Po kilku miesiącach metalowa dusza moja i kumpli moich zaczęła domagać się pokarmu. Piszczała, marudziła, stękała. Nie starczały półśrodki w rodzaju koncertu Romana z Katem ani charytatywnego gigu dla Covana. Ona chciała znaleźć się pośród innych dusz, maniakalnie oddanych metalowej sprawie. Na pytanie, czy death metalowa sprawa też może być, dusza moja przystała ochoczo.

 

Okazją był początek trasy Sounds Of The Extreme 2012, w której udział wzięli przedstawiciele dwóch Ameryk – Vital Remains, Malevolent Creation i Krisiun plus jacyś otwieracze. Po przejechaniu niecałych trzystu kilometrów trafiliśmy w końcu zmarznięci pod Rude Boya. Trochę chujnia, że tak fajny koncert odbył się w trochę dziwnym miejscu, nie w jakiejś Warszawie, Katowicach czy Krakowie nawet. No ale cóż.. Pod klubem na mrozie -15 stopni Celsjusza czekaliśmy około 45 minut. Dlaczego? Bo tak (co do organizacji, to na końcu w akapicie „prywata” się wypowiem). Do Rude Boy’a weszliśmy jako jedni z pierwszych, dzięki czemu mieliśmy możność zawieszenia sfatygowanych kurtek, bo szatnia malutka jak móżdżek Macierewicza (ale za darmo). Pierwszy raz byłem w tym klubie i już na pierwszy rzut oka wiedziałem, że będzie ścisk – zdecydowanie Bielsko Biała nie była najszczęśliwszym wyborem na organizację tego koncertu. Nie było też ani kawałka merchu, a szkoda, bo byłem gotów na małe zakupy. Co jeszcze do minusów? Maciej rzecze, że nie było różanego mydełka w kiblu. No fakt, nie było.

 

Ok, pierwsza kapela nosiła nazwę… Kurwa, nie pamiętam, a nie chce mi się szukać. Zresztą, podejrzewam, że zdecydowanej większości tak naprawdę wisiał ten zespół, zwłaszcza, że ludzie się dopiero schodzili do klubu. Okej, odnalazłem już w pamięci – Truth Corroded. Goście wyglądali jak deathcore’owcy i grali deathcore, równie przewidywalnego co okładka pagan metalowej kapeli. Nie pamiętam ile poszło numerów, pięć – może sześć. Kapela starała się wypaść jak najlepiej, nawet kilka osób bujało się pod sceną, ale mnie jakoś nie porwali. Może tam tupnąłem nóżką przy jednym numerze, który z kolei nosił w sobie mocno punkową motorykę. Nie wiem, ile trwał cały koncert, podejrzewam, że nie zajęli nam więcej czasu niż pół godziny. Jak zeszli to nie płakałem, moim zdaniem spokojnie można było dokoptować jakąś niezłą czysto death metalową kapelę, nawet z Polski.

 

Chwila przerwy, kilku z nas poszło przepychać się w kolejce po browarka i rychło powracać, bo na deskach już krzątali się techniczni Vital Remains. Krótkie intro po którym na scenę wtoczył się Dave Lazaro i reszta. Kurwa, jak ostatni raz widziałem Vitalów to Lazaro był pewnie z pół kwintala mniejszy… Gość jest ogromny! Ale powiem Wam, że grali naprawdę nieźle, a na wokalu sprawdzał się Scott Willy – zajebiście kontaktowy gość, który poradził sobie z setem bez zarzutu. Już po ryknięciu „We Are Vital Remains from Providence!” maniacy pod sceną rzucili się w jebitnie mocny młyn. Ja odpuściłem sobie napierdalanie akurat przy Vital Remains, bom kierowcą był i inne death metalowe duszyczki z mojego automobilu miałem pod kuratelą, hehe. Stałem więc spokojnie na tyłach i obserwowałem rzeź, która dokonywała się na deskach nie wysokiej sceny Rude Boya. A co grali? No ja pamiętam, że poszło „Icons Of Evil” i „Dechrystianize” oraz „Hammer Down The Nails”. I zostały odegrane na przyzwoitym poziomie. Choć oczywiście szkoda, że na pokładzie nie ma Suzuki. Jednak uwagę przykuwał i tak wokalista, który co chwila mówił, jakim zaszczytem jest dla nich koncert w Polsce. Może jest, może nie… hehe… Faktem jest, że przyjęcie zgotowano im naprawdę dobre, wydaje mi się nawet, że tak dobrego odezwu ze strony publiki nie miał później Krisiun, a już na pewno nie miał Malevolent Creation. Mnie osobiście również się podobała ta sztuka, sama kapela również opuściła deski Rude Boy’a zadowolona. Mieli ku temu powody.

 

Przedostatnia kapela należy do moich ulubieńców. Malevolent Creation widziałem na żywca bodajże ostatni raz dziewięć lat temu, kupa czasu… Teraz powrócili w bardziej klasycznej odsłonie. Zębiska ostrzyłem sobie na ich koncert, oj, ostrzyłem. Ze sceny zniknęli techniczni, a pojawiły się na niej cztery persony… kurwa, jakie cztery, zapytałem się sam siebie. Ano jedna, druga, trzecia, czwarta… Ej, a gdzie kurwa Blachowicz?! Oo, a co z Fascianą? Się zatacza dziwnie i w ogóle. No, się okazało, że panowie zostali ugoszczeni wedle najlepszych polskich tradycji i zaniemogli z deczka. Zdarza się, zwłaszcza, że to był pierwszy koncert w ramach tej trasy, mogli nie być jeszcze zaprawieni w bojach. Ale przejdźmy do konkretów. Hoffman już na samym początku zapowiedział, że będzie to specjalny set, złożony z materiału pochodzącego głównie z „The Ten Commandments” i „Retribution”, czyli dwóch pierwszych, najlepszych krążków. No i poszło. Nie pamiętam od czego zaczęli, ale jak się można było spodziewać setlista była mocarna, bo poszło między innymi „Coronation Of Our Domain”, „Multiple Stab Wounds”, „Remnants of Withered Decay”z jedynki. Z dwójki natomiast na pewno poszło „Eve of the Apocalypse”, „Slaughter of Innocence” czy „No Flesh Shall Be Spared”. Ale mogę się mylić, gdyż tym razem już nie mogłem sobie darować i poszedłem ponapierdalać w młynie. Jedynym nowym numerem był pochodzący z ostatniej płyty „Slaughter of Nie było już tak intensywnie jak przy Vital Remains, bo obyło się bez sińców i tak dalej. Kapela wydawała się zadowolona, chociaż Phil i tak nie był zbyt kontaktowy, chyba gdzieś tam się nawet wypierdolił, kilkukrotnie się pomylił. No ale to nie koncert w filharmonii a death metalowa sztuka i suma summarum, wyszło to wszystko nienajgorzej. Co mogło też być zasługą Bretta Hoffmana, który chyba widząc niedyspozycję kolegów dwoił się i troił za mikrofonem. No musiał jakoś nadrobić braki w brzmieniu wynikłe z absencji Blachowicza. Mimo to, mnie osobiście naprawdę podobała się ta sztuka, zwłaszcza, że na sam koniec zagrali utwór – wizytówkę, czyli „Malevolent Creation”. I tu młyn był chyba najintensywniejszy jeśli mówimy o koncercie Malevolent Creation. Po około pięćdziesięciu minutach kapela zeszła z większym lub mniejszym trudem na backstage, potem Phil łaził jeszcze niedopity po klubie, chętnie pozując do zdjęć, tuląc napotkanych na drodze metaluszków i tak dalej. Miły z niego chłop swoją drogą, ale powinien więcej trenować przed przyjazdem do Rzeczypospolitej – kilka razy tu już był, więc się dziwię, że tego nie wiedział, hehe.

 

Dla ostatniej kapeli przyjazd do naszego kraju akurat w ten piątek musiał być szokiem termicznym, wszak Brazylia nie kojarzy się z minusowymi temperaturami. Chyba, że ich organizator też przetrzymał na mrozie, ot tak dla zasady, w co wątpię jednakże. Ale pewnie przyzwyczajeni są panowie z Krisiun, gdyż o nich mowa – nie zliczę, ile razy gościli już w Polsce – sądząc po próbach porozumienia się wokalisty z publiką („dziekuji”, „Napierdalajsie”) wystarczająco wiele. Sam widziałem ich dotychczas dwa razy i za każdym razem było na czym ucho zawiesić. Lekko wymęczony po szaleństwach podczas koncertu poprzedniej kapeli,ustawiłem się tym razem dalej. No i Brazilianeros zaczęli napierdalać. Miło, że nie skupili się tylko na najświeższej płycie, ale sięgali i wstecz. Wszystko zabrzmiało bardzo dobrze, tych trzech furiatów rozkręciło młyn pod sceną, powiadam Wam! Nie powiem Wam konkretnie, co Krisiun zaprezentował nam tego piątkowego wieczoru, bo po prostu nie kojarzę ich utworów po tytułach, no ale na ile znam ich twórczość, to jedyną pominiętą płytą, był ich debiut, zaś z ostatniego albumu poszło chyba trzy numery. Ale oczywiście zostawiam sobie margines błędu. Choć przyznam, że już pod sam koniec w zasadzie kapela lekko zaczynała mnie nużyć, jako biernego obserwatora, na przykład gdy Max odgrywał solo na perkusji, czy co to było – no okej, są świetnymi instrumentalistami, ale jakoś nie czułem potrzeby, by udowadniali mi ten fakt w ten sposób. Na sam koniec jednak zamordowali odgrywając w ramach bisu „Black Force Domain” – kurwa, tu było czuć moc! Zagrali blisko godzinę o ile pamiętam, a oglądanie setu Krisiun sprawiło mi niekłamaną przyjemność.

 

Reasumując – wszystkie kapele odwaliły dobre sztuki, nie wyłączając z tego grona Malevolent Creation – choć tu rozjeb byłby zapewne jeszcze większy, jeśli panowie byliby trochę trzeźwiejsi, hehe. Generalnie i tak jestem zadowolony – porządna death metalowa rzeź na trzy baty!!!

 

Kochane metale – Uwaga: Prywata

 

Na sam koniec trochę prywaty. Z tego miejsca pragnąłbym podziękować agencji Massive Music za udzielenie mi akredytacji na ten gig, no ale tego nie zrobię. Dwa tygodnie przed gigiem napisałem bowiem grzecznego maila do tej agencji z zapytaniem o możliwość akredytacji, przesłałem linki, które dokumentowały, że wcześniejsza współpraca była owocna, zapewniłem też o chęci udzielenia z mojej strony ewentualnej pomocy poprzez Kejosa (news o koncercie był jak zwykle na stronie). Po tygodniu (też nie zawsze odpisuje po minucie, no ale jednak trochę za długo to trwało chyba…) otrzymałem maila z zapytaniem o naszą oglądalność (i był to jedyny ślad zainteresowania działalnością serwisu) i zapytaniem, czy zrobimy recenzję i wywiad jakiejś deathcore’owej kapeli. W odpowiedzi ode mnie dziewczyna od PR z Massive Managment dowiedziała się, iż z recenzją nie ma problemów (bo zazwyczaj recenzujemy wszystko co nam podeślą ludzie), ale co do wywiadu, to zawsze decydujemy po przesłuchaniu płyty, bo nie zależy mi na wywiadach z kapelami, które wypuściły słabe krążki, zwłaszcza, że deathcore to nie mój ulubiony gatunek. Niestety nie otrzymałem już żadnego maila.

Może by mnie to waliło, ale przy dziwnym systemie rezerwacji biletów w klubie, obawiałem się po prostu, że nie dostanę akredytacji, po dotarciu do klubu okaże się, że biletów nie będzie i po 300 km jakie będę musiał pokonać w jedną stronę, pocałuję klamkę. Z drugiej strony istniałą przecież też taka możliwość, że kupię bilet trzy dni wcześniej, a na przykład dzień przed dostanę info, iż akredytacja została przyznana – co wówczas miałbym zrobić z biletem, który czekałby na mnie w klubie? No ale widocznie zasada „napiszcie o naszych, to pomyślimy” obecnie działa w Massive Managment (czy tam Music). I może by mnie to nawet nie obeszło, bo przecież nie jest to obowiązek przyznawać akredytacje kejosowi (choć byłoby miło, hehe), nie zdarzyło by się to zapewne po raz pierwszy czy ostatni, ale skoro ktoś się już wysilił i odpisał mi na pierwszego maila, mógłby choć po drugim mailu odpisać „Sorry, nie jesteśmy zainteresowani przyznaniem akredytacji, jeśli nie będzie wywiadu”, a nie zlać z góry na dół bez słowa. Jestem tym bardziej rozczarowany postawą pani Marty z MM, że wcześniej współpraca z tą agencją była bezproblemowa. No ale niestety to nie z nią załatwiałem wówczas akredytacje, co miło zresztą wspominam… I może bym zlał i tą sytuację mimo wszystko, jednak wziąłem sobie do serca słowa Adriana z „R’lyeh” ‚zine, by piętnować takie chujowe zachowania na naszej scenie. Tyle ode mnie. Pomimo tego, koncert był naprawdę zajebisty.