corZ racji wolnego piątunia postanowiłam wybrać się na wycieczkę do ziemi obiecanej. Jak powszechnie wiadomo w Łodzi nawet papież źle chodzi, dlatego też nie zwlekając zapakowałam misia w teczkę i ruszyłam na wycieczkę. Misiu natomiast jak to misiu – spierdolił się w plecaku i właściwie to taką daleko idącą metaforą można by streścić tę wyprawę. Ale nie, pomęczę jeszcze chwilę, gdyż była to zabawa soczysta.

Pomijając analizę swoistego savoir- vivre podróżnych na trasie Rzeszów –Kraków, to relacja Kraków- Łódź przebiegła już całkiem miło w towarzystwie książki i co najważniejsze – ludzi o zapachu na tyle neutralnym, że nie powodującym raka dróg oddechowych. Po przejażdżce wysokim standardowo pociągiem wpłynęłam na suchego przestwór oceanu, gdzie przywitał mnie oraz koleżankę K.M. współpracownik – M.M. Jako że jest on zakorzeniony w tej metropolii oprowadził mnie nieco po jej zakątkach. Bifory przebiegły zatem całkiem poprawnie: bałkańskie trunki, smaczny meksykanin w „Manana” (polecam) i zwiedzanie kilku antykwariatów, gdzie stuff był wprawdzie mocno przebrany i dość nieadekwatnie w niektórych przypadkach wyceniony, ale dorwałam taśmy Napalm Death „From Enslavement to Obliteration” i trochę muzycznego spaghetti westernu – Fields of the Nephilim „Dawnrazor”. Zaglądnęliśmy jeszcze do knajpy ”Kij”, gdzie uraczyłam się całkiem smacznym „Cuba libre” i nieśpiesznie, podpinając się do pewnego wesolutkiego towarzystwa, zawinęliśmy pod klub „Stereo Krogs”. Dotarliśmy tam dość wcześnie, wiec miałam czas na nadrobienie kolejnych płytowych zaległości (w tym miejscu należą się ukłony w stronę obywatela A.K. – niestrudzonego w poszukiwaniach pochowanych w odmętach hadesu wspaniałości).

Jak rasowy smród po gaciach posnuliśmy się po klubie robiąc podkład pod piekło i nieco już znudzona oczekiwaniem, nie pilnując jak utrzymano rozkład jazy, bo kogo to obchodzi, stanęłam sobie pod sceną prosto i niewzruszenie niczym strzała Artemidy, aby przekonać się jak da sobie radę Gallower. I teraz tak: zanim przejdę do części właściwej muszę zaznaczyć, że opis całego przedsięwzięcia nie będzie zakrawać o analizę muzyczną baletu Straussa w Filharmonii Wiedeńskiej. Chłopaki zagrali przede wszystkim z werwą. Nie było widać żadnej spiny, szczerość w tym wypadku to słowo klucz. Z mojej strony żadnych obiekcji. Fajny, zajadły wokal, czasami nierówno (ja tam lubię czasami takie umpa umpa jak nie wyjdzie, zaznaczam, że Abaddon też grał nierówno). Od czasu do czasu sprzęgało, a więc powiedziałabym, że urokliwie. Chłopaki wydali rok temu bardzo fajne thrashowe surowisko omaszczone wczesnym black metalem w stylu bogów i na żywo ten materiał nie stracił na dzikości. Myślę, że zainteresowany nimi Fenriz byłby zadowolony. Do tego cover Sabbat i Sodom „Blasphemer” odegrany w charakterystycznym czerwonym kapturku- być może przesada, ale uradowana repertuarem bawiłam się bosko.

Po pierwszych zawirowaniach pognałam na bary oraz inhalacje. Swoją drogą spory ten klub, można się było popanoszyć i spokojnie porozmawiać w ciszy, posiedzieć czy popatrzeć w mocno zmąconą już przestrzeń. Z racji owej powierzchni ciężko było ocenić liczbę osób, w każdym razie biedy nie było. Chwile relaksu i na scenie zaczęły dziać się rzeczy. Death metalowy Incinerator rozpoczął recital. Pierwsze i nieostatnie tego wieczoru warszawskie womity. Nie wiem co było przyczyną zmniejszonego zainteresowania. Ostatnio, również u siebie odczuwam pewne znudzenie tego typu graniem, ale nie postawię minusika, bo zagrali naprawdę sprawnie, konkretnie i bez kiksów. Kawał sążnistego śmierć metalu. Blast równy, brzmienie osadzone gdzieś w głębokiej piwnicy, wokal wypluwający jelita. Po kontakcie z ich demo nie zmieniam zdania, że to bardzo przyjemne dla ucha. Czekam na rozkręcenie tej ferajny. No i ukłon dla nich jako organizatorów tego udanego wydarzenia kulturalnego.

Łup siup – zmiana dup i wódeczka smakowita. Siedzimy. Ktoś rzucił, że teraz Dreadnought. No to wstałam i poszłam. Tyle że nie pod scenę, a pod bar. Średnio było stamtąd słychać, ale chyba zagrali poprawnie. Tak kolega mówił. Musicie polegać na kolegi opinii. Tak czasem bywa, że człowiek w zalewie obowiązków nie ma czasu wszystkiego ogarnąć. Wybaczcie, błagam. Zrelacjonowałam występ Dreadnought. Brawa. Łup siup – zmiana dup.

I tym sposobem, już jako mechanizm o profesjonalnie naładowanym akumulatorze, na pełnej kurwie wjechałam pod scenę, gdyż lokowała się tam warszawska horda, którą cenię i której kibicuję rozemocjonowana już od jakiegoś czasu. Ostatnim razem chwaliłam po gigu w stołecznym „Cafe Rock’n’Roll” i dziś karmić będę pochlebstwami. Po pierwsze: rozkurwili przestrzeń, po drugie: zmasakrowali ludzką empatię i doby smak, po trzecie: zgwałcili bozię i nie pozostawili resztek nadziei. Panie jezu chryste pierdolony co tam się odwaliło. Pod sceną kocioł od pierwszego dźwięku. Panowie zabijają panie, a panie panów. Wszyscy rzygają krwią i wsadzają sobie krucyfiksy do odbytów. Na scenie zezwierzęcenie, ale i zimny dystans w stronę rozbestwionej młodzieży. Całkiem na poważnie, cholernie sobie u nich cenię podejście do grania. Nie chcę zabrzmieć jak bóg wie jak leciwy ekspert, ale chłopaki zdają się naprawdę wiedzieć po co znajdują się na scenie i o co chodzi w black metalu. Według ostatnio zasłyszanych opinii, że jacy oni ładni, młodzi i zdolni (co by się zgadzało) można by wysnuć wniosek, że grają dla dup czy innych mniej istotnych spraw. Nic bardziej mylnego. Cóż, ja osobiście odniosłam wrażenie, że w pierwszej kolejności muzyka, a dopiero potem ewentualne łaski. Mi osobiście nic tu nie przeszkadza. Prezencję mają zajebistą: z jednej strony Vit ze swoim elektryzującym publikę, wodzirejskim zacięciem, a z drugiej Dust, który już na tym etapie posiada kawał charyzmy i doskonale wypełnia przestrzeń chłodem i trupim wzrokiem. Do takiej mieszanki stoicki spokój wymalowany na twarzach Cultcommandera i Soulreapera, niedbałe corpsy i masa gwoździ. Doskonała mieszanka siejąca pożogę. Słów kilka o publice: ludzie jak to ludzie ciągle czegoś chcą i momentami przerwy między kawałkami wyglądały jak koncert życzeń. Niby całkiem zrozumiałe, bo Bestiality co rusz to hicior i każdy ma swoje ulubione piosenki, ale to chyba nie ta kapela mili goście. Chłopaki robią swoje, prezentują określone stanowisko w sprawie i nie ma się tu co pstrykać z marudzeniem: zagrajcie to a zagrajcie tamto. Bardzo mi się więc spodobało kiedy nastąpiła wymowna przerwa (zamierzona czy też spowodowana problemem technicznym- nie ważne) co jeszcze bardziej rozjuszyło zebranych. Owacje na stojąco.
Pomijając barokowe opisy ekscesów po występie Bestiality. Nadejszła wiekopomna chwila, kiedy to po raz pierwszy dane mi było ujrzeć hord o tej jakże często ostatnio pojawiającej się w podziemiu, finezyjnej nazwie Brüdny Skürwiel, szczycący się i bardzo dobrze, splitem z Nunslaughter. Brawo! Niby lubię takie granie inspirowane Beatą Kozidrak i z wpływami Zygmunta Hajzera, ale początkowo byłam jakoś sceptyczna co do nich. Chodziło mi raczej o ich nastawienie, a nie o samą muzykę. Jednak po tym co odstawili oficjalnie zmieniam stanowisko. To było tak: na początku stałam spokojnie z boku, dopijałam piwko i przemykały mi przez głowę myśli typu: „cholera, albo tak zajebiście grają, albo ja już jestem wstawiona”. I jedno i drugie. Fakty są takie, że gdyby było słabo, to nie oddałabym komuś napoju i nie ruszyła ochoczo wykonywać głową ruchów okrężnych. A myślałam, że mnie nie porwie. A tu masz ci babo placek okazuje się, że ten tytułowy Brüdny Skürwiel faktycznie był obecny na scenie i wszystko się zgadzało! Cytując klasyka: „Można powiedzieć, że to jest, że to jest, jakby to powiedzieć okrutnik no, po prostu”. Nie oszukujmy się, tak silne muzyczne wpływy Bogów, nie mogą pozostać bez spontanicznych reakcji z mojej strony. Garowy, którego kojarzę z prześwietnego Offence, zdecydowanie niszczył! Wokalista rozbrajał konferansjerką i dzierżył krzyż, który z tego co pamiętam został odpowiednio potraktowany i to nie tylko przez wokalistę. Nie było śmieszkowania. Była desekracja.

Po wszystkim, klasycznie: nocne Polaków rozmowy. Wylało się tej nocy sporo żółci na system, na ludzi, na rzeczywistość. Po to też są takie spędy. Żeby coś rozlać, rozbić, żeby ktoś dostał po ryju, żeby ponarzekać, podyskutować, żeby się pośmiać, żeby się napierdolić i przybić piątkę sarmatom. Rozalkoholizowani wróciliśmy na mieszkanie, a noc przeistoczyła się gładko w dzień. W sobotę nie wiedzieć jak i kiedy zmaterializowałam się w Tatrach. Melancholia się mną nie nażarła.