Slaughterfest: Onslaught, M-pire of Evil, Master, Tantara; Kraków, Klub Kwadrat; 3.11.2013

ons_plakat_web_s_0Tak czasem w życiu bywa, że człowiek ma pod górkę. Ale jeśli odpowiednio wszystko rozplanuje, to da się przeżyć. Na przykład my – pięciu chłopa wybrało się na koncert w ostatni wieczór Akcji Znicz. Ale nasza przebiegłość zezwoliła nam stawić się o czasie, nawet jeśli odcinek 20 kilometrów pokonywaliśmy przez dwie i pół godziny. A wszystko po to, by obejrzeć na żywo bardzo dobry zestaw koncertowy.

tantaraW zasadzie już od lipca nastawiałem się na wyjazd na krakowski odcinek trasy pod szyldem Slaughterfest. Początkowy skład był naprawdę imponujący – Onslaught, Exumer, Master i M-Pire Of Evil. Niestety, jakoś dwa miesiące przed koncertem okazało się, że Exumer jednak nie przyjedzie, a na ich miejsce wskoczy Tantara. Nazwa mi nic nie mówiła i nic dziwnego, bo chłopaki mają na swoim koncie póki co jeden pełny krążek i jakieś demówki czy tam EPki. Czterech Norwegów grało thrash metal oczywiście pod Bay Area (czy nikt już nie gra teutońskiego thrashu z młodych ekip?). Było to niezłe, sprawne granie z wpływami klasyków, czyli oczywiście Exodus, Vio – Lence, Testament. Zaś solóweczki były dość melodyjne, niemal heavy/power metalowe. I grali bardzo dobrze, dopóki nie zagrali ballady, czym zjebali zwieńczenie koncertu – przynajmniej jak dla mnie. I teraz sobie myślę, może oni chcą być takim Evile? Oby nie. Na co komu ballada na metalowym spędzie? Chyba, że mieliśmy się z Pathologistem poprzytulać, hehe. Zasadniczo – muzyka w porządku, ale zakończenie… Ech.

W ogóle to gdy dotarliśmy do Kwadratu myślałem, że ludzi jest mało, ale jeszcze dobędą. Z czasem jednak ich liczba jakoś drastycznie się nie zwiększała. Dziwne, ale konstatacja jest jedna – o ile jeszcze z trzy – dwa lata temu młodzieży thrash metalowej było dużo, a nawet w chuj tak teraz mam wrażenie, że selekcja naturalna dokonała swojego i część dzieci zmieniła orientację. Wiem, bo sam znam takie przypadki.

masterAbstrahując od takich dywagacji zespół, który wszedł na scenę jako drugi był głównym powodem, dla którego przyjechałem do Krakowa. Tak sobie myślę, że nawet bardziej czekałem na ich koncert niż na samych headlinerów trasy. Paul Speckmann cały czas siedział sobie na stoisku z merchem, z którego zszedł sobie jedynie zagrac koncert, hehe. Ale jednak powiedzieć mogę, że na scenie typ wie jak rozpierdolić. Niby nic nie robił, czasem coś tam powiedział między numerami głosem tak ochrypłym, jakby w gardło ładował opiłki żelaza i popijał to wybielaczem. Muzycznie – dla mnie ekstra. Trzech chłopa, ale dawali radę. Pałker cały czas co prawda gapił się na dwie dziunie stojące pod bramkami naprzeciw niego, ale kto mu zabroni – wszak sex, drugs and rock’n’roll. A rzeczone laski dostały po koncercie chyba nawet jedną pałkę, która musiały się podzielić hehe (wiem, brzmi jak streszczenie filmu porno). Ad rem jednak, Jakubie, ad rem – zakrzykniecie. No to ad rem – Master zagrał może z pół godziny i zaprezentował nam coś około ośmiu kawałków max. niestety – nie zagrali nic z debiutu na co bardzo liczyłem. Taka szkoda, ja pierdolę. A co poszło? Na pewno „Judgement of Will” i chyba „Submerged in Sin” z dwójeczki, na pewno „Slaves to Society”, „The Parable” z ostatniej płyty. Gdzieś tam w przerwach Paul bawił się brzdękaniem na basie, ogólnie bardzo dobry – ba, dobry w chuj! Speckmann miał dla siebie dwa mikrofony, na środku i po lewej stronie sceny, więc i ruchu zażył. Naprawdę podobał mi się występ Master – tylko że krótki. Miło byłoby zobaczyć ich, gdy sami byliby headlinerami i mieli do dyspozycji na przykład godzinę.

m-pire of evilMaster zszedł ze sceny, Speckmann wrócił na straganik, kto mógł poszedł po piwo, kto nie mógł ot po wodę (jak zwierzęta, ech). Chwilka oddechu, papieroski i ploteczki (niestety, temat przeważał tylko jeden), a po chwili trzeba było się ponownie zameldować pod sceną, na którą weszli M-pire Of Evil. Gdy pojawił się news o tej trasie, w ogóle nie wiedziałem, co to za kapela. Dopiero potem ktoś mnie oświecił – przecież to zespół Tony’ego ‚Demolition Mana’ Dolana i Mantasa – oczywiście z Venom. To już lepiej, pomyślałem, może zagrają jakieś numery Venom. Oczywiście liczyłem na kawałki z płyt, w których nagrywaniu brał udział Tony – czyli głównie z „Prime Evil” czy „Temples of Ice”. Kapela weszła na scenę. Mantasa nie poznałem, Tony’ego zresztą również – ten to już w ogóle wyglądał jak typowy brytyjski stary kibol wyciągnięty z jakiegoś podłego pubu. Czarna wyćwiekowana katana i dziwne spodnie z lampasem, co wyglądały jak dresy dodały mu jeszcze tego osobliwego chuligańskiego uroku, hehe. Panowie zagrali może z dwa swoje numery (swoje czyli autorstwa M-pire of Evil), zresztą całkiem niezłe, a potem zaczął się festyn coverów, który zapoczątkował „Die Hard”. A potem to już trochę koncert życzeń – „Welcome To Hell”, „Black Metal”, „Don’t Burn The Witch”, „Blackened are the Priests” (chyba jedyny z ery z Dolanem). Tony to zwierzak sceniczny, naprawdę świetny frontman, Mantas też całkiem nieźle radził sobie na scenie i bardzo przyjemnie się ich oglądało. Co prawda jak na mój gust pogubili proporcje, bo jednak mogliby zagrać więcej autorskiego materiału, ale czego oczekiwać, skoro cały ich ostatni krążek to praktycznie numery Venom? Poza tym ja lubię te piosenki, które już znam, więc naprawdę bawiłem się znakomicie, heh.

Po koncertach Master i M-pire of Evil gardło miałem już zdarte doszczętnie, więc gwiazdy wieczoru zdecydowałem się obejrzeć z dalszej perspektywy. Niestety, stamtąd też było widać mizerię frekwencyjną. I poczynić ogólnie kilka obserwacji. Na przykład to gonienie się dookoła. Pewnie jeden z drugim zwolnienie z wuefu biorą, ale tutaj to biegają dookoła jak pies ze wścieklizną. Po drugie, było dwóch czy trzech osobników, których zachowanie wydało mi się co najmniej dziwne, żeby nie powiedzieć – wkurwiające. Na przykład jeden biegał, a drugi gonił go udając potwora, oczywiście w rytm takiego „Let There Be Death”… Lekka żenada, przynajmniej jak dla mnie – ja lubię stary, sprawdzony mosh.

onslaughtAle wracając do tematu – z holu na salę przywołało nas wycie syreny alarmowej, więc wszyscy pogasili pety i żwawo ruszyli do środka. Na scenie już się zainstalowała część składu Onslaught, za perkusją sporych rozmiarów okładka najnowszego krążka. I przyjebali! Na scenę wszedł Sy Keller i jazda się zaczęła. Od czego zaczęli – nie pytajcie, nie pamiętam. Ale sporo rzeczy poszło z nowszych krążków – „Chaos is King”, „66 Fuckin’6” z nowej poszło chyba na pewno, tytułowy numer z poprzedniego krążka też. Ze staroci – wspomniane już „Let There Be Death” i „Fight With the Beast”. Nawet z „In Search Of Sanity” pojawiło się „Shellshocked”. Keller ma niesamowity gardzioł, tak kurewsko mocny i czysty – zero fałszu, pełna agresja w głosie! Pałker bezbłędnie nakurwiał swoje partie, choć wyglądał przy tym jakby nie sprawiało mu to żadnej trudności – mój dziadek rozwiązując krzyżówki robi to z podobnym spokojem i skupieniem na twarzy, hehe – i nie jest to żadna wada. Bardzo przyjemnie było oglądać Onslaught na scenie – goście, którzy zbliżają się dużymi krokami do wieku średniego zachowali żywotność małolatów i taką samą pasję! Podstawowa część zajęła Onslaught około godziny, może trochę krócej. Po niej niby tam zaczęli rozkręcać sprzęt, niby zaczęli schodzić ze sceny, jednak Nige sam zaczął zachęcać publikę, by skandowaniem wywołała resztę zespołu z powrotem na scenę. No i wyszli i odegrali dwa pierwsze numery z genialnego debiutu – wiadomo, „Onslaught / Damnation” i „”Thermonuclear Devastation”. Te pozostałości ludzkie (dziwnie, bo część osób chyba już opuściła salę i nie wróciła) zostały zmiecione dzięki tym kawałkom jak domki w Hiroszimie. Co za moc! Przyznam, że wiedziałem, iż Onslaught dupy nie da, ale nie spodziewałem się aż tak dobrego koncertu po Brytolach!

Zmęczeni, ale szczęśliwi wkrótce po zakończeniu koncertu udaliśmy się do samochodu, który przy okazji tego wyjazdu przeszedł koncertowy chrzest i spisał się wybornie. I oby tak dalej, bo na nowy mnie nie stać, hehe! Droga powrotna zajęła nam tyle, ile przedtem odcinek Dębica – Tarnów, więc bezproblemowo. Bardzo dobry koncert, oby więcej takich. Organizacja perfekcyjna, szkoda tylko, że publika nie dopisała.

Więcej zdjęć znajdziecie tutaj.

Autor

11357 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

2 komentarze

  • Jeżeli chodzi o Master to z debiutu poleciało tytułowa piosenak „Master”, a jeśli chodzi o Death Strike to „Remorseless Poison”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *