Southern Discomfort #23: Obliteration, Degial, Exmortum, Dira Mortis; Kraków, Klub Lizard King; 12.11.2013

southern disc. 22Proszę państwa, wiadomość o tym koncercie dosłownie mnie zelektryzowała i spowodowała przypływ krwi w wiadome miejsca. Kilka kliknięć i tani bilet do Krakowa kupiony. Później pozostało już tylko odliczanie dni i godzin. Do czego? Do najazdu na polskie rubieże dwóch death metalowych hord z czeluści piekła – norweskiego Obliteration i szwedzkiego Degial, co uczynili w ramach Southern Discomfort XXIII

Skompletowanie składu wyjazdowego przebiegało w bólach, jak zwykle ograniczyło się do niezbędnego minimum. Choć z drugiej strony – cztery osoby reprezentujące Rzeszów to ostatnimi czasy liczba nie w mąkę pierdnął. Wraz z Pathologistem zapakowaliśmy się więc we wtorek do busa, spełniając równocześnie marzenie z dzieciństwa – przejechać się busem piętrowym na samym przodzie nad kierowcą, hehe. Taki event trzeba było uczcić, więc w ruch poszło szkło, dzięki czemu Kraków przywitaliśmy w dobrych humorach. Zgarnęliśmy po drodze kolegę z Excidium z jego drugą połówką (tym razem chodzi o kobietę, nie o flaszkę), ugasiliśmy pragnienie i wbili do znajdującego się w samym centrum klubu Lizard King. Przyznam, że niespecjalnie ten klub pasuje mi na miejsce death metalowego, podziemnego spędu – dużo stolików, na nich lampki do czytania, hehe – Jex Thoth owszem, wypadło w nim świetnie, ale ten skład… Hmmm.

dirA MORTISI może właśnie dlatego podczas koncertu Dira Mortis pod sceną nie było nikogo. My trochę spóźniliśmy się, więc obczaiłem może z trzy ostatnie numery, które jednak wytarły mną podłogę. Miałem obawy, czy Dira Mortis w ogóle zagra, bo jak wiadomo Wizun po wypadku wypadł z gry na dość długi czas. Szczęśliwie Leszek załatwił zastępstwo na gary – i tutaj dla typa olbrzymi szacun, bo ponoć przed tym koncertem zagrał z kapelą trzygodzinną próbę o ile dobrze pamiętam, a że kawałki twórców „Euphoric Convulsions” nie są najłatwiejsze – brawo! Sączący się gęsty decior a’la Incantation trafia w me gusta bezproblemowo i o ile wiem, inni też byli zadowoleni, jedynie nie umieli tego pokazać w tańcu – co zresztą nie omieszkał skwitować wokalista Łukasz, życząc zebranym więcej ruchu podczas kolejnych koncertów.

Po koncercie Dira Mortis skusiliśmy się na piwo i czekaliśmy na kolejny występ. Normalnie o tej porze powinien zagrać Ulcer, ale wiadomo – D.ssipline w szpitalu i z typem też nie różowo, o Wizunie już pisałem. Niestety. Mam nadzieję, że jeszcze niejedną sztukę przykurwią w tym dobrym składzie, ale póki co trzeba było znieść ich absencję.

EXMORTUMW związku z powyższym, zespołem numer dwa w ten wtorkowy wieczór był Exmortum. Przyznam się, że byłem zdziwiony, tym co usłyszałem podczas recitalu T.Y.M.E.K.’a (hehe) i kompanii – ostatni raz widziałem ich przed Jex Thoth i myślałem, że drastyczne zwolnienie ich muzyki bierze się z chęci większego dopasowania do tego doom metalowego składu. Jednak tego wieczoru Exmortum również zagrało bardzo wolno – oczywiście kiedy trzeba to przyjebali naturalną wymaganą szybkością (refren „Dead Cold Meat” nie byłby taki sam przecież, heh). I wydaje mi się, że zaprezentowali również i nowe kawałki – zaiste wbijają w ziemie. Bardzo podoba mi się styl, jaki Exmortum obrało, przechodząc daleko w śmiercionośne doom metalowe klimaty a’la Winter, Hooded Menace… Za to covery były już w pełni death metalowe – Unleashed i Nunslaughter – chyba, bo nie poznałem podczas koncertu i zgodnie ze słowami wokalisty powinienem z sobą skończyć. Jednak stwierdziłem, że relacja ważniejsza i choćby z tego powodu nie odkręcę gazu w kuchni, hehe. Nie obyło się bez jakichś problemów z gitarą, szybko naprawionych, bo publiczność jednak tym razm pod scenę zawitała i czekała niecierpliwie na dalszą dawkę death / doom metalowej strawy, którą Exmortum wpychało nam z lubością w pyski. Strasznie mnie ciekawi, co tam jeszcze wymyślą w przyszłości. Świetny ten zespół, niewiele takich w naszym kraju…

degialJuż Exmortum nam zdrowo dało po dupie, a tu jeszcze dwie kapele – dwa główne dania. Dania w pysk. Degial, które było priorytetowym powodem mojej bytności na tym koncercie, ponoć wystąpiło w zmienionym składzie, bez J.Megiddo, który odszedł z kapeli. Kurwa, może i tak, może nie – jakby nie mieli corpse paintów, to może bym wiedział na pewno. Co nie zmienia faktu, że Szwedzi rozjebali mnie doszczętnie – ich obłąkany death metal, mocno osadzony w dwóch pierwszych krążkach Morbid Angel i Necrovore robi mi taaaak dobrze… Weszli na scenę, ani dzień dobry ani spierdalać, tylko zaczęli siarczystym death metalem z zamierzchłych czasów. Co to była za moc! Wypadli równie dobrze co na materiałach studyjnych, albo nawet jeszcze lepiej, bo z większą dawką scenicznego szaleństwa. Pomijam fakt, że goście wyglądali jak Watain, hehe – ale może w Szwecji akurat moda na kowbojki? Z drugiej strony nie pojechałem do Krakowa spuszczać się nad męską konfekcją, a muzyką – a tutaj akurat było nad czym, zaprawdę – żałować może każdy, komu nie chciało się dupy ruszyć. Kapela skupiła się głównie na materiale z „Death’s Striking Wings”, ale i z nieustępującej jej w niczym EPki. Goście pomimo że nie prowadzili praktycznie żadnego dialogu ze zgromadzoną pod deskami publicznością wcale nie wypadali statycznie – po prostu przybyli zasiać ziarno chaosu, co udało się im w zupełności. Nie mogę powiedzieć, by pod sceną rozpętała się burza, ale grupka maniaków dziko napieprzała łbami do tych dźwięków przez cały koncert. Mnie kupili bezapelacyjnie – właśnie czegoś takiego się po nich spodziewałem!

obliterationNie mogłem sobie odmówić piwa po występie Degial. Wraz z kolegą Sybirem udaliśmy się do wodopoju. Lizard King nie jest wielkim klubem, ale w sumie był dość nabity – szczęśliwie nie na tyle, żeby stało się po browar przez kwadrans. Nie zdążyliśmy nawet go dopić, a już na scenie zjawił się ostatni tego wieczoru zespół – norweskie Obliteration. Akurat ich dogłębnie nie znałem, ale przekonałem się szybko, że te pieśni pochwalne na ich temat to nie czcze gadanie. Co dziwne, w sumie młodzi kolesie doskonale oddali klimat z kolei nagrań Autopsy i Abscess. I tu już mamy w redakcji zdania podzielone, kto zagrał lepiej. Dla mnie Degial, dla Pathologista – Obliteration. Może dlatego, że Degial znałem lepiej, a wiadomo jak to jest z piosenkami, które już się zna. Myślę, że obgadamy to z Pathologistem przy kieliszku chleba przy najbliższej okazji, a póki co zdajcie się na moją relację – Obliteration z początku zaczęło z pewną dozą nieśmiałości, ale im dalej w trupa, tym więcej larw i każdy kolejny numer śmierdział już coraz mocniej zgnilizną. W którejś tam części piły jest taka scena, że do baseniku z jakąś nieszczęśniczką wrzucane są coraz to nowe świńskie zgnite ścierwa – podobnie czułem się gdy Obliteration zwalniało w charakterystycznym stylu, zaczerpniętym od kapeli Reiferta. Kapela zaprezentowała sporo numerów z ostatniego „Black Death Horizon”, ale również zahaczyła o coś z „Necropsalms”. I naprawdę – nie wyobrażam sobie, że komuś mógł się ich występ nie podobać. Akurat oni byli trochę bardziej rozmowni w kontakcie z publiką, ale też bez przesady – gomułkowskich wywodów ze sceny nie prowadzili. Mnie osobiście połknęli, przeżuli i wysrali, by trzymać się muzycznej stylistyki.

Po koncercie zaczęliśmy się powoli zbierać w poszukiwaniu pubu z bardziej przystępną ceną za pół litra złotego napoju, dywagując po drodze o wyższości strawy z makdonalda nad kebabem. Roztrząsaliśmy tematy medyczne, logistyczne i o – dupie – marynne. A potem wtarabaniliśmy się do busa, zaległszy pokotem dojechaliśmy do Rzeszowa. Zadowoleni w chuj.

Powiem tak – poziom koncertu uplasował się zdecydowanie powyżej ceny, jaką sobie krzyknął organizator. Jak to jest, że bilet na taki skład kosztował tyle samo, co bilet na jakąś zafajdaną północną plagę? Wielka tajemnica wiary. Niemniej jednak, niniejsza edycja Southern Discomfort była doprawdy zajebista, życzę sobie, by i do sześcdziesiątej szóstej edycji tak już zostało, a potem, żeby było jeszcze tylko lepiej, hehe.

Autor

11171 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *