Tej relacji nie zacznę od spuszczania się nad składem kapel i pisania, dlaczego są dla mnie ważne, z czym mi się kojarzą albo którą płytę uwielbiam najbardziej i dlaczego. Uważam, że jest kilka kapel na świece, które każdy szanujący się fan metalu powinien zobaczyć. Nieobecność na ich koncercie to grzech wręcz niewybaczalny i ja dwa takie grzechy postanowiłem zmyć za jednym zamachem. Bije się w pierś – nie wdziałem nigdy na żywo ani Iron Maiden ani tym bardziej Motörhead, ale 10 czerwca 2011 na Sonisphere się to zmieniło.

Z rana wpakowaliśmy się w busa i pomknęliśmy w stronę stolicy. Nie będę się rozpisywał nad przebiegiem podróży, bo sensacje żadne nie miały miejsca. Najważniejsze, że byliśmy punktualnie i generalnie trzeźwi tak, że nawet starczyło czasu na odwiedziny u turka na kebabie lub próbę zakupienia pizzy. Przechodząc przez trzy bramki w końcu dostaliśmy się do środka i oczy jednych skierowały się w stronę budek z paszą a innych w stronę parasolek z piwem. Zjadłszy wcześniej kebaba z Oraclem byliśmy w tej części drużyny, która udała się wprost do źródełka magicznych mocy. A tam szału nie ma: Carlsberg 0,4 (żebym ja jeszcze choć z raz dostał kufel nalany do pełna to by było zajebiście) wydawany na śmieszne żetony kupowanie w kasie obok. W czasie konsumpcji na scenę wszedł Killing Joke. Nie jestem jakimś wielkim fanem tej kapieli, ale pijąc piwko spoglądałem na telebim i nawet wypadli fajnie. Nie mogę nic więcej napisać, bo skupiłem się bardziej na dyskusji niż na koncercie, czego teraz żałuje. Killing Joke skończyło grać i w tym momencie coś tam sobie zaczęło pitolić na małej scenie – zignorowałem ten fakt i poszedłem po następnego sikacza.

Ale na Devin Townsend Project już postanowiłem ruszyd pod scenę, bo Devina uważam za pomysłowego gościa, któremu zdarza się nagrać zajebiste rzeczy. Co prawda Devin Townsend Project nie dorasta do pięt Strapping Young Lad, ale ciekawość wzięła górę, skończyłem piwko, zostawiłem wycieczkę i sam pomaszerowałem pod scenę (reszta miała w dupie Devina hehe). Koncert rozpoczął się od małych problemów z mikrofonem. Techniczni dwoili się i troili żeby go uruchamić, co dało Devinowi czas na prezentacje swoich zdolności tancersko, wodzirejsko, animatorskich a gdy już wyczerpał się mu zapas sztuczek zajebał drugiemu wokaliście mikrofon i zaczęli grać. Pierwszy numer to był „Supercrusch!” a potem to już nie za bardzo obczajam, bo dość słabo znam płyty wydane pod szyldem DTP. Zabawa pod sceną umiarkowana i koncert też jakoś bez szału, ale miło było popatrzeć na tego śmiesznego jegomościa. Choć miałbym się powtarzać to napisze: jakby to był koncert Strapping Young Lad to byłbym był milion razy szczęśliwszy. W sumie zagrali chyba z cztery albo pięć numerów, ale po minimum osiem minut każdy, więc ich czas się szybko skończył. Zespół zszedł ze sceny a ja poszedłem po piwo (na małej scenie zaczynało coś kolejnego pitolić).

Z tego piwka zrobiło się z trzy, bo spotkałem fajna ekipę ze śląska i tak mi czas zleciał, że Volbeat przegapiłem (ponoć bez rewelacji), coś pitolącego na małej scenie też przegapiłem i jeden albo dwa kawałki Mastodon bo stałem w kolejce do kibla. No, ale w końcu dotarłem pod scenę i przyznam szczerze, że nieco się zawiodłem. Mastodon lubię bardzo, ostatnia płyta naprawdę rewelacyjna, ale koncert… Wypadli niezbyt przekonująco, strasznie statycznie, bez emocji i jakoś tak mdło. Może to specyfika tej muzyki, może najlepiej słuchać ich w domowym zaciszu z płyt? Nie wiem. W każdym razie występ taki sobie: poprawny, ale szału nie było. Szału też nie było jak po ich występie poszedłem coś zjeść, ale to już historia, której nie będę opisywał – po raz kolejny przekonałem się, że najlepsze zapiekanki na świecie są w Rzeszowie na dworcu i nie jest to lokalny patriotyzm tylko obiektywny fakt hehe.

W przerwie szybki browarek lub dwa już nie pamiętam i trzeba było atakować pod scenę, bo za chwilę mieli wystąpić Bogowie! I zaczęło się – Lemmy wyłazi na scenę, „We are Motörhead and we play Rock’n’Roll” i na rozpoczęcie kurwa „Iron Fist” – no byłem rozpierdolony dokumentnie. Co oni tam jeszcze grali…? Byłem tak zaaferowany, że mam jakieś luki w pamięci z tego koncertu (nie, to nie piwo – nim się nie dało upić heheh), ale myślę, że poleciały: „Get Back In Line”, „Metropolis”, „I Know How To Die”, „One Night Stand”, „Over The Top”, „In The Name Of Tragedy” i coś tam jeszcze, czego nie pamiętam. Końcówką rozjebali totalnie: „Killed By Death”, „Ace Of Spades”, „Overkill” i pozamiatane. To, co grają ma w sobie taki nieprawdopodobny ładunek energii, że głowa pęka. Publika oszalała: miejscami tworzyły się młyny mniejsze lub większe, obok dziadki po 50 lat machają dyniami, dzieciaki pięcioletnie na baranach tatusiów – wszystko to trochę dla mnie dziwne, bo nie jestem przyzwyczajony do takich widoków na koncertach, niemniej jednak szacunek hehe. Koncert mocny, ale dwie rzeczy nie do końca mi pasowały: po pierwsze koncert odbywał się w dzień, przez co wrażenia nie były pełne a poza tym tylko godzina dla Motörhead!? Zdecydowanie za mało, oni mogliby grać z cztery godziny i nie wszystko, co chciałbym usłyszeć by się w ich secie znalazło, hehe. Koncert rewelacja! Po ich występie miała być dłuższa przerwa. To znaczy nie dla wszystkich, bo fani Huntera poszli napierdalać pod mała scenę, a ja uznawszy, że to strata czasu poszedłem napierdalać browar z kolegami hehe.

Dwa piwka, cedzenie kartofli poprzedzone staniem w niemiłosiernie długiej kolejce i pod scenę na Ironów! Już zrobiło się prawie ciemno, więc oprawa sceniczna miała odpowiedni wygląd. Na scenie coś w rodzaju części rakiet czy jakiś innych kosmicznych urządzeń – w końcu trasa promująca „The Final Frontier”. Od razu przyznam się, że płyty wydane po „Brave New Word”, przesłuchałem raczej pobieżnie a „The Final Frontier” ani razu, więc moja wiedza na temat tych wydawnictw jest marna, żeby nie powiedzieć żadna. Widowisko rozpoczęło się od intra, jak się później dowiedziałem z nowego materiału potem znowu coś, co słyszałem pierwszy raz, no i w końcu coś dla mnie: „2 Minutes To Midnight” – darłem ryja jak głupi i morda mi się nie przestawała cieszyć! Potem znowu coś z nowości – poleciało między innymi „Dance Of Death” z dość marnej płyty pod tym samym tytułem. Ale potem to już worek z prezentami się rozwiązał: “The Trooper”, “The Wicker Man”, “Blood Brothers”, “Fear Of The Dark”, “Iron Maiden” – to są killery, które absolutnie nie pozwalają stać w miejscu. Tym bardziej, że cały zespół a szczególnie Bruce na scenie dwoił się i troił żeby publice zapewnić solidne widowisko. Mają formę dziadki – też bym tak chciał w ich wieku heheheh. Pod koniec na scenie pojawił się gigantyczny Eddie wystylizowany zgodnie z kanonem ostatniej płyty i zespół zszedł ze sceny. Główne danie skonsumowane, ale pora na deser: IIIRRRRROOONNNN MMAAAIIIIDDDEEENNN! Drzemy ryja z Oraclem, ale raczej mało ludzi podłapało temat. Dziwne. No, ale jak to było do przewidzenia zespół wyszedł jeszcze raz. No i na koniec dojebali prawdziwymi petardami w postaci swoich najbardziej klasycznych i zarazem znanych numerów, (że już nie wspomnę o tym, że moich ulubionych hehe) „The Number Of The Beast”, „Hallowed By The Name” i „Running Free”. Ja pierdolę! Byłem zachwycony, jak by jeszcze poleciało „Run to the Hills” to chyba bym zszedł przedwcześnie na zawał. No i koniec. Jak to kurwa koniec!? Krzyczymy dalej, ale znowu brak reakcji ze strony sąsiadów i sąsiadek. No to już do dupy – kapela schodzi a wy, co? Do domu? Do mamy? Kurwa, co jest? Ale po dłuższej chwili i my musieliśmy dać za wygraną, bo to już był definitywny koniec, poszliśmy wykorzystać ostatnie żetony na piwo i ze śpiewem na ustach udaliśmy się w poszukiwaniu naszej kompanii i busa.