sd39Z racji niedawnych zawirowań sakramencko późno zabieram się za pisanie tej relacji, ale ważne że się robi, a emocje po gigu jeszcze dychają. Szybciutko, na wstępie umieszczę jeszcze podziękowania w kierunku Pathologista za to, że nie mógł się wybrać na ten gig (che che). Zawsze to miło korzystać na czyimś nieszczęściu (che che). A teraz będzie o tym jak to było zajebiście i bardzo fajnie (che che).

Do miasta knurów wjechałam już w sobotę, a więc preludium odegrane zostało nad wyraz poprawnie. Trzymając się chronologii wydarzeń wspomnę jedynie, że (w tym miejscu bełkot niezrozumiałych słów, nikt nie wie o co chodzi). Do Kawiarni Naukowej dotarłam napędzana Grant’sem z colą oraz niewybrednym humorem artystów wielkiego formatu, najmilszych młodzieńców jakich nosiła ta plugawa ziemia, specjalistów od picia w bramach (taka wyszukana rozrywka). Na mojej twarzy odmalowało się delikatne zdziwienie, gdyż dotarliśmy w zupełnie inne miejsce, niż się spodziewałam. Nie wiem kiedy nastąpiła zmiana lokalu, ale w poprzednim było jakoś bardziej ćpuńsko i chyba lepiej jeśli chodzi o muszlę koncertową. Klozetowa natomiast standardowo, czyli jakieś 2/10. Ox. Mknę już ku tematom związanym z muzyczną stroną tego przedsięwzięcia. Przyznam szczerze i bez bicia, no chyba, że znajdą się jacyś chętni, że noisy to nie do końca moje poletko. Nie będę się tutaj silić na wyszukane porównania, nabazgram tylko jak było i już sobie idę.

Na pierwszy ogień – ARRM z tym, że słowo „ogień” zostało tu użyte dość pochopnie. Całkiem dobrze dobrany wstęp. Osobiście na początku każdego tego typu gigu jestem, mówiąc oględnie, pozytywnie rozleniwiona i te sztuki podtrzymały ten stan. Lekko duszący zapach kadzidełka zatkniętego obok klawiszy do tego ślamazarne tempo i jestem szczęśliwa. Narkotynki wydawały się tu wskazane, ale zdecydowanie i bez tego muzyka spowodowała sfumato otoczenia. Nie mam pojęcia, dlaczego zwizualizowała mi się twarz całkiem młodego jeszcze człowieka, którego skóra bardzo wolno zaczęła opadać, a potem topnieć i spływać po kościach niczym wosk. Muzycznie to wszystko już oczywiście było. Fani Earth trochę narzekali, że zrzynka, ale podobieństwo jakoś specjalnie mi nie przeszkadzało. Dla mnie to był podobny klimat, ale do „kopiuj, wklej”  im raczej daleko.  I jednej i drugiej kapeli warto posłuchać. W każdym razie dobrze się było przy tym pogibać. Czarna woda zalała publikę.

Pitu pitu i nadeszła pora na kapelę o matematycznej nazwie X. Nie spodziewałam się za wiele. Sześciu chłopa wypluło z siebie to co miało do wyplucia. Możliwe, że komuś się ta zawartość podobała. Tzn najwidoczniej, bo kilka osób po mojej prawej wyrażało aprobatę.  Wyrzyganie wnętrzności na scenie jest jak najbardziej na miejscu, ale z mojej perspektywy ilość zamieszania muzycznego i ruchowego była po prostu zbyt duża. Bajzel, przesyt, cyrk na kółkach. Przerost formy nad treścią. O ile na nagraniach krzyki wokalisty są całkiem spoko, to na żywo nie trzymało się to kupy. Mylił się i sporo improwizował. Ciężko było doszukać się tam czegokolwiek poza darciem paszcz wokalistów, bo niestety było ich aż dwóch z tym, że ten z workiem na głowie przynajmniej nie musiał się potem tak bardzo wstydzić. Wycie przysłoniło wszystko co mogłoby tam być interesujące. Może taki był zamysł, nie wiem. W każdym razie za dużo prochów czy wódeczek przed gigiem nie sprzyja artystom. Na dokładkę wodzirej wkrochmalił się we mnie w dość słabym stylu. Nie mam pojęcia co sprawiło, że wytrzymałam to do końca. „Strzał w potylicę z pistoletu na wodę”.

To chyba nie był do końca mój wieczór, bo zawaliłam nieco robotę i umknął mi szwajcarski Sum of R. Z tego co pamiętam, odgrywałam wtedy partyjkę szachów i w szale bitewnym przeszło mi to gdzieś obok.

Przechodząc do meritum, jeśli ktoś chce zrozumieć o co dokładnie chodzi francuzom z Aluk Todolo – polecam wybrać się na ich sztuki. Ciężko mi będzie nie używać w tym miejscu „wyduszonych” nieco metafor, ale to co zobaczyłam, usłyszałam, a nawet odczułam na własnej skórze, to nie był jakiś tani, rzemieślniczy popis. Rytuał, okultyzm, trans – ci panowie dogłębnie rozumieją znaczenie tych słów. Zdecydowanie potrafią omamić odbiorcę. Już przy pierwszym kawałku odpłynęłam dość daleko od brzegu. Potem już tylko plątanina w meandrach dźwięków. Nie jestem pewna, czy przypadkiem nie lewitowałam. Mniejsza. Podkreślę to jeszcze raz – Aluk Todolo zyskuje bardzo wiele na żywo, żeby nie powiedzieć, że cel tej muzyki może być osiągnięty tylko w takich warunkach. Jeszcze żwawiej lejąc wodę, bo jakoś nie mogę się powstrzymać: bez napinki zatrzymali czasoprzestrzeń i powyginali ją we wszystkie strony. Nie mam pojęcia jak to lepiej ująć. Trzeba by mieć prawdziwe literackie zacięcie i operować słownictwem niedostępnym dla zwykłego śmiertelnika. Cokolwiek. Pulsacja, którą stosują powoduje, że można się dogrzebać w sobie czegoś pierwotnego. Mantryczność, a do tego ściany dźwięku gruchoczące twarzoczaszkę. Nie wiem jak jest naprawdę, ale odniosłam wrażenie, że ci chłopcy mają dość ciekawie w makówkach. Szczególnie perkusista, który z punktu widzenia egzorcysty jest beznadziejnym przypadkiem. Gitarzysta też niezgorszy – wywijał pedałami jak szalony (w ogóle czego on tam nie miał – co najmniej pięćset pedałów i pokrętełek od wszystkiego). Wprost proporcjonalnie do żywiołowości muzyki manewrował natężeniem światła w żarówce zwisającej nad perkusją – magia istnieje. Poruszając temat braku wokalisty: mimo iż jest to element, na który zwracam uwagę zawsze w pierwszej kolejności, to w tym przypadku jego nieobecność zupełnie mi nie przeszkadzała. Bardzo sprawnie całą plastykę wykonało instrumentarium i lokalizacja. Aluk Todolo to  kolejna trójca, która powoduje, że zaczynam kłaniać się w stronę minimalizmu. I nie chodzi o to, że im mniej rzemieślników tym bardziej ociosana budowla. Raczej o to, że czerń niczego nie tuszuje. Podkreśla za to cienie pod oczami po nieprzespanej nocy. Uwielbiam perliste solówki, ale zdaje się, że jest coś bardziej interesującego w jednym jasnym punkcie pośród mroku. A przecież to nawet metal nie jest. Jakkolwiek, mlaskanie z zadowolenia będzie rozbrzmiewać jeszcze długo.

Aha, zapomniałabym: w siateczce z biedy, w mojej szafeczce, kisi mi się sarnia racica, którą przytargałam z tego bardzo kulturalnego wydarzenia…Jeśli to była prywatna racica to proszę się do mnie zgłosić, odeślę pocztą.