samael gdaKażdy ma takie zespoły, co do których żywi większą sympatię niż do innych, nawet jeśli owe zespoły nie są już tym, czym były wcześniej. Strasznie to oklepane stwierdzenie, truizm jak jasny chuj, niemniej jednak potrzebowałem jakiegoś gładkiego zdania na wstęp.

Samael dość regularnie bywa w naszym kraju, choć ja ich ostatni raz widziałem gdzieś w okolicach 2008 roku… Tak mi się przynajmniej wydaje. Grali wówczas w nieistniejącym już Loch Ness. Od tego czasu przyznam, że średnio interesowałem się nową twórczością kapeli, bo dla mnie mniej więcej od etapu „Eternal” ten zespół nie ma dla mnie wiele do zaoferowania. I powiem tak – prawdopodobnie olałbym koncert Samael, gdyby nie dwa fakty: że mieli odgrywać całe „Ceremony of Opposites” oraz że towarzyszyć im miały dobre, polskie supporty. W końcu supporty z prawdziwego zdarzenia, a nie jakaś łapanka za pieniądze rodziców. To się chwali.

W każdym razie – do Krakowa przyjechałem wcześniej, gdyż Pathologist odstąpił mi w swojej dobroci bilet na polskiego busa, gdyż on sam nie mógł się tym razem stawić. Cóż, wódeczka będzie przed Mgłą. Jako, że jechałem więc sam w busie obrandzlowałem sobie dwa piwka, a drogę umilało mi „Miasto Ślepców” i kilka promówek. Na miejscu w zasadzie bez zbędnych postojów ruszyłem od razu pod klub. Miałem ochotę jeszcze coś zeżreć, ale niestety, jedyny bar mleczny w okolicy zamknęli mi dosłownie przed nosem. Cóż było zrobić, głodować. Pod klubem ludzi jeszcze garstka, trochę dziwne jak na wyprzedany gig. Prym wiedli starsi, którzy zapewne tak samo żebrali na wstęp gdy Samael grał dwadzieścia lat temu. Cóż, niektórzy są niereformowalni. Ludzi trochę zaczęło się schodzić, znajomych kilku i ostatecznie wtarabaniliśmy się do Fabryki. Najwyższa pora, bo zaczęło się robić zimno, hehe…

W Fabryce bez zmian. Zostawiwszy rzeczy w szatni, zakupiwszy piwo (co do tej kaucji 5 zyli za kubeczek to mam kurwa mieszane uczucia…) począłem się szwendać, zamieniwszy słówko z tym i owym. Całość miało otwierać Bloodthirst i bardzo mnie to cieszyło, bo jak wiadomo – #kolesiostwo i tak dalej. Równiuteńko o godzinie 19:30 z głośników poleciało intro. Dobrze znane zresztą, hehe… Nie zdradzę natomiast jakie, trzeba było ruszyć dupy to byście wiedzieli. Kapela w lekko odmienionym składzie, między innymi z muzykiem In Twilight’s Embrace, ale szczęśliwie trzon w postaci Rambo i Mintaja bez zmian. Nie pamiętam już od czego zaczęli, ogólnie numerów wiele nie było – grali pół godziny, więc o ile kojarzę, zmieściło się sześć strzałów. Poszło między innymi „Przeklnij Życie”, „Let Him Die”, „Desecrate the Lie”. Zabrzmiało przednio, z kurewską petardą, w sam raz na rozruszanie publiczności. Zauważyłem też, że Rambo przestał kończyć każdy wyśpiewywany przez siebie wers takim denerwującym „eaj”, hehe – bardzo dobrze, bo jakoś na dłuższą metę mi to wadziło. No i tylko czekałem, aż perkusista przerwie występ i zacznie sprawdzać wejściówki, hehe! Bardzo fajny występ, dawno niczego takiego chyba nie napisałem o otwierającym koncert zespole. Nawet jakiś tam młyn był, ale kurwa taki dziwny i delikatny, panowie na siebie wpadali, ale strasznie uważali, by nie poobijać się za bardzo i w ogóle… Kurwa, kto widział młyn, gdzie ludzie się do siebie uśmiechają… Po dokładnie trzydziestu minutach (zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że dokładnie po tysiąc ośmiuset sekundach) Poznaniacy zeszli z desek klubu, a publika na próżno domagała się bisu, choćby w postaci „Hateful Antichristian Thrash”…

W antrakcie wpadłem na resztę ekipy z Rzeszowa w postaci członków Excidium wraz z ich ładniejszymi połówkami. Poszedłem napełnić kubek, który dzielnie dzierżyłem przez połowę koncertu Bloodthirst w łapie (piątka drogą nie chodzi) i jakoś tak czekaliśmy aż deski zajmie Furia. Ich też już chyba dość dawno nie widziałem, ostatnio bodajże podczas Dziczy. Ale, w przeciwieństwie do wielu osób, które najpierw jarały się Furią czy Massemord, a teraz stały się prawdziwe i już ich nie lubią, ja dalej ten band sobie cenię. Zwłaszcza na żywo dobrze wypadają, choć też nie mogę powiedzieć, bym na każdy ich koncert czekał z zapartym tchem. Odmiennego zdania była publika, bo kilkanaście osób spod sceny z koncertu Bloodthirst zamieniło się już w srogi tłumek. Jasne, nie brakowało tam młodszych słuchaczy, firan i tak dalej. Ba, widziałem kilka fotorelacji i wszyscy dokumentowali jedynie Furię i Samael, Bloodthirst olewając ciepłym moczem. Ok, wracając do tematu – Furia skupiła się na ostatnim albumie i „Marzannie, Królowej Polski”, nie pojawiło się chyba nic z debiutu ani dwójki. Szkoda, liczyłem choćby na „Idzie Zima”, utwór wszak adekwatny, hehe… Odegrali też chyba coś nowego, choć z drugiej strony mogło być tak, że był to cover, a ja nie poznałem i wychodzę na pozera, co ktoś z lubością wytknie mi w komentarzu poniżej. Newermajnd. Na żywo Furia kreuje dobrą, często bardzo dobrą atmosferę i klimat, choć osobiście wolę, gdy nakurwiają w mniejszym klubie i żaden starszy podchmielony typ nie drze ryja „Furia, zajebiście” jakby był na Acid Drinkers. Gdzieś już pod koniec ich setu ewakuowaliśmy się do baru napełnić kufel – co jeszcze się liczy na plus dla Fabryki, ustawiono tam głośniki, z których dobiegała muzyka z sali koncertowej. Bardzo dobry pomysł. Jakoś tak się złożyło, że zostaliśmy w tej palarni aż do samego końca. Niemniej jednak – koncert naprawdę dobry.

No i ostatni koncert tego wieczoru. Samael. No nie powiem, czekałem na ten gig, bo cholernie byłem ciekawy, jak wypadnie Trójka na żywo. Na scenie, za zespołem powieszono banner z samaelowskim yingyangiem, no i równo z grafikiem na scenę wpuszczono dym, z którego wyłoniły się po chwili członkowie zespołu. Niestety, bez Masmiseima, który wybrał karierę inżyniera światła, czy oświetleniowca, czy pana od żarówek – jak wolicie. Nieważne w sumie. Wracając do tematu, Samael rzeczywiście zaczął od numerów z „Ceremony of Opposites”. Cóż, ja zacząłem przygodę z Samael właśnie od tej płyty, znaczenie więc dla mnie osobiście ma olbrzymie. I powiem tak – na żywo ten materiał się obronił, w każdym razie pod względem muzycznym. Oczywiście, brakowało żywych garów i jak dla mnie wszystko mogłoby być zagrane na jeszcze większej kurwie… Taki „Baphomet’s Throne” zabrzmiał trochę za lekko, podobnie reszta kawałków. I to jest mój zarzut, że brzmieniu Samael brakowało ciężaru (o mroku już nie wspomnę, mroku moglibyśmy się domagać dwie dekady temu). Jednak miło było zobaczyć zespół odgrywający te numery na żywo. Tak więc pierwsze czterdzieści minut koncertu naprawdę mnie wciągnęło. Po kawałkach z Trójki przyszła pora na pozostałe numery w dyskografii zespołu… o ile odgrywanie numerów z „Passage” czyli „Rain”, „Jupiterian Vibe” i „Shining Kingdom” jeszcze się obroniło, podobnie jak „Son of Earth” z EPki, o tyle już nowsze kompozycje mnie nudziły. Na tyle, że ponownie postanowiliśmy napełnić kufle w barze… i znów nam zeszło już do końca, zwłaszcza, że nie byliśmy jedynymi, którzy ewakuowali się spod sceny po odegraniu wcześniejszych (nie piszę „klasycznych”, bo niestety niczego z pierwszych dwóch albumów nie uświadczyliśmy) numerów. Tak więc końcówka koncertu zleciała nam przy piwnych Polaków rozmowach, zaś z głośników leciały już przeboje w rodzaju „Slavocracy” czy „Reign of Light”. No co ja mogę powiedzieć więcej ponadto – czasy mrocznego, surowego Samael już nie wrócą, dziś jest to całkowicie inna kapela, gdzie jeden z muzyków pomalowany jest na biało czarno, a klimat zastąpiono trochę festyniarską grą świateł. Muzyka szczęśliwie jest na tyle dobra, że broni się i w takiej postaci.

Po zakończeniu spędu my również powoli zaczęliśmy się zbierać do wyjścia. Ogarnięcie taksówki dla pięciu osób w milionowym mieście okazało się jednak sprawą nad wyraz trudną, więc na dworzec dostaliśmy się niewiele pół godziny przed odjazdem busa. Za mało, żeby zjeść coś porządnego, trzeba się było zadowolić gąbczastą zapiekanką – i tak mieliśmy szczęście, bo pani Krysia już chyba miała zamykać swój kiosk, hehe… Następnie zrugani przez współpasażerów na trasie Kraków – Rzeszów padliśmy pokotem na swoich fotelach. W domu byłem koło trzeciej w nocy, więc drzemnąłem się niecałe trzy godziny i o szóstej rano wstałem świeży i pachnący, gotów na kolejny pracowity dzień.