Sillesian Massacre Festival; Katowice, Mega Club; 18.12.2010

Oj, dawno już mnie nie było w Katowicach. W zasadzie odkąd padła Metalmania to moja noga w dawnym Stalinogrodzie nie stanęła. Jak to się jednak mawia – co się odwlecze to nie uciecze i w końcu ponownie odwiedziłem to miasto przy okazji Sillesian Massacre Festival – imprezy, której główną gwiazdą byli Finowie z Impaled Nazarene, co jedynie podsyciło moją niecierpliwość, odliczając dni i godziny do odjazdu z Rzeszowa.

 

Kto rano wstaje ten leje jak z cebra, więc o godzinie siódmej trzydzieści czasu podkarpackiego wyruszyliśmy w liczbie kilkunastu osób, by po drodze z Tarnowa dokoptować resztę załogi i w tak wesołym składzie, rozochoceni żołądkową gorzką wymieszaną z wiśniówką i popitą piwem dotrzeć do zaśnieżonych Katowic i Mega Clubu. Stara nazwa, acz nowa lokalizacja przybytku, jednak ja osobiście porównania nie mam. Mega Club dość spory jest, z zewnątrz utrzymany w tradycyjnej brzydkiej katowickiej ceglastej kolorystyce. Jako, że my esteci weszliśmy czym prędzej. W tym czasie było już po koncercie Heretique, a i koncert Underdark zbliżał się już do końca. Oglądnąłem chyba dwa ostatnie kawałki i co Wam mogę powiedzieć. Przemyska ekipa mnie jakoś nie porwała, zresztą i pod sceną raczej hulał wiatr niż metalowa brać. Co dziwne, bo odsetek osób z logiem Underdark na koszulkach plasował się na dość wysokim poziomie, ale tak to jest jak ma się ofertę marchendise’u większą niż liczba numerów na debiucie, hehe.

 

To samo mogę powiedzieć o trzeciej kapeli sobotniego wieczoru – Dimidium Mei. W ogóle wcześniej mi nie znany band. Na tyle nieznany, że byłem (nie)święcie przekonany, iż nazwa Bytomian brzmi Dividium Dei. Cóż, się niedoczyta to tak to już jest. W składzie Dimidium Mei znaleźć można Fulmineusa z Besatt, ale obu kapel nie ma za bardzo co przyrównywać. Choć nie znałem muzyki to podejrzewam, iż koncert składał się z numerów pochodzących z debiutu – „Flames Of Hatred”. I głowy nie dam, ale chyba był też cover Venom na dokładkę. Albo to nie u nich. Nie pamiętam. Muzycznie mieliśmy do czynienia oczywiście z black metalem w stylu Carpathian Forest czy Bathory, który jednak nie przykuł mej uwagi na dłuższą metę, przez co przedłożyłem spotkania towarzyskie nad baczniejsze przyglądanie się ich wyczynom. Kto wie, może z albumu to będzie inna mowa?

 

Towarzyskie pogaduchy przy napoju o aparycji piwa ze znajomymi przeciągnęły się na tyle, iż umknęła mi większa część setu Wrocławian z Infidel. Jednak chyba już dwa razy byłem świadkiem ich występu, więc nie ruszyło mnie to zbyt. Ale z tego co dane mi było wyłapać to twórcy „Ejaculating Chaos” odstawili poprawny set, pozbawiony jednak przymiotów jakie cechowały ich rzeszowski show w ramach Grimharvest Fest. Nie było więc drutów czy kozłów, ale i warunki na to nie pozwalały z uwagi na scenę jaką dysponuje Mega Club.

 

Kolejną kapelą było Embrional, których to może i widziałem już pewnie z sześćdziesiąt sześć razy, ale akurat odczuwam przyjemność w obcowaniu z ich muzyką. Co prawda tym razem pojawili się trochę z przypadku, bo w zastępstwie krakowskiego Enclave, ale na pewno przypadkowym zespołem nie są i nie byli. Zresztą namiastką Enclave była osoba Armagoga, który to wydziera japę w tych pierwszych, zaś w Embrional molestuje bas. Kwartet przypierdolił potężnym death metalowym obuchem, czego można się było spodziewać. Tacy to już mało zaskakujący są, hehe. Pod sceną trochę się zagęściło, jednak tłoku jak przy konfesjonale w pierwszy piątek, nie było niestety, nawet pomimo grzecznej zachęty, by „napierdalać skurwysyny!”. Skurwysynów więc wielu nie napierdalało, co chyba bardzo muzykom nie przeszkadzało w sianiu metalu śmierci. Oprócz znanych już utworów poleciało też obligatoryjne „Death & Destruction”, a także coś z nadchodzącego pełnowymiarowego materiału. Jest na co czekać, powiem Wam w tajemnicy.

 

Zmiana na scenie pociągnęła za sobą drastyczną zmianę muzyki. Blaze Of Perdition, bynajmniej death metalu nie napierdalał, za to black metal wysokiej klasy. Już przy okazji United Death Armageddon Tour byłem pod wrażeniem ich prezencji, no i przede wszystkim muzyki. Obiecywałem sobie więc sporo po ich show. I panowie spowodowali, że się nie zawiodłem. Ze sceny emanowała pogarda zarówno dla ogólnego motłochu jak i tego zebranego wewnątrz Mega Clubu, hehe. Kilka osób pod scenę mogło się o tym przekonać poprzez dostanie z buta w twarz czy w aparat. Swoją drogą, ja bym się wkurwił, hehe. Chociaż i między sobą kilka strzałów wymienili, za włosy się potargali, ot, jak to w zespole. Blaze Of Perdition skopało dupy tak muzycznie, jak i wizualnie – łapy w bandażach, chore corpse painty, biczowanie łańcuchem. Dwóch wokalistów, jeden sprawiał wrażenie bardziej jebniętego niż drugi, hehe. No i muzyczna przejażdżka po debiutanckiej płycie i epkach nie pozostawiła nikogo obojętnego względem ich muzyki. Jak ktoś chce nazywać to religijnym black metalem, to się zgodzę, jak po prostu black metalem – zgodzę się tym bardziej. Co prawda dla pewnych ludzi kult mógł upaść po tym, jak wokaliści sięgnęli po wodę mineralną zamiast koźlej uryny, hehe. Żarty żartami, ale Blaze Of Perdition sprawiają wrażenie oddanych tej formie przekazu, nienawistnej, chorej i plugawej. „Dokonało się”, wypowiedziane na sam koniec koncertu obwieścił, że bisów i autografów oczekiwać nie należy.

 

Po lubelskim sekstecie na deski Mega Clubu wgramolili się panowie z Exhalation. Tych urwisów również już raz widziałem, w ciasnym rzeszowskim klubie i po oglądnięciu ich występu mam wrażenie, że ten zespół lepiej się czuje, gdy musi się ściskać na małych deskach, niż na takiej scenie jaką posiada Mega Club. Jakoś mnie nie porwał ich występ, choć sama muzyka kapeli jest niczego sobie, jeśli lubi się staromodny death/thrash metal. Pooglądałem chwilę, no ale że nie trafili do mnie tym razem udałem się na rekonesans merchu. I z ciężkim doszedłem do takiej konstatacji, że bez paru tysięcy w sakiewce lepiej nie wchodzić w stoiska z winylami, cedekami i innymi tiszirtami. Ech…

 

Kolejnym zespołem był Massemord. O ich ostatniej produkcji krążą dość skrajne opinie, mnie akurat „The Madness Tongue Devouring Juices of Livid Hope” się bardzo podoba, z zaciekawieniem więc czekałem na ten występ. Massemord również na deskach mnie nie zawiodło, pewnie chcieli pokazać niektórym jak gra się black metal. Klimat koncertu zbliżony do tego, który dało się odczuć podczas występu Blaze Of Perdition – dehumanizacja i pogarda (choć Wiśniówką częstowali, hehe) dla zgromadzonych w klubie, a także pewnie i dla siebie samych. Scena była spowita raz w krwistoczerwonym, raz w trupiobladym świetle, co również dodawało uroku ich gigowi. Ku memu zadowoleniu odegrali fragmenty z nowego albumu, zakończyli natomiast numerem z singla, przesyłając nam na pożegnanie gromkie „fuck You all”, hehe. Co tu dużo mówić, w ich występach czuć szaleństwo (choć by być szczerym nie zawsze wcześniej udawało się tym muzykom wygenerować taką atmosferę), tak było i tym razem. Zresztą, grali na swoim podwórku, nie wypadało więc, by dali dupy.

 

Azarath – tak w piekielnym dowodzie tożsamości wpisane miał demon, który zstąpił na scenę Mega Clubu po Katowiczanach. Nie widziałem ich już dawno… a nie, widziałem ich jakoś w zeszłym roku, hehe. No ale teraz mieli pewne przetasowania w składzie, Bruna zastąpił Necrosodom, a żeby jeszcze dodać pikanterii do tego kotła ze smołą, za perką usiadł Inferno. Polazłem więc pod scenę z jęzorem wywieszonym na jajach, który podczas headbangingu wplątał się w barierki – tak przypierdolili. Azarath niszczy, wciąż tak samo jak wówczas gdy widziałem ich po raz pierwszy w 2002 roku. Piekielny death metalowy recital opiewał w takie sztandarowe pieśni jak „Demon Speed”, „Christscum”, „For Satan My Blood” z chóralnie wywrzeszczanym refrenem przez maniaków pod sceną, czy bodaj tytułowy strzał z ostatniego albumu. Niestety nie zagrali „Destroy Yourself”, no ale już się przyzwyczaiłem, że olewają moje prośby, hehe… Tak czy siak, Azarath pokazał klasę, Necrosodom świetnie zastąpił Bruna w sianiu pożogi, choć ten pierwszy to chyba bardziej gadatliwy na tej scenie był. Nieważne, Azarath jest w świetnej formie, mam nadzieję, na rychłe sztuki bestiochwalców wkrótce!

 

Przedostatnim daniem sobotniej nocy był występ Witchmaster. Był to bardzo ważny powód, dla którego zdecydowałem ruszyć dupę do Katowic, bo ekipa ta rozpierdala mnie z płyt, a i po tym co widziałem dwa lata temu w Rzeszowie doszedłem do wniosku, iż na żywo są równie rozpierdalający. Katowicki gig to potwierdził w pełnych 666%. Ze sceny kipiała wściekłość, agresja i naturalna selekcja, hehe. Po raz drugi tego wieczoru za beczkami zasiadł pan Inferno, który dokładał wszelkich należnych starań, by z zestawu pozostało niewiele. Reszta zespołu również się nie obijała. Bastis dzikim wzrokiem miotał po zgromadzonych, zaś Kali wręcz przeciwnie, schowany z tyłu odgrywał z kamienną miną witchmasterowskie przeboje. Głównie z ostatniej, najlepszej, płyty kapeli – „Road To Treblinka”, „Two Point Sucide” czy utwór tytułowy. Starsze rzeczy również były, nie bójta się. Pod sceną szaleństwo, ale takie jakby mniejsze, rzadsze – czyżby młodzież wyszalała się na Massemord, hehe? Dla mnie gig Witchmaster był wręcz fenomenalny, zajebiście skondensowany przekaz agresji – wydawało się, że kapela grała kwadrans, tak intensywne to wszystko było. Mam nadzieję, że przyjdzie mi ich jeszcze kiedyś zobaczyć na żywca.

 

No i proszę ja Was danie główne, czyli fiński Impaled Nazarene. Po raz pierwszy na polskich ziemiach, szczęśliwie obyło się beż żadnego odwoływania i tym podobnych historii, jakie to miały miejsce w przeszłości. Ba, zespół jakby chciał nam to zrekompensować i ponoć nie narzucił sobie żadnych ograniczeń czasowych – wszak jako headliner Silesian Massacre Fest dało się to zrobić. Dzięki temu oglądnęliśmy koncert złożony z trzydziestu pięciu kawałków! Kwartet wyszedł na scenę i bez zbędnych ceregieli zaczął łomotać swój nuklearno rock and rollowy black metal. Mika na scenie nie szalał tak bardzo jak myślałem, w ogóle zespół raczej statecznie się zachowywał, niemniej jednak nie wyglądali na jakichś zblazowanych gwiazdorów, hehe. Widać taki ich sposób na sceniczne muzykowanie, wszak najważniejsze, że całość materiału została odegrana po mistrzowsku. A było czego słuchać, oj było. „Motorpenis”, „Sadogoat”, „Kali-Yaga” to tylko niektóre z utworów, którymi zamordował zgromadzonych Impaled Nazarene. W międzyczasie Mika chwalił się znajomością polskiego („Kurwa Karma! Karma Kurwa!”) albo dedykował różnym osobom różne utwory, żonie na przykład. Czy tam ex-żonie, nie ważne, kto imał głowę, by wdawać się w meandry, kiedy impejld siali taki rozpierdol, że głowa mała? Energia ze sceny wręcz się zmaterializowała i raziła tych nielicznych maniaków, którzy szaleli pod sceną (a szczerze mówiąc nie każdy chcial stanąć w szranki z dwumetrowym wielkoludem Necdolucasem czy napakowanym Thabelem, hehe). Impaled Nazarene grało coś ponad godzinę, część utworów splatali w medleye, sporo też było różnego rodzaju introsów, co zrozumiałe – przy tak intensywnej muzyce jeno maszyny byłyby w stanie odegrać wszystko bez przystanków. Niemniej jednak show jakie odstawili zionęło nuklearnym piekłem, jeszcze długo po zejściu ze sceny i po odegraniu bisów nad deskami unosiły się radioaktywne opary. A propos bisów- nie myśleliście chyba, że katowicka publika puściłaby ich nazat do Finlandii bez „Total War – Winter War”? No jasne, że nie, musieli się wrócić i karnie to odegrać, a co, hehe! Po tym kawałku nie wypadało odegrać już niczego innego.

 

Po ostatnim koncercie miało się odbyć after party, no ale może dla wybranych się jeno odbyło i pewnie nie w Mega Clubie, bo ochrona zaczęła wypraszać ludzi już po godzinie od ostatniego taktu Finów. Cóż, trzeba było pokończyć rozmowy, kupić co się jeszcze dało, zebrać zwłoki kompanów i zapakować do busa. W końcu do Rzeszowa jeszcze kawał drogi był. Generacja Szatana Co Ma Wszystko W Dupie odjechała więc w siną dal, hehe.

 

Reasumując – cały Silesian Massacre Festival to przezajebisty spęd metaluchów, organizacja była bez zarzutu, wszystko wiadomo co gdzie z kim i kiedy, mnóstwo merchu, znośne ceny napoju piwopodobnego. Ja już zacieram łapska z myślą o drugiej edycji, a chyba już wszyscy wiedzą, kto tam będzie grał, hm?? Kto się nie stawi w kwietniu w Mega Clubie ten z PiS!

Przepiękne foty są autorstwa Czarnej666, która pstrykała z narażeniem życia – swojego i aparatu. Reszta tutaj.

 

 

 

 

Autor

9908 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *