock’n’rolla! Za takie koncerty jak ten w pierwszą sobotę marca w Krakowie – mały klubik, młode kapele i totalne oddanie muzyce. Ale po kolei.

Jak tylko dowiedziałem się, że do Polski zawita Dead Lord z miejsca kupiłem bilet na polskiego busa, zaklepałem sobie termin i stwierdziłem, że choćby skały srały – muszę tam być. Niby nic specjalneg, zwykły zespół rockowy, ale ja naprawdę uwielbiam ich muzykę. Bo i Thin Lizzy uwielbiam, a jak wiadomo do nich przyczepiła się łatka zespołu – hołdu. Początkowo miałem śmigać sam, ale na tyle skutecznie i długo mędziłem Pathologistowi o tym, jak świetny jest Dead Lord, że dał się namówić na wspólną wycieczkę do Krakowa. Towarzyszyła nam wybornie schłodzona Żytnia.

W dobrych humorach dotarliśmy pod klub, a tym razem nie mieliśmy już problemu, żeby go znaleźć, jak przy okazji gigu Blaze of Perdition. Jako, że pora była jeszcze wczesna zrobiliśmy sobie z Maciejem po browarku na ławeczce, a pogoda sprzyjała, bo jakimś cudem w Krakowie nastała dość wiosenna aura. Można to było zaobserować po rozłożonych dookoła nas studenciakach, robiących sobie pewie jednego z pierwszych grillów w tym roku. Jak tylko obaliliśmy piweczko stwierdziliśmy, że wbijamy. Chwila niepewności na bramce, czy by na pewno jestem na liście, ale laska która wpuszczała wykonała szybki telefon (Memory, fine, Siara, i wszystko jasne) i wtarabaniliśmy się do środka.

Ludzi wielu nie było, a co ciekawe – sporo osób było pewnie z dekadę jak nie więcej starszych od nas. Rzut okiem na merch – niestety, ceny jak na moją kieszeń były zaporowe. Ja się wiecznie zastanawiam, czy ktoś nie może uświadomić zagranicznych zespołów, że 25 jurków za cedeka to na polską cebulacką kieszeń jednak za dużo.

tiebreakerPierwszą kapelą był nieznany mi wcześniej Tiebreaker. Młode chłopaki, ale dawały radę – sami określają swoją muzykę jako rock’n’roll expolsion i coś w tym faktycznie było. Bardzo żywiołowa kapela, o skromnej scenicznej prezencji – żadnych zmyślnych fatałaszków i innych takich. Tylko gitarki mieli wintydżowe, hehe. Najżywszym był wokalista, robił śmiszne rzeczy z nogami podczas śpiewania – jakby chciał jakiegoś twista tańczyć czy stepować, chuj wi, hehe… Ale głos w sumie miał dobry i wszystko fajnie brzmiało. Chwilami scena była dla niego za mała, więc sobie po prostu zszedł z niej między ludzi i tak sobie śpiewał, szacuneczek. A, no i w kilku numerach grał na harmonijce, ale sprzęcior który miał ją nagłaśniać odmawiał mu posłuszeństwa, więc nie było tego słychać. Bardzo udany półgodzinny gig.

dead lordPo Tiebreaker udałem się po piwko – w Zaścianku zrobili mi tak dobrze, że zaopatrzyli się w lanego Białego Żywca, a że lubię ten browarek mimo podśmiechujków Pathologista to byłem ukontentowany. No i czekałem z niecierpliwością na mój główny powód wycieczki do Krakowa, na Dead Lord. Mało osób ich kojarzy, nad czym ubolewam. No i w końcu wbili się na scenę. Hakim to frontman żywcem wyciągnięty ze wspaniałych lat siedemdziesiątych, od razu złapał publikę za jaja (a damską za coś tam innego). Skupili się głównie na numerach z ostatniej „Head Helds High” – dzięki temu usłyszeliśmy między innymi „I Don’t Give a Damn”, „Strained Fools”, „When History Repeats Itself” czy zagrane na końcu bodajże „Ruins”. Większość numerów zostało okraszone krótkim wstępem, zresztą Hakim kontakt z publiką utrzymywał non stop, rzucał anegdotkami i tak dalej. Muzycznie występ Dead Lord był jak orgazm, serio – czysta rock’n’rollowa przyjemność z grania, świetne wyczucie sceny, do tego sposób w jaki Hakim odśpiewywał kolejne numery – z pełną mimiką, gestami, no po prostu znakomite show! Nie mogłem odmówić sobie przyjemności podarcia paszczy do takich kawałków jak „Hank”, „No Prayers Can Help You Now” czy zagranego chyba z największym ogniem „Onkalo”. Świetny show – czterdzieści pięć minut cholernego rock’n’rolla pełną gębą!

vintage caravanOstatnim zespołem był Vintage Caravan. Przed koncertem odsłuchałem jakieś kawałki w necie i nie mogę powiedzieć, by mnie powaliły na kolana, ot rockowo – bluesowe granie. Ale na żywca wypadło to zdecydowanie ciekawiej, choć po gigu Dead Lord ewakuowałem się na tyły. Niestety – jako, że w ogóle nie znam twórczości tego zespołu nic Wam nie powiem, co grali i z jakiej płyty. Samo show jednak było bardzo w porządeczku, choć jak dla mnie gwiazdą powinno być Dead Lord. Jednak ku mojemu zdziwieniu kilka osób kojarzyło ten band, ale widziałem też że niektórzy po prostu przyszli tak trochę z czapy i jakby nie umieli się odnaleźć, jakiejś lasce na przykład przeszkadzało, że darłem ryja (to znaczy śpiewałem) trzymając piwo w łapie obok niej – bo przecież mógłbym ją oblać. Ja pierdolę, hehe… gdzie tu rock’n’roll? Ok, The Vintage Caravan pograł coś około czterdziestu pięciu minut i całe show się zakończyło.

My z Maciejem i spotkanym jeszcze Patrykiem udaliśmy się w stronę dworca, a że od klubu z buta idzie się tam z pół godziny to jeszcze dodatkowo zgłodnieliśmy, więc zahaczyliśmy tradycyjnie o McFurię. O pierwszej w nocy wpakowaliśmy się do polskiego busa i posnęli, szczęśliwi.

A więcej fot znajdziecie tutaj.