satyricon wawaZacząć muszę od tego, że lubię swoją pracę. Daje mi satysfakcję i tak dalej. A czasem organizują mi szkolenie. Tak się złożyło, że ostatnie szkolenie miało miejsce w Warszawie, akurat w czasie gdy do stolicy zawitać miał Satyricon. Co, łączycie już fakty? Ano dobrze robicie – wtorkowego wieczoru miast integrować się zresztą przy meczu Bayernu z kimś tam wyskoczyłem na miasto i pognałem w te pędy do Progresji.

Przede wszystkim współczuję Warszawiakom, którzy z jednego końca miasta na drugi muszą popierdalać autobusem czy tramwajem półtorej godziny. Tyle to ja popierdalam z Rzeszowa do Krakowa (i to z przerwą na siku). W związku z tym, że szkoliłem się długo, to do klubu dotarłem coś kolo godziny 21:00, gdy Progresja była już wypełniona po brzegi. Serio, bardzo dużo osób stawiło się na miejscu, mimo że to wtorek. Ale uwierzycie, że nie spotkałem ani jednej znajomej mordy?

satyricon1Jako, że w momencie gdy na deski wchodził Vredehammer to ja dopiero opuszczałem hotel nic Wam nie powiem na temat ich koncertu. W ogóle, to jak zwykle przy okazji koncertów dużych zespołów to supporty były z dupy. W życiu o tych kapelach nie słyszałem i wątpię, by więcej niż pięćdziesiąt osób ze zgromadzonych w Progresji znało je również. No, może nazwa Vredehammer obiła mi się o uszy, ale tych drugich to już w ogóle. A akurat na ich koncert miałem (nie)szczęście zdążyć. To znaczy, na końcówkę – widziałem ostatnie trzy kawałki, które skutecznie wykurzyły mnie z sali – oczywiście udałem się po piwo, jakżeby inaczej. Czy raczej szczocha zwanego przez Progresję piwem. Ale wracając do koncertu grupy Oslo Faenskap, bo tak nazywało się to gówno – grali metalkłora wymieszanego z melodyjnym death metalem. Serio, dawno nie słyszałem większej padaki, chyba od koncertu Eris is My Homegirl na pamiętnej trasie Vader. Nie wiem, ile te chłopczyki zapłaciły, żeby Satyricon wziął ich ze sobą w tournée, wystarczy jak nadmienię, że po swoim show plątali się między publiką chyba ze swoimi starymi… Makabra. I trochę wstyd, że Satyr i Frost jednak zgodzili się na taki zespół rozgrzewający. Była to kupa i nie chodzi mi nawet o młody wiek (Hellhammer też kiedyś byli młodzi), ale po prostu o gatunek i resztę…

satyricon2No ale w końcu zleźli ze sceny, ja przeszedłem się po jeszcze jedno piwo i wróciłem na salę. To był mój pierwszy raz w nowej Progresji i powiem Wam, że naprawdę jest to różnica. Duża, przestronna sala, z barem – z każdego końca widać wszystko – no nic, tylko organizować koncerty. No i minutę przed czasem z rozpiski na scenę weszli muzycy sesyjni. Nie wiem, skąd Satyr i Frost ich wzięli, gdzieś mi się obiło o uszy, że jeden nakurwiał na gitarce w Cadaver. Z kolei inny wyglądał jak mniejszy i młodszy Slash, brakowało mu tylko cylindra. Ale poradzili sobie. Zaraz po nich na scenę weszli dwaj najważniejsi tego wieczoru – i się zaczęło. Intro a po nim „The Rite of Our Cross”. Nie powiem, brzmiało dobrze, choć przez pierwsze kilka minut Satyr miał chyba problem z mikrofonem, bo jego wokal niknął pośród gitar. Kawałek się skończył i poleciał jakiś numer z nowej płyty… Nie poradzę nic, że od „The Age of Nero” ten zespół jednak nie ma dla mnie wiele do zaoferowania, poza kilkoma wyjątkami. Tak więc i ten numer jakoś przemęczyli, ale po nim było już kurwa zdecydowanie lepiej – „Now, Diabolical” na żywca to jest moc i zniszczenie. I kilkaset gardeł drące się do refrenu. Zasadniczo to muzycy live odgrywali po prostu swoje, prym na scenie wiódł Satyr, choć czasem ten młody sleszu się przeczłapał z jednego końca na drugi. Po nim poleciał bodajże znów jakiś nowszy kawałek, który raczej nudził, a potem piosenka o czarnym kruku – kruki zresztą były cały czas obecne za plecami muzyków. Koncert był jakby przedzielony introsami, żeby sobie panowie mogli odsapnąć. W sumie, nie przeszkadzało to jakoś w odbiorze. Co do doboru kawałków to szkoda tylko, że jedyny numer z „Rebel Extravaganzza” to „Filthgrinder” – brakło mi jednak „Havoc Vulture”, no ale nie można mieć wszystkiego. Cześć kawałków miała puszczone z taśmy chóry, bowiem jakoś teraz Satyricon wypuścił koncertówkę właśnie z towarzyszeniem chóru – Satyr wytłumaczył, że tylu chłopa jednak w busie nie pomieścił i wziął jeno ich nagrania na taśmie. Wcześniej zresztą coś tam zapowiadali, że ten koncert będzie inny niż wszystkie i faktycznie był – kapela zaprezentowała nam coś na kształ dwóch jam sessions, kiedy to skupieni w swoim gronie odegrali bez wokalu jeszcze dwa nowa kawałki – fajnie to wyglądało w połączeniu z płomienistym światłem, jakby sobie grali dookoła ogniska, hehe… A jak nowe numery? Ten pierwszy był taki sobie, ten drugi jednak lepszy. Ok, koncert leciał, czasem przerywało go donośne skandowanie nazwy kapeli, co widać schlebiało zespołowi. Oczywiście na sam koniec setu zespół odegrał „Mother North” (wiecie, black metalowy hymn, bla bla bla), ale szkoda, że połowę tekstu zespół dał odśpiewać publice – takie śpiewy to ja sobie mogę w knajpie posłuchać, na koncercie wolałbym jednak usłyszeć Satyra – wszak płacę i wymagam, do chuja, hehe! Po tym numerze zeszli ze sceny, ale na krótko – wywołano ich do bisów, którymi był black’n’rollowy „Fueled for Hatred”, bardzo dobrze odegrany – z luzem, ale i agresją. No i na sam koniec „K.I.N.G.” i to był już totalny rozjeb. Wraz z ostatnimi dźwiękami ewakuowałem się szybko do szatni i z powrotem do hotelu. Na miejscu myślałem, że współpracownicy coś tam jeszcze pobalują, a tu już wszyscy grzecznie w łóżkach, hehe… Trudno, odbiliśmy na następny dzień.satyricon3

Ok, reasumujący występ – Satyricon zagrał dobry koncert, ale jak dla mnie za dużo nowości, za mało staroci (któżby nie chciał usłyszeć czegoś z „Shadowthrone” czy „Dark Medieval Times”?). No i supporty z dupy, choć tym razem nie czułem tego bólu hehe… Zasadniczo, nie żałuję że stawiłem się wtorkowego wieczoru w warszawskiej Progresji. Ani nie żałuje pewnie nikt inny z publiki.

Zdjęcia dzięki uprzejmości Kariny Menes. Więcej tutaj.