Samael, Gothminister, Sybreed, Ayin Aleph; Kraków, Klub Loch Ness; 17.04.2008

Ach, Kraków… królewskie miasto (choć kibice Legii mogą ze mną polemizować, hehe). Tym razem to jednak nie turystyka czy edukacja spowodowały moje odwiedziny w tym mieście, a powód zgoła odmienny. Tak się miło złożyło, że wizytę postanowił złożyć tu nie kto inny, jak szwajcarski zespół pieśni i tańca, w pewnych kręgach kultowy, w pewnych wyklęty – Samael. Nie było mi dane obejrzenie ich, gdy ostatnim razem odwiedzili nasz piękny kraj, dlatego teraz postanowiłem to sobie odbić. Zwłaszcza, że ciekaw byłem ich występu, jako, że ostatni raz widziałem Vorpha i ekipę na katowickiej Metalmanii parę wiosen temu. Wówczas jak dla mnie wypadli średnio. Jak było tym razem? O tym poniżej.

W Krakowie zjawiłem się już sporo przed planowym rozpoczęciem całej imprezy, miałem więc trochę czasu, by przed przyjęciem strawy duchowej, posilić i ciałko, pokręcić się po mieście i wolnym, acz dostojnym krokiem, udać się pod bramę klubu Loch Ness. Przed wejściem, uderzyła zebranych po oczach, biała kartka, na której napisano, iż wszystkie bilety na koncert Szwajcarów zostały wyprzedane, co niestety było prawdą i kilku moich znajomych miast na Samael, udało się totalnie wkurwionych na piwko tudzież całkiem gdzieś indziej. Ja, jako szczęśliwie wydelegowany na koncert z ramienia magazynu, który dzierżycie właśnie w dłoniach, dostałem się do środka bez problemów i w chwilę po wejściu zająłem strategiczne miejsce. Gdzie? No oczywiście, że przy barze. Całkiem dobrze zaopatrzonym, barze należy dodać. Piwa jednak w Loch Ness wam nie polecam. Chociaż nie smakowało aż tak źle, ale to tylko z racji tego, iż barmanki w tym klubie są naprawdę urodziwe… ech, aż się człowiekowi cieplej robi. No, ale w gruncie rzeczy przyszedłem tu w innych celach, niźli towarzysko – matrymonialno – libacyjnych, przechodzimy więc do meritum.

W Krakowie u boku Szwajcarów zaprezentowały się trzy inne kapele. Pierwszymi artystami byli Francuzka (choć jej bio informuje nas, że na świat przyszła w Rosji) – Ayin Aleph oraz towarzyszący jej muzycy. Co by Wam o tym występie powiedzieć? Cóż, był to jeden wielki miks metalu, gothic, muzyki operetkowej i barokowej. No a jak samo odczucie? Mieszane. Główna aktorka tegoż show na pewno lepiej śpiewała niż wyglądała… kojarzycie serial „Allo, allo”? To pewnie pamiętacie dwie francuskie kelnerki, Michelle i Mimi, które po pracy dorabiały sobie jako kurewki. No to macie cały obraz Ayin Aleph, hehe. Laska dysponuje naprawdę niezłym głosem, wręcz operowym (choć tu raczej niech się wypowie pan Kaczyński, oczywiście nie ten kurduplowaty), ponadto gra sobie też na klawiszach, ale jakoś mnie to nie zachwyciło i jedynie utwór, który zagrała wraz z zespołem na zakończenie jakoś bardziej zapadł mi w pamięć. A zwał się on bodajże „Black Rose”. Choć kilka gotyckich dam (temu damy, tamtemu damy, hehe), było występem zachwyconych. Ogólnie, dość podniosła muzyka, jak dla mnie to w tych bardziej metalowych momentach zjadliwa, kojarząca mi się z Therion, czy z trochę innej beczki Mandragora Scream, choć też bez przesady. Z klubu nie uciekłem, stałem twardo, więc aż tak źle chyba nie było. Choć płyty Ayin Aleph sobie raczej nie kupię.

Gdy tylko Ayin wraz z kolegami ewakuowała się ze sceny, ja udałem się po piwko. Ledwo doszedłem do baru, uśmiechnąłem się czarująco do barmanki, jak to tylko ja umiem, zapłaciłem za browarka, a tu już ziomkowie Vorpha kończyli się instalować na deskach. Cała przerwa między występami trwała może z 10 minut i po chwili genewski Sybreed zaczął swoje show. Przepraszam, panowie, ale to już w ogóle nie mój klimat. Czterech młodzieńców grających, jak się sami określają, industrial/metal/new wave, prokurowało na scenie tak słodkie melodie, że aż mnie zęby bolały i w trosce o swoje zdrowie muszę chyba zasięgnąć porady diabetyka, czy aby po ich koncercie poziom cukru we krwi nie zwiększył mi się w jakiś drastyczny sposób. Fanki pod sceną były jednak wniebowzięte. Wpatrzone w ten śliczny „metalowy” boys-band nie zwracały uwagi na te wszystkie słodziutenieńkie melodie w refrenach, elektronikę rodem z Jeana Michelle Jarre’a i całkowity brak pazura. Choć może przesadzam, ja tam się wybrałem konkretnie na Samael, na co dzień w taką muze się nie zagłębiam i po prostu się nie znam. Ale to moją relację czytacie, więc, ja – wójt, wyrokuję: landrynki w bitej śmietanie z cukrem pudrem i syropem truskawkowym. Nic dodać, nic ująć. Bleee…

Chłopcy z Sybreed pograli sobie z pół godzinki, potem grzecznie się ukłonili i odstąpili scenę Norwegom z Gothminister. Oczywiście przerwa pomiędzy występami trwała może z kwadrans z zegarkiem (szwajcarskim oczywiście) w ręku, więc nawet już do baru nie szedłem. Gothminister podobno ma już dość ugruntowany status na scenie gotyckiej, choć ja o nich słyszałem po raz pierwszy właśnie przy okazji tegoż krakowskiego gigu. Na początek poszło jakieś podniosłe intro, na scenę wleciały opary sztucznego dymu i w jego kłębach miejsce na deskach zajęli członkowie zespołu. No i zaczęli grać. Nie wiedziałem, czego mam się spodziewać, bo gothic gothic’owi nie równy, ale powiem Wam, że dość mile się zaskoczyłem. Żadnych smętów, wycia, płaczu i innych tego typów atrybutów, które nieodparcie kojarzą mi się z rodzajem muzyki granej przez kapele z tej półki. Zamiast tego publiczność, która zdążyła już po brzegi wypełnić Loch Ness, usłyszała bardzo żywy i energiczny gothic metal. Charakterystyczny wokalista kapeli, niejaki Machine, dysponujący świetnym, mocnym głosem, szybko podporządkował sobie krakowską publiczność. Kapela zagrała między innymi takie utwory jak (o ile cokolwiek Wam to powie) „Hatred”, „March Of The Dead” czy „Monsters”, cechujące się rytmicznym, rammstein’owym stylem, tyle że ze specyficznym zacięciem, bardziej gotyckim, a chwilami wręcz black’owym, niż w przypadku Niemców. Naprawdę podobał mi się koncert Gothminister i zachowanie sceniczne frontmana grupy. W którymś momencie wyszedł przed publiczność z małą czaszką zamocowaną na kiju, a gdy uderzył nim o podłogę z jej oczodołów wydobył się dym. W czasie wykonywania innego z kolei kawałka wszedł na wniesiony na scenę podest, gestykulując podczas śpiewu niczym Duce, czy inny Hitler. Niezłe numery, dobre wykonanie i brzmienie, które na szczęście przez całą imprezę raczej nie zawodziło, sprawiły, że koncert Norwegów wypadł o wiele korzystniej, niż dwa poprzednie bandy. No ale po około trzech kwadransach, pomimo oklasków publiki, zespół zszedł ze sceny, by odstąpić ją head – linerowi całej trasy.

Myślę, że Samael nie trzeba nikomu przedstawiać. Kapela, która kładła podwaliny pod dark metalową scenę Europy, od czasu pierwszej demówki „Into the Infernal Storm of Evil” przeszła radykalną metamorfozę. I chyba tylko skrajnie naiwny, lub niezorientowany w temacie, osobnik mógł mieć nadzieję, że Xy i kompania zagrają coś z dwóch pierwszych pełnowymiarowych krążków. Niemniej jednak czekałem na ich występ z niecierpliwością. No i doczekałem się! Ostatnio czytałem jakąś relację z koncertu Samael, bodajże z Niemiec i autor tejże, stwierdził, że z kapeli uszło życie. Nie wiem, czy to rześkie, krakowskie powietrze tak wpłynęło na szwajcarski kwartet, ale na koncercie, w którym dane mi było uczestniczyć, w ogóle niczego podobnego nie stwierdziłem. Przeciwnie. Od pierwszych taktów „Solar Soul” czuć było, iż na scenie tętni życiem, jakby panowie tyle co odebrali dowody osobiste. Vorph zakrzyknął „hello, Cracow!” i bez zbędnych ceregieli przeszedł do kolejnego utworu, jakim było bodaj „On The Rise”. Loch Ness, napakowane po brzegi, od razu podjęło rękawicę, śpiewając wraz z nim kolejne wersy poszczególnych piosenek. Oczywiście najszerzej przedstawiono nam utwory z ostatniego longplaya zespołu, wymieszane z kawałkami z wcześniejszych albumów. Samael zagrał więc między innymi „On Earth”, „Moongate” czy tytułowy numer z „Reign Of Light”, przeplatane nowszymi kawałkami, jak dedykowane publiczności „Ave!” bądź „Slavocracy”. Wszystkie chłonięte wręcz przez publiczność. Oczywiście największy aplauz wzbudził genialny „The Baphomet’s Throne” czy tytułowy killer z „Ceremony Of Opposites”, odegrane w krwawoczerwonym świetle, z olbrzymia pasją i zaangażowaniem. I powiem Wam, że większość fanów naprawdę tęskni do czasów, gdy (wtedy jeszcze) Vorphalack wył do mikrofonu „I piss on the cross, I vomit on the holy bible…”, hehe. No ale wszyscy wiemy, iż to se ne vrati, więc daremne żale, próżny trud. Zresztą, jakkolwiek bardzo bym chciał usłyszeć na żywo kawałki z „Worship Him”, to nie narzekałem na dobór utworów w ten kwietniowy wieczór. Stosunkowo mało poszło z (moim zdaniem nieudanej płyty) „Eternal”. Była też, jak to powiedział wokalista Szwajcarów, „chwila oddechu”, podczas której odegrali „Moonskin”, a także już znacznie żywszy „Rain”. W trakcie koncertu, pod deskami rozkręcił się też całkiem niezły młyn, maniacy ustawicznie odstawiali stage diving, próbując dostać się na scenę. Jedna panna była nawet tak zdesperowana, by stanąć koło kapeli na deskach, że nie kwapiącym się, by ją tam wpuścić, ochroniarzom, pokazała swoje wdzięki, ściągając koszulkę i zostając w samym staniku, hehe. Jednak ochrona wykazała się fachowością i pozostała niewzruszona na ten jawnie korupcyjny akt, hehe. Po około godzinie Vorph podziękował Krakowianom za przyjęcie i zespół zszedł ze sceny. No ale przecież nie mogli zakończyć bez odegrania sztandarowych hitów z „księżycowego” krążka, czyli „Passage”. Wywołany nieustannym skandowaniem jego nazwy, Samael powrócił na scenę i przedstawił nam brawurowo „Jupiterian Vibe”, a także na sam koniec „My Saviour”. Po jego odegraniu, w burzy krzyków i oklasków, Samael definitywnie zszedł za kulisy. Piękny koniec świetnego występu.

Reasumując, wypad na koncert uważam za udany, choć z suportów tylko Gothminister przypadł mi do gustu. Słowa uznania należą się dla naprawdę fachowej ochrony (widzieliście kiedyś członka security rzucającego się w tłum!? Ha, trzeba mieć fantazję, nawet na tym stanowisku) i dla zapleczu klubu. Szkoda tylko, że brakło pieprzonych biletów, zwłaszcza, że naprawdę gro osób chcących zaopatrzyć się w wejściówkę, już na dzień czy dwa przed gigiem została na lodzie. A co powiem o Samael? Nic odkrywczego. Szwajcarzy to klasa sama w sobie, więc jestem zadowolony z ich występu w 100%. Naprawdę było warto odwiedzić krakowski Loch Ness w ten wieczór.

P.S.: Ta relacja początkowo miała się ukazać w ostatnim numerze „Thrash’em All”. Dziękuję za możliwość przedstawienia swych możliwości i umiejętności oraz za to, że po prostu dano mi szansę – dzięki dla Dar(k)a Kempego i całego Massive Music.


Autor

10860 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *