Dlaczego my musimy mieć zawsze takiego jebanego pecha? Jak nie odwołają koncertu, to kierowca da dupy. Albo nie przyjedzie, albo trzeba czekać na niego jak na Królestwo Niebieskie. Bo wyobraźcie sobie, że pierwsze godziny podróży na koncert Sodom to nerwowe oczekiwanie, czy w ogóle się dostaniemy do Katowic.

W końcu jednak się udało. Wsadziliśmy nasze zgrabne i ponętne dupy do busa i udaliśmy się w stronę Śląska. Po drodze zgarnęliśmy znajomych i tak to wesoły autobus napierdolił się po drodze. W stanie upojenia rozpełzliśmy się już na miejscu po okolicznych sklepach alkoholowych czy jadłodajniach, przegapiając pierwsze kilka kapel. Ale, tak po prawdzie, nikt z nas nie jechał tam na koncert The Crossroads czy Neuronii. Swoją drogą to dobór supportów dla Tomka i niemieckiej komandy nie był zbyt trafiony – nie wiem z czego to wynikało, czyżby inne bardziej trafiające w gusta fanów Sodom zespoły obraziły się i nie chciały grać? Wątpię. Cóż, więcej czasu na browary i kujciaki w kejefsi.

Gdy już wtarabaniliśmy się do Mega Clubu na scenie produkował się przedostatni tego wieczoru zespół – lokalne The No – Mads. No, ich akurat to można oglądać, muzyka jak najbardziej a propos, więc źle nie było. Poniekąd przynajmniej, bo ekipa Sylwii miała totalnie zjebane brzmienie. Ale nadrabiali to na scenie, że ja pierdolę. Sylwia w miejscu nie ustała, jak to baba – wszędzie jej było pełno, darła się jak moja sąsiadka na dzieci (a to jest wrzask nie w mąkę pierdnął) i oglnie była świetną wodzirejką podczas tego koncertu. No ale pełna przyjemność odbierała jednak poważna wada brzmienia, naprawdę – dawno nie słyszałem tak źle nagłośnionego koncertu. I albo mi się zdawało, albo w setlistę wpletli byli cover panny Sabiny i jej kapeli…

Chwila przerwy i na scenę wchodzi Sodom. W oczach maniaków widać głód ich muzyki i niecierpliwość, kiedy w końcu zaczną! I zaczęli uderzeniem z najnowszego albumu – „In War and Pieces”. Kurrrrwa, moc! Jak nie podoba mi się ich ostatni album, tak w wykonaniu koncertowym ten numer najpierw wprawił ludzi w totalny amok, a następnie zmiótł z ziemi. Tego wieczoru młyn w Mega Clubie można naprawdę było nazwać Młynem Z Prawdziwego Zdarzenia! No ale jak mogło być inaczej przy kawałkach typu „The Saw Is The Law”, „Agent Orange” i masie innych utworów. Z tego miejsca powiem Wam tyle, że setlisty możecie szukać po forach, ja napierdalałem w thrash metalowej masakrze pod scenę i nie miałem czasu na pierdoły, hehe. Zwłaszcza, że w zasadzie o każdym numerze można by napisać cały akapit. Oczywiście, były takie numery, które wzbudzały większą agresję niż pozostałe, że wymienię z imienia taki „Blasphemer”, „Sodomized” czy absolutnie totalny „Ausgebombt”! Niemniej jednak tego wieczoru Sodom nie poczęstował nas kiepskim trackiem. Tom po każdym odegranym kawałku szczerzył zęby do publiki, zapalał szluga i napierdalał nadal. Chyba, że zbierało mu się na wspominki, jak to byli tutaj ostatnim czy tam pierwszym razem, wtedy rozgadywał się na chwilę. Generalnie jak na panów, którzy zbliżają się już powoli do wieku poprodukcyjnego, to Sodom produkował się na scenie z większym życiem niż niejeden zespół złożony z dwudziestolatków, hehe. Trzeba było widać zacięcie, z jakim Tom wyśpiewywał kolejne wersy „Remember The Fallen” – w czym oczywiście wtórowała mu cała niemal publika (a zgodnie z informacją Piony było grubo powyżej tysiąca osób – nie pamiętam kiedy ostatnio byłem na tak licznym klubowym gigu). W zasadzie w tym secie nie było słabych momentów – to już chyba zaznaczyłem. Jasne, każdy mógł powiedzieć, że czegoś tam nie zagrali, ale przecież zagrali „Outbreak Of Evil” – mało Wam kurwa?! Jak tak, to na dokładkę Sodom poleciał z „Ace Of Spades”!!! Aaaaargh!!!

Relacja krótka, ale po cóż się rozpisywać? Sodom zmiótł wszystko, rozdał karty, dzielił i rządził czy co tam za frazes jeszcze można wstawić w to miejsce. Szkoda, że tak zajebisty gig był zakończeniem kariery Piony… Mam nadzieję jednak, że pałeczka po nim zostanie przejęta i jego robota w godny sposób kontynuowana.

A więcej zdjęć tutaj.