Southern Discomfort #41: King Dude, Them Pulp Criminals, Foie Gras; Kraków, Rotunda; 08.08.2016

sd41Już od bardzo dawna nie uczestniczyłem w żadnym wydarzeniu odbywającemu się pod szyldem Southern Discomfort. Tym razem jednak nie odpuściłem. Nie wydarzyły się żadne niespodzianki życiowe i udało się dotrzeć w poniedziałkowy wieczór do Rotundy. Gdy King Dude dawał koncert w Warszawie, w marcu tego roku żałowałem mojej absencji. Tym razem postanowiłem nie odpuszczać. Koncert w Krakowie, więc daleko nie ma. Jadę!

Do busa wsiadłem po południu i po dwóch godzinach byłem w Krakowie. Do otwarcia bram klubu miałem jeszcze trochę czasu, więc wpadłem do Viva la Pinta na kufel porządnego piwa. Upał był niemiłosierny, więc złocisty trunek z tego wspaniałego browaru nieomal uratował mi życie. Przed 19:00, spacerowym krokiem pomaszerowałem w kierunku Rotundy. Na miejscu byłem zaraz po otwarciu bramek, więc ludzi było bardzo mało. Jeszcze bez kolejki zamówiłem piwko i pomaszerowałem na stoiska. Kramy były dwa. Na jednym stuff od Króla Kolesia, a na drugim dobra wszelkie od Pana Sowy. Zagraniczny towar był w cenie… Miałem w planach coś kupić, ale taśma po 40 zł, CD po 60 zł. O winyl to już nie pytałem… Sporo. U Pana Sowy ceny przystępniejsze. Sporo fajnego towaru znanego z Internetu oraz przedpremierowo debiut Them Pulp Criminals i dwa wzory koszulek z tym logo. Korzystając z faktu, że tłok jeszcze był niewielki zakupiłem to, co miałem na liście sprawunków i już spokojnie mogłem przepijać resztę pieniędzy.

tpcW międzyczasie do klubu wbiła nasz krakowska korespondentka, czyli Boska. Chwila pogaduszek i lecę pod scenę, bo oto zaraz oczom mym mają ukazać się dzisiejsi debiutanci. Oczywiście chodzi mi o cały kwartet, bo indywidualnie to debiutanci nie są. Tymek wkracza na deski Rotundy w dość nietypowym dla siebie wizerunku scenicznym i zaczynają. W sumie to nie wiem, czego się spodziewałem. Debiut zakupiłem dopiero na koncercie i przesłuchałem w całości już po imprezie. Najpierw może napisze dla kogo ta muzyka. Myślę, że fani klimatów w stylu Jasia Pieniążka byliby zadowoleni z tej muzyki. Dla fanów nieco młodszych inne porównanie: myślę, że jak Wam leży Beastmilk (o pardon, Grave Pleasures), albo szwedzki Ghost to pewnie i Them Pulp Criminals wam spasuje. Wszystkie te zespoły maja wspólny mianownik: inspiracje w postaci klasyki rocka. Muzyka Them Pulp Criminals to podróż w czasie i przestrzeni. Wycieczka w lata 60-te i 70-te za wielką wodę. I jak to się sprawdziło? Dobrze. Fajnie wypadły ballady, lekko pobujały szybsze numery. Wokalnie też dobrze. Pokazuje to, jakim wszechstronnym wokalistą jest Pan Tymek. To, co gość prezentuje na debiutach TPC i Ragehammer to jest coś niesamowitego, mimo że to dwa przeciwne bieguny muzyki. Niemniej jednak było widać lekką tremę na scenie. Nie dziwi mnie to zupełnie. Ale zasadniczo fajnie goście wypadli. Mam nadzieję, że to nie jedyny ich występ. Ponieważ na dyskografię Them Pulp Criminals składa się jedynie krótki debiut, to zagrali z niego najprawdopodobniej wszystko. Na deser poleciał cover Siouxsie and the Banshees „Love in a Void” i tym miłym akcentem występ się zakończył. Nie byłem jakoś strasznie poruszony, ale podobało mi się.

fgOkazało się, że w międzyczasie do klubu wbiło naprawdę dużo ludzi. Kolejki do kibla i po piwo zaczęły się wydłużać. Poszedłem sobie na fajkę. Podczas rozmów kuluarowych zostało mi uświadomione, że dwa dni temu na OFF Festiwalu grała Mgła. Kompletnie wyparłem ten fakt z pamięci. Gdy po raz kolejny pojawiłem się pod sceną, Pani Foie Gras już siedziała na krześle z gitarą. Prywatnie ta pani to towarzyszka życia Króla i jakoś na ostatnią chwilę dopisano ją do imprezy. Porobiłem kilka fotek i poszedłem po piwo. Trochę to nie dla mnie ganie. A może inaczej: granie trochę nie na ten wieczór. Pani w nietuzinkowej sukience siedziała sobie na krześle i śpiewała bardzo smutne piosenki. Wybrałem piwo. Kolejka nie była taka ogromna jak przednio, więc po kilku (kilkunastu?) minutach miałem już złocisty trunek w rękach. Jakby były dwa bary to byłoby znacznie sprawniej. Gdy już z piwem wróciłem pod scenę, Pani Foie Gras zapowiedziała ostatni numer, więc wycofałem się na jeszcze jednego papieroska. Nie zachwycił mnie ten występ.

King dudeChwila konwersacji i już biegnę pod scenę, bo pierwsze dźwięki muzyki Króla Kolesia dobiegają do moich uszu. Nie miałem początkowo najlepszej miejscówki, ale szybko się rozepchałem i wylądowałem pod sceną. Miałem obowiązki fotoreportera, więc postanowiłem tego miejsca bronić za wszelką cenę. Mój stosunek do tego artysty do niedawna był dość obojętny. Wniknąłem jednak trochę w jego bogatą dyskografię i wybrałem tam wiele dla siebie. Skłamałbym, gdybym napisał, że łykam bez popity wszystko co stworzy, ale mnóstwo jego muzyki bardzo mi pasuje. Osobiście bardzo lubię płytę „Fear” a resztę to tak selektywnie. Mimo takiego nastawienia cały wysęp rozłożył mnie na łopatki. Po pierwsze: niesamowity luz. Kapitalnie się ogląda takie występy. Znakomity kontakt z publiką, coś wspaniałego. Apogeum osiągnięte zostało, kiedy Król zerwał strunę w gitarze. Drugi gitarzysta zaczął naprawiać sprzęt, a główny maestro zabawiał ludzi konwersacją. Tematy pojawiały się różne. Od narkotyków, przez wyższość Burbona nas Szkocką, po religie. Działo się naprawdę dużo. Muzycznie natomiast była to magia. Gość na niesamowitą charyzmę, kapitalne możliwości wokalne i to sprawia, że owija sobie publikę wokół małego palca. Ludzie patrzyli na scenę jak zahipnotyzowani. Mnie też ten stan się udzielił. Nie mogłem oderwać się od tej muzyki. Ale jak lecą takie numery jak „Silver Crucifix”, „Fear is All You Know”, „Miss September” czy „Jesus In The Courtyard” to nie ma możliwości, żeby serce szybciej nie zabiło. Występ minął mi niesamowicie szybko. Goście schodzą ze sceny, ale wiadomo było, że to nie koniec, bo przecież jeszcze nie poleciał największy przebój Króla. Wywołany maesto wchodzi już sam na scenę i gra pierwsze dźwięki „Lucifer’s The Light Of The World”. Wiedziałem, że to będzie potężny strzał, ale nie spodziewałem się aż takiej mocy. Nie wiem ile było osób w Rotundzie… 300? 400? Może 500? Wszyscy śpiewali! Aż mi się włos zjeżył. Widać było, że maestro też jest w szoku… To miał być koniec, ale nie… Padło pytanie: „Co chcielibyście usłyszeć?” Takie „by request” to ja rozumiem! W wyniku tego poleciały jeszcze „Barbara Anne” i „My Beloved Ghost”(najprawdopodobniej). I koniec? I do domu? Nie chciałem wierzyć, że to koniec koncertu. Czułem się wspaniale a tu koniec… Zajebisty występ. Kapitalna relacja z publiką. Zawinąłem się jednak, bo zrobiło się dość późno.

Koncert zajebiście udany. 41 edycja Southern Discomfort wypadła rewelacyjnie.

A więcej zdjęć tutaj.

Autor

701 tekstów dla Chaos Vault

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *