Silesian Massacre Festival edycja druga jak wszystkim wiadomo nie zaczęła się najlepiej, a to za sprawą myślę wszystkim znaną. Wypadnięcie ze składu w ostatniej chwili niemieckiej thrash – machiny Sodom przyznam, że i mnie zdenerwowało, bo głównie na ich gig czekałem, ale trzeba było powiedzieć głośno i wyraźne: „Jedziemy” i wybrać się wspierać Thrash Meta,l piwo i śpiew! Na szczęście prawdziwi fani starej szkoły grania Thrash Metalu przez duże „T” i przez jeszcze większe „M” stawili się rano na busa, którym w sile ośmiu rosłych chłopa i jednej niewiasty wyruszyliśmy w kierunku Dolnego Śląska. Podróż, jak to zwykle bywa przy okazji takich eventów minęła, przy sączącym się piwku i lejącej się (nie powiem, że strumieniem) wódce – nie ma co, droga daleka, kapel do zobaczenie sporo więc trzeba trzymać fason i zachować godność oraz urok osobisty heheh.

Na miejsce oczywiście zajechaliśmy dość sporo przed czasem, więc udało się jeszcze opierdolić genetycznie modyfikowanego kurczaka w przybytku szybkiego jedzenia, zaopatrzyć się w piwko i pomaszerować pod klub gdzie zaczęły się zbierać już spore tłumy spragnionych piwa i Thrash Metalu osobników, z którymi konwersacja i konsumpcja upływała na tyle zajmująco, że nie udało się nam zobaczyć pierwszego tego wieczoru gościa mega klubu, którym był Vates – do tej pory nie wiem co to za kapela i nie wiem czy dobra czy zła. W każdym razie piwko w plenerze smakowało wybornie i absencja na tym gigu jakoś nie wpędziła nikogo w depresję.

Ale dość było już tego opierdalania i należało w końcu zameldować się we wnętrzu klubu – i tak się szczęśliwie złożyło, że akurat naszemu wkroczeniu przez bramę wejściową towarzyszyły pierwsze nuty wygrywane przez wielbicieli białych adidasów z Deathinition. W zasadzie niewiele mogę o tym gigu napisać, bo na mnie wrażenia jakoś nie zrobili. Ot Thrash Metal lotów raczej przyziemnych niemniej jednak po polsku. Normalnie fakt ten zaowocowałby z mojej strony dużym plusem tym razem niestety nie ujęła mnie ich historia… Nie chcę być czepialski, bo ogólnie koncert w miarę ok, ale idea koszulek z gwiazdą Internetu ostatnich czasów, czyli „człowiekiem skurwielem” również nie chwyciła mnie za moje czarne serduszko… Na szczęście przy piwku czas szybko mija i Deathinition szybko zawija się ze sceny. Okazuje się jednak, że Horrorscope nie zagra, bo się wkurwili, obrazili czy kto wie, co jeszcze. Niech im tam będzie. Nie zmienia to jednak faktu, że liczyłem na ich występ, bo jakoś dziwnym trafem nigdy na żywo ich nie widziałem….

W każdym razie na otarcie łez wyszedł na scenę Świniopas i powiem, że koncert dali przedni. Rozpoczęcie od słów „Play Fast Or Don’t!” nie pozostawiły złudzeń, że pastuszkowie trzody chlewnej zechcą gawiedź solidnie przepędzić po pastwisku. Z kawałka na kawałek pod scena zaczęło się zagęszczać, a wokalista dwoił się i troił, by atmosfera wesołej zabawy trwała przez cały występ. Do tej godziny, w zasadzie wczesnej, był to najlepszy suport.

Po nich na scenie miała pojawić się młodzież z The Crossroads no i tak też się stało niemniej jednak ja postanowiłem udać się w czeluście mega klubu i oddać się błogiej konsumpcji. Rzuciłem z dwa razy okiem na scenę zza winkla, ale jakoś nie zauważyłem żeby działo się tam coś wybitnie ciekawego, w związku z czym od piwka oderwał mnie dopiero występ krakowskiego Retribution.

No i słusznie zrobiłem, bo piwo nie zając – nie spierdoli, a na scenie i pod sceną ciekawe rzeczy mają miejsce. Tymek na scenie szalał nie oszczędzając sił witalnych, zachęcając skotłowanych pod scena osobników do coraz śmielszego zaangażowania w sianie spustoszenia. Jeśli chodzi o set listę to Krakowianie (czy też jak kto woli – Krakowiacy) przelecieli się po swojej na razie nie zbyt bogatej, ale jakże kopiącej dupsko dyskografii. Krótko jednak zabawili na scenie, ale tak to już zwykle przy takich imprezach bywa.

Szybkie piwko i zaraz na scenie ma się zameldować Majster Kat! Bardzo mnie interesowało jak  zaprezentują się polskiej publiczności i nie będę ukrywał, że liczyłem na naprawdę dobry koncert. No i nie przeliczyłem się, widać było radość z grania thrashu i to, że Słowacy czują tą muzykę, czują tą ideę i żyją nią na scenie. Naprawdę żywioł! Świetnie się oglądało ten koncert i dodatkowo ukłon w stronę publiki za świetne przyjecie naszych sąsiadów! Zabawa pod sceną nie ustawała ani na chwilę i bardzo dobrze! Thrash ’till Death! – Nie mam pojęcia jak to jest po słowacku hehehe).Naprawdę wielki podziw dla tego, tak naprawdę mało znanego, szerszej publiczności zespołu, bo grają świetnie i na żywo prezentują się zajebiście! Oby tak dalej! Występ Słowacy zleciał bardzo szybko i pozostawił myślę u niejednego osobnika pod sceną pewien niedosyt, ale mam nadzieję, że jeszcze pojawią się na polskiej ziemi, a wtedy niechybnie wybiorę się ich zobaczyć. ( zespół pochodzi oczywiście ze Słowacji, co też podmieniłem z wcześniejszych Czechów – przyp. Ef)

Kolejnym zespołem mającym siać zniszczenie w Mega Klubie był grecki Suicidal Angels. Nie znałem wczesnej tej kapeli – nie mam pojęcia, czemu mi gdzieś umknęła, bo okazało się, że to wielki błąd i faux pas z mojej strony, gdyż kapela to zacna a i ich ostatni długograj „Dead Again” to też nie byle co. W związku z czym biłem się w pierś że dopiero na koncercie poznałem ich twórczość… A koncert odwalili profesjonalny i w rytm ich pieśni ruszyła w tany dość spora liczba długo- i krótkowłosych fanów greckiej sceny thrash! I mniej więcej po 45 minutach zeszli ze sceny a ja udałem się w kierunku wodopoju w celu uzupełnienie płynów. Sprawnie i szybko uporawszy się z dwoma browarkami, bo na występ następnej kapeli to grzech śmiertelny się spóźnić, choć na jedną nutę.

Hirax, bo o nich mowa, są dość dziwną dla mnie kapelą, a dziwną dlatego, że nie rozumiem jak to jest że, zespół grający naprawdę świetny Thrash Metal i odpierdalający takie koncerty, że pała boli, dalej tkwi w gdzieś w trzeciej lidze Thrasch Metalu i jakoś nie jest znany szerszej publiczność. A powinien być, bo naprawdę długo dochodziłem do siebie po tym, co zobaczyłem 2 kwietnia na scenie Mega Klubu i pod scena zresztą też. Głośne skandowanie „Ole, Ole, Ole, Ole, Hirax! Hirax!” już na samym początku sprawiło, że Katon wyszedł na scenę uśmiechnięty – że tak powiem – pełną gębą i gotowy do zasiania ze sceny istnego tornada. Amerykanie przemknęli po swojej dyskografii grając takie przeboje jak „100000 Strong”, „The New Age of Terror”(na żywo ZABIJA!!), „Assassins of War” czy „Killswitch” no i przede wszystkim chyba mój ulubiony numer, który nawet nie zliczę ile razy już w życiu przesłuchałem, czyli oczywiście „El Diablo Negro”, przy wykonywaniu którego Katon starał się pokazać jak ów czarny El Diablo wygląda hehehe. Z kawałka na kawałek pod scena coraz bardziej wrzało: skoki ze sceny praktycznie cały czas a ich intensywność osiągnęła apogeum, gdy na scenie w jednym momencie pojawiło się z dziesięć osób, w tym i niewiasty (o czym Katon nie zapomniał wspomnieć) i ochrona nie bardzo wiedziała jak tę sytuacje ogarnąć. Ale muszę przyznać, że ochroniarze zachowali się naprawdę z kulturą, bo przy okazji tego typu akcji na (nie wymienię jakim) koncercie widziałem dużo bardziej brutalne interwencje. Atmosfera tego gigu naprawdę rewelacyjna, co chwile skandowanie „Hirax!” –świetny ukłon Katona w stronę publiki, gdy wyszedł z polską flagą – większy polski patriota niż niejeden z nas heheh. Ale to był kurwa koncert! Słów bark! Hirax rozpierdolił dokumentnie! To jest właśnie Thrash Metal! Tak się powinno grać!

Zapomniałem nawet z tego wszystkiego, że to jeszcze nie koniec imprezy i na swoją kolej czekają kolejni przedstawiciele amerykańskiej sceny, czyli Death Angel! Sił mi już na ten gig brakowało, bo starość nie radość heheh ale Amerykanie zmobilizowali mnie do gimnastyki. No bo jak tu się nie poruszać się nieco jak leci „I chose the Sky”, „Claws in so Deep”czy „Buried Alive”, niemniej jednak sił mi brakło przed powałą i postanowiłem resztę gigu obserwować z większej odległości dzierżąc w dłoni plastikowy kubek z chmielowym napojem. Koncert długi, bo Amerykanie grali coś koło godziny i czterdziestu pięciu minut, ale dzięki temu bogaty w przeboje. Na koniec trasy naprawdę ekipa postarała się, żeby koncert zapadł w pamięć, choć przyznam, że po Hirax ciężko już byłoby komukolwiek zrobić na mnie wrażenie no chyba, że był by to Sodom heheh. No i w związku właśnie z Sodom już na koncercie okazało się, że Niemcy przyjadą do Polski 17 września i wszyscy zgromadzenie na tym koncercie maja wjazd za darmo. To się właśnie nazywa profesjonalizm. Piona zachował się naprawdę zajebiście podejmując taką decyzję i chwała mu za to i cześć i dziękczynienie! Oby więcej było takich ludzi, którzy organizują koncerty dla idei, a nie tylko myśląc czy zarobić się na tym da w chuj czy tylko trochę. Czekam już z niecierpliwością na koncert Sodom i trzymam kciuki żeby tym razem się udało – nosz kurwa nie może być inaczej. No i oczywiście na koleją edycje Silesian Massacre Festival, która tym razem obfitować będzie w wiele smakowitych kąsków tym razem dla wielbicieli Black i Death Metalu!