Samael, Furia, Bloodthirst; Gdańsk, B90; 29.11.2015

Samael, Furia, Bloodthirst; B90 Gdańsk 29.11.15Ostatnio coraz więcej zespołów wpada w szał odgrywania całych klasycznych w swoich dyskografiach albumów na koncertach. Cóż, jak widać chęć nabicia kabzy na starych jak i młodych fanach sprawia, że zespoły zapominają w ogóle o co w tym wszystkim chodzi, a skupiają się tylko i wyłącznie na odcinaniu kuponów od przeszłości. Mniejsza jednak o to, bo koncert przecież jest tutaj tematem tej relacji (tym razem bez zbędnego wstępu co i ile wypiłem).

Punktualnie o godzinie 19 na scenie pojawił się poznański Bloodthirst, a że Bloodthirst to symbol jakości i solidności było wiadomo, że pieszczot muzycznych,  a tym bardziej pościelowych ballad nie będzie he he. Kawał black’n’thrash metalu, z morderczym “Let Him Die” i “Przeklnij życie” na czele skutecznie rozruszał publikę pod sceną. Rambo strzelał wokalem niezwykle precyzyjnie, a Mintaj kasował blasty jak należy (kątem oka obliczając za ile dokładnie wejściówek i wyjściówek ma później ściągnąć należności). Mało tego, jak to mówi młodzież, propsy należą się również i gitarzyście In Twilight’s Embrace, który wzorowo nauczył się materiału Poznaniaków, przez co ich siła koncertowa wzrosła co najmniej o parę skal. Jak na 30 minutowy set Bloodthirst zagrało naprawdę intensywnie i z pełną dawką zaangażowania (a nawet i lepiej aniżeli parę miesięcy wcześniej w ramach koncertu Plagi w Gdańsku). Co do samej publiki, to kocioł pod sceną był, a i owszem, tylko odnoszę wrażenie że Bloodthirst po prostu miał pecha otwierając całość imprezy. Szkoda, bo przecież to nazwa, która powinna przyciągać każdego fana ekstremy, który podsceniczną rozjebkę stawia sobie za honor he he… Widocznie coś zaczyna się zmieniać i młodzież zamiast iść w bój pod sceną, woli kucować w sweterkach przy innych dźwiękach. No ale nie mnie to oceniać. Po odegraniu swojego setu co do sekundy (który trzymał stoper w ręku, przyznać się?!) nastąpiła dłuższa przerwa, dzięki której mogłem uzupełnić płyny i przybić piątki z bdb znajomymi, którzy na owym koncercie się pojawili. Warto tutaj zaznaczyć, że już podczas występu Poznaniaków publiczność coraz mocniej zaczęła nabijać mury B90. Gdy przed godziną 20 zgasły światła na scenie był to znak, że zbliżała się pora na koleją kapelę.

Bloodthirst

Ukrywać sympatii do Furii nie zamierzam. Cenię i lubię nawet bardzo. Stojąc gdzieś obok staram się nie uczestniczyć w tym płynącym nurcie hajpu (histerii, moczenia majt) tudzież hejtu (“bo nawet się nie zaczęli na “I krzyk””) związanego z tymże, będąc jednocześnie zawsze rzetelnym co do ich muzycznych dokonań. I podobnie jak i Oracle, tak i ja widziałem ich ostatni raz podczas Dziczy i wtedy też ich koncert bardzo mi się podobał. A jak to wypadło teraz? Dobrze, a nawet miejscami naprawdę dziko ale i również bardziej zachowawczo niż parę miesięcy wcześniej. Przyznać jednak trzeba, że mimo tego Furia zagrała z dużą dawką energii i sporą dawką pary, która skutecznie dusiła widownię tworząc odpowiedni, nihilistyczny klimat… W składzie utworów tym razem znalazły się hity z “Marzannie, Królowej Polski” (zacnie odegrany kawałek bez nazwy oraz “Są to koła”), “Płoń” (“Ohydny jestem”) jak i z ostatniego “Nocel” (“Opętaniec” oczywiście też był). Dobra mieszanka, choć szkoda że brakło nieco więcej staroci. Warto odnotować również, że zarówno na początku jak i gdzieś w połowie koncertu odegrane zostały utwory, które prawdopodobnie zagoszczą na przyszłych wydawnictwach zespołu. Na ich ocenę przyjdzie więc jeszcze pora. Acha. Podczas występu rozhisteryzowanych fanek nie stwierdziłem (czyżby lekcje na 8 rano?), ale parę (sic!) miłosnych uścisków i lamentów, “a gdzie idzie zima?” już tak. Ta młodzież…

Furia

W końcu, równo o 21:15 przyszła pora na główną gwiazdę wieczoru. Fanem Samael jakoś nigdy nie byłem, ale bardzo byłem ciekaw jak całość jakże kultowego dla niektórych fanów materiału zabrzmi na żywo. Zaczęli od “Black Trip” by potem energicznie przejść do “Celebration of the Fourth”. Dzięki temu gęba nie jednego fana z automatu się ucieszyła, a adrenalina dała o sobie znać na tyle, że spokojnie można było oddać się szaleństwu pod sceną. Świetnie zabrzmiały zarówno “Mask of the Red Death”, jak i “Baphomet’s Throne” a także “To Our Martyrs”. Wszystko więc było na swoim miejscu, tak jak 20 lat temu: miejscami nieco klasycznie, miejscami nieco nowocześnie w brzmieniu, ale równie zadziornie jak na płycie. Nawet sam Vorph nie zapomniał jak się mówi po polsku, wykorzystując swoją znajomość języka raz po raz adorował publiczność, która w odpowiedzi robiła jeszcze więcej hałasu i zamieszania pod sceną. Ponieważ na “Ceremony of Opposites” świat się nie kończy, nie mogło oczywiście w secie zabraknąć i nieco nowszych kawałków, co na pewno, zwłaszcza tym młodszym fanom, mogło się podobać. I przyznam się, że całościowo było ogólnie znośnie, gdyby nie jedna kwestia. Mianowicie to, że przedstawienie to wyglądało tak, jakby poszczególne kawałki odgrywane były z playbacku. Ja rozumiem, że w użyciu był automat (przy takim koncercie to dla mnie kompletne nieporozumienie i robienie ludzi w wała), ale szczerze Xy mógł sobie już podarować tą komedię którą odstawiał za perkusją. Niby coś tam bębnił, by zaraz przejść do klawiszy by po jakimś czasie znowuż powrócić do bębnów. No panie, ja nie przyszedłem na Safri duo acz na koncert zespołu, który odznaczył się w historii metalu, wydając kultową płytę black metalową, a nie zaś elektropopowe szambo. Nie mniej ok, rozumiem. Czasy się zmieniają, podejście do tworzenia sztuki tym bardziej. Pewien rodzaj niesmaku jednak pozostał i nie dziwię się publice, że po zakończeniu odgrywania “Ceremony…” zaczęła ona powoli opuszczać swoje miejsca pod sceną, co również sam uczyniłem, gdyż po prostu zacząłem owym występem się męczyć.

Ogólnie całość zakończyła się przed godziną 23. Frekwencyjnie było jak zawsze, czyli do pełnej sali. Muzycznie, już nie tak oczywisto. Pozostaje więc pytanie: czy warto było zobaczyć Samael ? Na pewno tak. Odsłuchać na żywo całe “Ceremony of Opposites” to naprawdę spore przeżycie zwłaszcza dla tej starszej części fanów, która pamięta chociażby występ szwajcarów na Metalmanii w ‘94. Na pewno i przede wszystkim warto było też dla polskiej reprezentacji, która podczas tej trasy rozkręcała publikę robiąc to na tyle skutecznie, że w Gdańsku przyćmiła bezapelacyjnie główną gwiazdę wieczoru.

Autor

342 tekstów dla Chaos Vault

M. Grafoman, pies karawaniarski... Koneser i nałogowy degustator 40%. Fan zarówno śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *