Terrordome, Excidium, Deathreat, Haunted Cenotaph; Rzeszów, Klub Vinyl; 21.04.2018

Coraz lepiej się dzieje w Rzeszowie pod względem koncertowym. Może nie jest tak znakomicie, jak w Krakowie czy Warszawie, że już o Łodzi i Poznaniu nie wspomnę, ale ruszyło coś zdecydowanie. Uwierzcie mi: jeśli w Rzeszowie raz na miesiąc jest dobry koncert, to jest zajebiście. W kalendarzu miałem zaznaczoną datę 21 kwietnia. Dopisek obok głosił „trzeba być!”. No to byłem.

Z tym koncertem to były jednak jaja jak nigdy. Pierwotny skład tego sobotniego spędu miał wyglądać tak: Warfist / Excidium / Haunted Cenotaph. Dosłownie kilka dni przed imprezą okazało się, że jeden z członków Warfist nabawił się jakiejś kontuzji i chłopaki nie zagrają… Istnienie całej imprezy stanęło pod znakiem zapytania. Guma jednak stanął na głowie, zaklaskał uszami i w wyniku fartownego zbiegu okoliczności do składu dołączyli Terrordome i Deathreat. Fartowny zbieg okoliczności dla nas, niezbyt szczęśliwy dla chłopaków. Goście mieli grać koncert w Berlinie, jednak lokalnym feministkom bardzo nie spodobał się teledysk Terrordome „Welcome to the Bangbus” i koncert został odwołany. Czemu im się nie spodobał? Można jedynie zgadywać. Może panie prezentujące swoje wdzięki w tym wideoklipie zawstydziły feministki pięknymi kształtami. Czy może owe feministki strasznie się nudzą, bo nie ma kandydata na to, żeby zrobić im porządny „bang”. Nie mnie to oceniać. Nie zmienia to jednak faktu, że nie tylko w naszym kraju są organizacje, które uważają, że mają wyłączność na decydowanie o tym, co kto powinien oglądać, a czego nie. Słowa te piszę z pewnym niepokojem, bo w Rzeszowie już pewne środowiska zainteresowały się koncertem Marduka… Z tego miejsca chciałbym wszystkim obwoływaczom koncertów zarówno tym z prawa, jak i z lewa pokazać środkowy palec i powiedzieć „chuj wam w dupę”. Znajdźcie sobie jakieś hobby, polecam rower albo zbieranie znaczków. Dziękuję za uwagę i przepraszam za tą dygresję.

Z kolegą Oracle umówiliśmy się na delikatny biforek i po dwóch piwkach na świeżym powietrzu ruszyliśmy do klubu „Vinyl”, bo tym razem spóźnić się nie wypadało. Wpadliśmy do knajpy, zaliczyliśmy bar i palarnie. Po niespełna 15 minutach od wejścia na salę koncertową zaprosiły nas gęste dźwięki generowane przez debiutantów scenicznych, czyli Haunted Cenotaph. Bardzo byłem ciekawy tego koncertu. Dwa numery wrzucone do neta gniotą jaja i jeśli takie będzie ich pierwsze wydawnictwo, to nie mam pytań… A koncert naprawdę znakomity. To nie jest muzyka do zabawy, nie za bardzo jest przy czym poplątać, ale rytmiczne machanie łysiną jest jak najbardziej wskazane. Choć to też nie do końca prawda, bo muzyka Haunted Cenotaph potrafi przyspieszyć i tym samym sprawić Wam jeszcze sroższe lanie. Niby goście grają death/doom, ale nie zraża ich to do lekkich romansów z innymi gatunkami. Na koncercie odegrana została nawet solówka, co w tym stylu muzycznym jest nieczęsto spotykane. Gig był potężny. Dźwięki przetoczyły się po mnie jak lawina kamieni. Na koniec Haunted Cenotaph poprawił coverem Hellhammer i nie było co zbierać. Porządny gig. Wypatrujcie na horyzoncie pierwszego wydawnictwa Haunted Cenotaph, bo będzie to kawał zajebistego grania.

Po death/doom’owych wałkowaniach przyszła pora na uzupełnienie płynów i dalsze pogaduszki. Ludzi nie było zbyt wiele, ale te znajome mordeczki, które pojawiły się tego sobotniego wieczora w „Vinylu”, sprawiły że impreza kręciła się solidna. Pod scenę jednak zaraz trzeba ruszać, bo chciałem zobaczyć jak Deathreat poradzi sobie na żywo. Nie będę ściemniał: o ich istnieniu dowiedziałem się w momencie dołączenia ich do składu rzeszowskiej imprezy. Ale że ich płyta ma tylko 16 minut, to szybko nadrobiłem wiedzę w zakresie ich dyskografii. A koncert? Wpierdol. Goście nie pieszczą się z publiką, wściekły thrash/punk/crust nie daje ani sekundy wytchnienia. Wokalista to pierdolone zwierze. Miotał się po scenie i przed sceną inicjując zabawę, chętnych jednak nie było wielu. Przez chwilę pląsał jedynie jeden mocno podpity jegomość, któremu zabawa szybko się znudziła. Nie zmienia to faktu, że koncert zajebisty. Na tyle zajebisty, że zaraz po jego zakończeniu pobiegliśmy z kolegą Oracle do stoiska z merchem i kupiliśmy sobie małe co nieco. Jeśli jeszcze nie znacie Deathreat, to sprawdźcie ich natychmiast. Wpierdol solidny.

Po Deathreat przyszła pora na kolejne piwko i kolejne papieroski. Z palarni jednak skutecznie wygoniły nas pierwsze dźwięki Excidium. Już bardzo dawno nie widziałem ich na żywo, więc postanowiłem sprawdzić co i jak. I jak zwykle byłem zachwycony. Miałem stać z boku i spokojnie popijać piwko, ale się nie dało. Ich wersja czarnego thrash metalu sprawi, że nawet głuchy tupnie nogą. Poszedłem pod scenę zamaszyście machać banią przy dźwiękach tego rzeszowskiego horda. Kulminacyjny moment tego występu to zdecydowanie odegranie „Blackened Thrash Assassins”. Podczas tego numeru zaczęły się gromkie śpiewy, publika poczęła wbijać się na scenę, a mikrofony wokalistów trafiły w ręce ludzi, których próżno szukać w składzie kapeli. Dzicz! To mi się podoba! Jakby jeszcze komuś mało było wpierdolu, to chłopaki pożegnali się pięknie coverem „Karmageddon Warriors” i już nie było co zbierać! Znakomity koncert. Jak ktoś jeszcze się nie zapoznał z ich splitem z Warfist, to zachęcam do zmiany tego stanu rzeczy. Od tego momentu moje zainteresowanie koncertem nieco zmalało.

Terrordome niby spoko, ale to nie moje klimaty. Zasiadłem, więc na palarni, z której racząc się piwem, słuchałem koncertu chłopaków. Idąc po kolejny browarek, trafiłem akurat na wspomniany wcześniej „Welcome to the Bangbus”, który poprzedzony został krótką historią na temat: „dlaczego kurwa nie gramy w Berlinie”. W palarni atmosfera robiła się bardzo wesoła, ja jednak musiałem się zmywać. Wyszedłem trochę po angielsku, za co przepraszam współbiesiadników, ale tak to czasami bywa. Wieczór zaliczam do bardzo udanych, zarówno pod względem koncertowym, jak i towarzyskim. Oby więcej takich spędów!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *