Southern Discomfort #52: Gold, Entropia, Them Pulp Criminals; Kraków, Klub Alchemia; 17.02.2018

Czasem małe, niepozorne koncerty na które człowiek wybiera się nawet dość niezobowiązująco zostają w pamięci na dłużej niż te wyczekiwane przez wiele tygodni. I wcale nie chodzi mi tutaj o stopień upojenia, a o magię, która się dzieje – że tak zacytuję Nergala.

Na przykład taki koncert Gold. Jeszcze trzy miesiące temu nie znałem tej nazwy. A tak się śmiesznie złożyło, że przez dwa dni na delegacji przebywałem w Krakowie, rzuciłem więc okiem, czy nie ma jakiegoś koncertu na miejscu, skoro już jestem. Okazało się, że był i t całkiem fajnie się zapowiadający, bo grać miało Them Pulp Criminals i kapela o nieznanej mi wcześniej nazwie. Plus Entropia, do której płyty w dalszym ciągu nie mogę się w pełni przekonać. Ale skoro już jestem, to przecież że pójdę, człowiek nie taki.

Z kobitą przez Kraków przebijaliśmy się przez chwilę. Po drodze jeszcze spotkaliśmy znajomą z połówką (swoją, nie do picia) i w takim składzie poczęliśmy szukać Klubu Alchemia. Nawet do niego trafiliśmy, ale sceny tam nigdzie nie widziałem, więc stwierdziliśmy że pewnie gdzieś jakiś inny jest. Chuja tam, okazało się, że Alchemia ma podziemia i cała impreza działa się właśnie w nich. Byłem tam pierwszy raz, więc zaskoczyły mnie jego (sala wraz ze sceną pewnie duża jak moje biuro, heh)… Trochę kiepsko, że nie ma tam szatni, w zimie szczególnie jest to lipa. Ale plusem jest to, że ta cała Alchemia ma naprawdę niezły klimat. Toteż po szybkich zakupach (szaliki Gold rządzą, ale ja pokusiłem się jedynie o taśmy z trzema albumami kapeli) plus zakupie piwka udaliśmy się bliżej sceny, bo już za chwilę, już za momencik na scenę miało wejść Them Pulp Criminals. Osobiście lubię tę odsłonę Tymka i kolegów i nie ukrywam iż byli oni waznym impulsem bym wbił na ten koncert. Mroczna americana wymieszana z necrocountry, odrobiną rockabilly, czyli coś czym nieudolnie próbuje zająć się teraz Nergal (kurwa, już drugi raz go wspominam!) w przypadku Them Pulp Criminals jest jednak bardzo dobre i w moim odczuciu szczere. Zaczęli od „130” gdzie trochę na moje ucho zabyt nagłośniono wokal w stosunku do reszty, ale przy następnych numerach już było lepiej… No, a potem już poszło – „The Town Called Damnation” (kurwa, ten bas…) oraz nowe kawałki przeplatane numerami z „Lucifer is Love”. Tak – poza wspomnianym, słyszanym już przeze mnie „The Town Called Damnation” dostaliśmy również trzy jeszcze nowsze rzeczy. Dość różne stylistycznie, więcej w nich country, mniej ponurej americany. Do tego naprawdę nie były złe. Anturaż kapeli klasyczny, kowbojki, czarne koszule, czyli wszystko bardzo dobrze ze sobą współgrało – nawet nowego logo się Them Pulp Criminals dorobiło, ładne i oko cieszy. Gdzieś tam w połowie zaplątał się cover The Doors, a całość została zwieńczona numerem tytułowym z debiutanckiej EPki. Bardzo dobry koncert – ich zawsze się miło ogląda.

Druga kapela tego wieczoru jakoś tak nie do końca mi pasowała stylistycznie. Entropia była bowiem zdecydowanie najbardziej… ciężkim i agresywnym punktem tego wieczoru. Nawet przed koncertem odświeżyłem sobie „Ufonaut”, gdyż to jedyna pozycja kapeli, którą mam w zbiorach. No i cóż… ta płyta jest dobra, ale kurwa ja muszę mieć naprawdę dobry dzień na takie granie. Tym bardziej ciekaw byłem jak wypadną na żywo. „Najwyżej pójdziemy pod bar” – rzekłem do kobity. Ale w sumie jak już zaczęli, to przyznam, że wyrwało mnie z butów. Chłopaki napuścili od cholery dymu, tak że przy pierwszym numerze praktycznie cała sala, a nie tylko sama scena, była praktycznie niewidoczna. Przy czerwonej poświacie z reflektorów dawało to świetny efekt. Ich mieszanka black metalu ze sludgem i post metalem na żywo robi niezłe wrażenie. Długie, cholernie długie utwory na koncercie wypadają cholernie transowo, zaś wszystkiemu sprzyjała wyświetlana z tyłu projekcja. Nie kojarzyłem totalnie, czy to są nowe numery (ponoć po części tak), ale dosłownie wgniatały w ziemię, czego po płycie akurat nie doświadczyłem. W sumie, po takim koncercie może warto dać więc „Ufonaut” jeszcze jedną szansę? Te czterdzieści minut naprawdę mnie przekonało. Ciężar, kosmos, czerń, dym, muzyka – wszystko pięknie mi się składało na ten recital Entropii. Goście mają na wiosnę w planach sporo koncertów, więc jeśli chcecie to rzućcie okiem…

Po Entropii pora na piwko i z powrotem pod scenę bo przejąć miał ją holenderski kwartet Gold. Puszczone z głośników „Strange Fruits” oraz „Images” Niny Simone wprowadziły wspaniały, ponury nastrój. A po chwili na scenę weszła piątka muzyków oraz wokalistka, Milena. Gold porusza się gdzieś na pograniczu ponurego dark rocka, post rocka… Tę muzykę trudno tak naprawdę opisać. Ktoś tam próbował to porównać do The Devil’s Blood, bo mają wspólnego muzyka… No na siłę można by, ale w Gold więcej odniesień do lekko doom/sludgeowych ciężkich klimatów, ale i occult rock jakoś jest tu wyczuwalny. Szóstka muzyków ledwo mieściła się na scenie Alchemii (o, i w tym wypadku nazwa klubu pasowała idealnie), ale sprawiało to jeszcze lepsze wrażenie. A i tak większość uwagi skupiała się na Milenie, osobie doprawdy fascynującej. Jak popatrzyła na człowieka to nie wiedział, czy mieć erekcję czy się jej bać… Dziewczyna wiła się jak kobra, samą mimiką twarzy idealnie oddawała warstwę tekstową numerów. A w przerwach między numerami rzucała zaledwie od czasu do czasu cichutko, słodziutko i nieśmiało „Thank You”. A podczas wykonywania (zaznaczam, że fenomenalnego) utworów zmieniała się nie do poznania. Poza tym czego jak czego, ale stateczności na pewno nie można było im zarzucić, scena wręcz pulsowała energią. A co zagrali? Jeśli czyta to te kilka osób, które zaznajomiły się z ich dyskografią to muszę im powiedzieć, że usłyszeliśmy „You Too Must Die”, „Servant”, „Teenage Lust”, „Old Habits”, „Summer Thunder”, „No Shadow” i jeszcze kilka innych numerów. Łącznie coś około godziny, może trochę krócej. Ale na scenie naprawdę działa się magia. Coś pięknego i kto nie był a być mógł naprawdę niech żałuje (pomyśleć, że są osoby, które w ten sam dzień poszły oglądać dziadów z Turbo i Kata z Romanem). Wkurwial mnie tylko jakiś kuc, co napierdalał przy tym młynki łbem jakby przyszedł na Sodom, ale chuj tam… Gold zrekompensowało mi w ten wieczór wszelkie niedogodności i zajęli miejsce w moim czarnym, smolistym serduszku forewer.

Koncert się skończył, a ja czułem jeszcze taki cholerny niedosyt. Ale trudno, bisów nie było, my więc spokojnie wyszliśmy z klubu na tętniący jeszcze życiem Kazimierz i udali się na kwadrat.

Koncert bez słabego momentu. Doprawdy. Każda z trzech kapel zagrała wyśmienicie, nawet nie wyrokuję która lepiej. Jak dobrze, że są takie ekipy jak Southern Discomfort w osobie Andrzeja i jego little helpers. Zaprawdę powiadam Wam, miejcie oko na takie niby niepopularne gigi bo to na nich dzieją się rzeczy wspaniałe.

Autor

9760 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *