Silesian Massacre Festival III (lub 2 i 1/2); Katowice, Mega Club; 03-04.06.2011

Preludium

Dwie pierwsze edycje Silesian Massacre Fest zaszczyciłem swoją obecnością, co do trzeciej miałem jednak wątpliwości, bo nie przekonywała mnie idea dwudniowego festu. Uważałem, jak większość, że lepiej było dla Piony zebrać co smakowitsze kąski i wrzucić w jeden dzień z wyjebanym składem. Poza tym tydzień później swój pierwszy raz miałem przeżyć przy muzyce Motörhead i Iron Maiden, więc wahałem się czy jechać do Katowic. Jednak po naradzie plemiennej z Patologiem zdecydowaliśmy się ruszyć nasze zgrabne dupcie w podróż.

Dzień Pierwszy

Po zadekowaniu się na chorzowskiej mecie, obkupieniu się w napoje i pokonanie trasy do klubu zdziwiłem się małą frekwwencją i ponurymi minami zgromadzonych przed wejściem. Napotkani członkowie takich grup jak Preludium czy Embrional na moje miłe dzień dobry sprzedali mi zajebisty żart, że festiwalu nie będzie. Ubawiłem się po pachy, twardo obstając, że z Armagoga to żartowniś, a i Dziamar nie mniejszy niż on zgrywus. A Ci dalej miny grobowe. No i mnie tknęło, że przecież metale nie zwykli żartować… Kurwa mać. Trzy godziny w upał, zasraną drogą, wolne w robocie, a Ci nie grają? Nerwówka. Nie wiadomo co robić. Może jednak zagrają? Wiadomo, że nie dojechali muzycy DHG i Urgehal, ale inni są. Co robić, czekamy, sami muzycy i merchendiserzy nic nie wiedzą – ogólnie atmosfera jak w kawałku The Clash – „Should I Stay Or Should I Go?”. Trzy godziny oczekiwania pod klubem. Ponoć mają grać. Kto się pojawił przynosił inne wieści. W końcu postanowiono – koncert się odbędzie. A przynajmniej pierwszy dzień z zespołami, które były na miejscu. A co z drugim? A co z Entombed? Z Krisiun? Kurwa. No ale nie ważne, żyjemy chwilą i czekamy, aż impreza się rozkręci. Czas umilając sobie chmielem.

W końcu się zaczęło – z trzygodzinnym bodaj poślizgiem. Zaczęła Mord’A’Stigmata – ostatni raz widziałem ich hohoho, albo i jeszcze dawniej. Do tego spóźniłem się na pierwszy kawałek. Morda zagrała dobry set, o ile pamięć mnie nie myli, złożony tylko z numerów z najnowszej, świetnej „Antimatter”. Czterech muzyków, trzech w bluzach z kapturami na głowach, ale myliłby się ten, kto myśli, że na nowym krążku skopiują Blasphemy. Nie, muza z nowej płyty jest całkowicie inna od tego co zrobili na debiutanckim albumie, a od Kanadyjczyków to już w ogóle. Bardzo zgrabnie to wszystko zostało zagrane, wokale dzielone międzu Iona i Silencera wypadły naprawdę nieźle i sama muzyka, choć kurewsko niełatwa w odbiorze i przeznaczona raczej do domowego cieszenia nią uszu przypadła mi do gustu. Zresztą wkrótce pojawi się recenzja, więc macie kolejny powód, by śledzić nowości na Chaos Vault, hehe.

Kolejnym zespołem, który wgramolił się na deski Mega Clubu był krakowski Eternal Deformity. Jako, że nad ich muzykę, przedłożyłem konwersację, nie widziałem ani kawałka ich występu. Pathologist, który wiedziony ciekawością poczłapał pod scenę, po powrocie oznajmił mi, że nie kupuje grania z taką ilością klawiszy. Zawierzyłem więc jego opinii i jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, iż nie chce mi się ruszać dupy pod scenę na ich występ.

Po Eternal Deformity na scenę weszli polscy celebryci z Furia. Tak mi się przynajmniej zdaje, bo po półtora tygodnia od koncertu wymarło mi już trochę szarych komórek i mogę nie pamiętać kolejności – jeśli zjebałem – przepraszam. Jak już rzekłem o Furii – celebryci, bo przy każdej rozmowie pada zapytanie „A co tam ostatnio Nihil wymyślił…”. No i co tu nie mówić, Furia przyciągnęła tradycyjnie już pod scenę większą ilosć ludzi, nastoletnich gotyckich metalufek zwłaszcza, które wpatrzone w Nihila jak w obrazek, chłonęły dźwięki kapeli. Ja mam do Furii podejście takie, że raz się im uda, raz się im nie uda. Tego piątku akurat Furia zagrała dobrą sztukę. Rozumiem, dlaczego Nihil ma kiepską prasę – wszak nie każdy poważny black metalowiec odważy się posyłać ze sceny całusy, hehe. No ale za wzór abstynencji kapeli tego wieczoru postawić na pewno nie można było. Co nie przeszkadzało, jak na mój gust, w odegraniu dobrego koncertu. Gęsta atmosfera była konsekwencją chyba wymieszanych ze sobą oparów alkoholu, sztucznie generowanego dymu, no i oczywiście unoszącego się kultu, hehe. Niemniej jednak zespół przyciągał uwagę, oczywiście głównie dzięki performansowi pana Michała, który to wypierdalał się raz po raz – nie wiem jedynie, w których momentach było to wynikiem zaburzeń błędnika, a kiedy przemyślanych działań. Kurwa, oni mi się kojarzą z black metalową wersją The Doors i nic na to nie poradzę. W każdym razie ten występ Furii zaliczam do udanych, choć zdaję sobie sprawę, że ściągam na siebie gromy oburzenia prawdziwych metalowców.

Po Furii na scenę weszli kolejni black metalowi przedstawiciele Śląska – Mastiphal. Cieszyłem się na możliwość rzucenia okiem na ich koncert, bo akurat tą kapelę znam dość długo i ich pierwszy album katowałem swego czasu dosyć gęsto. Teraz Mastiphal powrócił z całkiem nowym pełnowymiarowym krążkiem „Paruzya”, którego zawartość – mimo że różna od wczesnych wydawnictw – rozkłada również na łopatki. Flauros skupił się głównie na materiale właśnie z tego, najnowszego albumu, do przeszłości wracając bodaj jedynie dwa razy, w tym raz przy okazji „For a Glory of All Evil Spirits, Rise for Victory” – co dziwne, niewielu zebranych tego wieczoru kojarzyło w ogóle Mastiphal z ich wczesnego okresu. Ogólnie, to podczas całego koncertu raczej nie odnotowałem dużej aktywności fanów, większość postanowiła chyba zapić smutki z powodu zaistniałem festiwalowej sytuacji, co wychodziło im całkiem sprawnie. A wracając do Mastiphal, to koncert zagrali naprawdę niezły, choć jedyną bardziej ruchawą osobą był Flauros. Kapela grała około trzydziestu minut i przez ten czas wywołała u mnie bardzo pozytywne wrażenie – ich powrót uważam za udany.

Mastiphal był ostatnią kapelą z polskiego podwórka, a ich następcami na deskach był Krakow. Pod scenę przybyłem wiedziony ciekawością, cóż to takiego ten Krakow i dlaczego nazywają się Krakow a nie Rzeszow na przykład. Cóż, nie dostałem odpowiedzi na to drugie pytanie, co zaś się tyczy pierwszego – Krakow porusza się w ciężkich sludge/doom metalowych klimatach. I wiecie co? Ich minimalistyczna muzyka i genialny występ sprawił, iż Norwegowie tego dnia byli najlepszą kapelą w Mega Clubie. Scena spowita w czerwonym świetle, które powodowało, iż atmosfera robiła się gęstsza z każdą minutą. Potężna muzyka wbiła mnie dosłownie w ziemię – stałem raczej dalej niż bliżej sceny, ale czułem się, jakbym był przywiązany do głośników – Krakow zabrzmiał niesamowicie. Nie znałem wcześniej ich w ogóle i wywarli na mnie ogromne wrażenie. Cały występ wypadł tak, jakby kwartet odegrał jeden zajebiście długi numer. Osobiście byłem zaskoczony, że zespół doom metalowy potrafi być tak ruchliwym na scenie – na przykład taki Marduk stoi jakby im miotły w dupy powbijał, a panowie z Krakow – wręcz przeciwnie. Oczywiście ruch sceniczny był adekwatny do ich muzyki. Rozdali karty rasowo.

Po Krakow na scenę wtarabanili się muzycy Vreid. Nie interesował mnie wcześniej ten zespół i po odsłuchaniu pierwszych dwóch kawałków podczas ich występu już wiem dlaczego. Miałki i nijaki black metal w ogóle mnie nie porwał – całkowite przeciwieństwo ich poprzedników na deskach z Krakow. Nudy, o dziwo – ludziom się podobało. Mnie wygoniło do baru po kolejne piwo i kawę i piwo. I kawę. Bo lubię. Wróciłem dopiero by zobaczyć co zaprezentowali Niemcy z Secrets Of The Moon. Cóż, nie znam ich dyskografii prawie w ogóle, jednak to co widziałem, całkiem przypadło mi do gustu. Porozstawiane na scenie świece wprowadziły fajny klimat. Jednak już nie zachwycili mnie aż tak bardzo jak Krakow. Jakoś bardzo nie żałowałem, gdy schodzili ze sceny, jednak nie przeczę, że oglądało się ich nieźle, dzieląc jednak ten czas na konwersację ze znajomymi.

Ostatnim zespołem pierwszego dnia był norweski Kampfar. Szczerze mówiąc z ich dyskografii znam jedynie „Kvass”, ale to co pokazali na scenie narobiło mi smaka na jeszcze. Bardzo dobry black metal. Dolk zdawał się być w bardzo dobrej formie i pomimo wszystkich organizacyjnych problemów chyba w dobrym humorze – a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. W którymś momencie wdrapał się nawet na głośniki, by przybić piątkę fanowi, który na oko mógłby być jego ojcem. Nie był rzeczony pan jednak najstarszym, bo furorę zrobiła jedna pani, na oko w granicach sześćdziesiątki w koszulce Incantation – taka typowa pani sąsiadka, jeno w koszulce z trasy ekipy McEnteego z 2007 roku, hehe. Rispekt. Wracając do muzyki, Kampfar grał około godzinę, plus bisy, na które zostali wywołani zza sceny. A co, kapele poodpadały to te, któe zostały musiały nadrabiać, hehe. Przepraszam, że tak krótko, ale kilka piwek zaserwowanych przez nieprzeciętnej urody barmanki zrobiły swoje i nie wszystko już zostało w mej pamięci wyryte… Jakoś godzinę po północy cały dzień pierwszy imprezy dobiegł końca. Ludzie, którzy mieli jeszcze siły powłóczyć nogami powoli zaczęli opuszczać Mega Club, tako i my udaliśmy się w podróż do Chorzowa, gdzie mieliśmy nocleg.

Dzień Drugi

Na drugi dzień obudziło mnie rzyganie dochodzące zza ściany obskurnej meliny, dla żartu i zmyłki nazwanej hostelem. Czynu pobudki dokonywał co i rusz przejeżdżający pod oknem tramwaj, podczas przejazdu któregoż drżało wszystko, łącznie z moczem zebranym w moim pęcherzu. Zwlekłszy się z jednego z czterech dostępnych łóżek (właściwie to trzech, gdyż jedno złamało się gdy chciałem złożyć na nim swe umęczone ciało) i doprowadzeniu się do jako takiego porządku wraz z Pathologistem postanowiliśmy się ewakuować zanim przybytek, w którym przebywaliśmy zawali się, gdyby na przykład zechciały się pod nim minąć dwa tramwaje, a nie jeden. W poszukiwaniu czegoś na ząb udaliśmy się do centrum Chorzowa, po drodze rozmawiając o brzydocie tej aglomeracji. Pierwszy posiłek składał się ze śniadania serwowowanego w McDonald’s, niemiłego jak skurwysyn. O godzinie 11 przed południem temperatura sięgnęła trzydziestu kilku stopni, więc jedynym plusem była klimatyzowana salka. Po śniadanku udaliśmy się do samochodu zaparkowanego w jednej z bocznych uliczek, w nadziei, że złodziejom aut nie będzie chciało zbaczać się z głównego traktu ulicy katowickiej. Zresztą, co tam było do kradnięcia? Kilka płyt, buty na zmianę i pięć skór z barana na bagażniku (nie pytajcie po co). O godzinie południowej wykonałem telefon do Leszka z „Old School Metal Maniac ‚zine” z pytaniem, czy wie coś na temat rozkładu dnia bieżącego. On jednak potwierdził moje przeczucia -jak wszyscy zresztą teraz wiecie, drugi dzień Silesian Massacre Fest został odwołany. Wkurwieni i zawiedzeni udaliśmy się więc w powrotną drogę do Rzeszowa. Silesian Massacre Fest 2 i ½ uważam za zamknięty.

Posłowie

Od siebie dodam, że szkoda mi Piony. Nie wiem na ile zaistniała sytuacja była wynikiem pecha, który towarzyszył mu od jakiegoś czasu, na ile spowodowana była zmęczeniem materiału i najzwyklejszym przeliczeniem się z dzisiejszymi realiami (kilka dużych koncertów w krótkim czasie, dwudniowy festiwal na tydzień przed koncertem Iron Maiden, zbytnie zawierzenie w siłę nabywczą metalowej braci…), daleki jednak jestem od tego, by robić mu koło dupy w typowo polski sposób, że „w końcu mu się noga powinęła”. Szkoda, bo od momentu, gdy z wiadomych przyczyn stagnacja objęła koncerty organizowane przez Massive Mangament, Piona Art zrobiło kilka naprawdę zajebistych festów. Szkoda też przyszłych gigów planowanych przez tego człowieka. Mam nadzieję, że gość jeszcze się z tego podniesie, a zapowiedzi, iż wrześniowy koncert Sodom będzie jego ostatnim przedsięwzięciem okażą się przesadzone.

A tu macie resztę zdjęć z gigu.

Autor

10171 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

1 komentarz

  • Wiem że piszę o prehistorii ale i tak się wypowiem 😛 Dobra recenzja z koncertu. Właściwie to zgadzam się niemal w 100% ze wszystkim co napisałeś. Atmosfera była świetna choć organizacja nie bardzo.
    Potem jeszcze Urgehal zrobił pionie koło dupy jakby mu było mało, no ale cóż mieli powód. Bo odwołali inny koncert żeby przyjechać do nas. Ja ze swojej strony zapraszam na mój kanał na you tube – http://www.youtube.com/user/SilesianBlackMetal – wkrótce znajdzie się tam wszystkie parę nagrań które mam z imprezy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *