sadisticfestival2Znów czuję, że będzie psioczenie, że my w Chaos Vault to nie umiemy pisać relacji, bo po chuj komu takie relacje jak u nas. Więc już na wstępie powiem – chcecie ładnych i rzeczowych relacji to czytajcie ładne i rzeczowe łebziny, a nie takich obwiesiów i opojów jak my.

A do rzeczy – niestety nie dane mi było być uczestnikiem pierwszej edycji Sadistic Festivalu, który ma miejsce w Krakowie. Żałowałem bardzo, bo na tamtej edycji zagrały między innymi takie kapele jak Mord’A’Stigmata czy Non Opus Dei. Stąd też jak wypłynął skład tegorocznej edycji stwierdziliśmy gromadnie z kolegami – trzeba być, nie ma chuja. Ostatecznie jeden wyjechał do ciepłych krajów, inny nie mógł wyjechać z Rzeszowa, a jeszcze inny nie zadaje się już z takimi pozerami jak ja – ergo do Krakowa w podróż udałem się sam. Podróż polskim busem trwała trzy godziny (nie wiem, po chuj zrobili autostradę od Rzeszowa do samego Krakowa skoro w polowie robią postój czterdziestominutowy i nic szybciej się nie przyjeżdża na miejsce). Stąd też gdy ja wjeżdżałem do grodu Kraka impreza już trwała. Pod klubem pierwsze co zobaczyłem, to słaniający się na nogach wojownicy black metalu. Kpiarski uśmiech niedługo pokazał mi, że karma to kurwa. Ale po kolei.

mind afflictionWszedłem do klubu z językiem na brodzie mniej więcej pod koniec gigu Mind Affliction, stąd przepraszam chłopaków za niepełną relację, ale z dworca zapierdalałem równiutko. Widziałem bodajże ostatnie, niecałe trzy numery. Cóż, z płyty mnie jakoś nie przekonali, a koncertowo wypadli poprawnie – bez szału, bez rewelacji, ale i bez żenady – zwykły koncert. Pewnie nic bym nie stracił jakbym w ogóle ich nie obejrzał, ale też nic nie straciłem przez fakt, że jednak zawiesiłem na nich oko (to znaczy na ich recitalu).

terrordomeZasadniczo dopiero po ich występie zacząłem szwendać się po klubie. Fajnie, że swoje podwoje otworzyła Rotunda na górze, zawsze to więcej miejsca, a i na schodach można było dupę posadzić. Śmignąłem po browarka, pogadałem ze znajomymi, pokręciłem się po klubie. Potem śmignąłem do sali koncertowej, bo rozkładał się właśnie Terrordome. Powiem tak: żadne kuce, młodociani thrashersi ze stażem trzymiesięcznej służby metalowi nie zohydzą mi muzyki chłopaków, bo Łapa z kumplami to jest crossoverowa petarda, która wybucha zawsze o sekundę za wczesnie, przez co wasze szczątki walają się po kątach. Świetnie się ich ogląda na żywo – choć skład nieco zmieniony mieli (albo to ja dawno nie byłem na ich koncercie). Naprawdę – panowie przywodzą na myśl (to dla tych, którzy jeszcze ich nie słyszeli jakimś cudem) najlepsze standardy S.O.D., D.R.I., Anthrax czy Nuclear Assault – to tak w skrócie. Jedynym pechem dla nich było, to, że publika tego sobotniego wieczoru złożona była w dziewięćdziesięciu procentach z black metalowców, więc na nic zdały się nawoływania Łapy do większej zabawy. Pod sceną kręciło się w młynie jedynie kilka osób, reszta patrzyła niewzruszona. Cóż, taki los jak się jest swojego rodzaju rodzynkiem. Mnie się podobało, chłopaki zagrali też nowy numer, więc wiem, że nadchodzący materiał będzie równie dobry co poprzednie.

iperytPo Terrordome nastąpiła całkowita zmiana konwencji – i w zasadzie główny mój powód, dla którego postanowiłem stawić się na Sadistic Festival II. Iperyt czyli. No nie widziałem ich z sześćset sześćdziesiąt sześć lat i byłem cholernie ciekawy, jak panowie się prezentują pod względem muzycznym. Ustawiłem się pod sceną, zwarty i gotowy i czekam na strzał. Intro znane i lubiane, wchodzą gitary i… ja pierdolę. Kurwa, jak kaszaniarsko brzmi. Wszystko zlało się w jedno, gitary, bity, wokal niknął – utwory rozpoznawałem tylko po tym, że po prostu znałem je niemal na pamięć… Upojenie w tym momencie nie wchodziło jeszcze w grę… Szczęśliwie po trzech, czterech numerach poprawiło się na tyle, że mogłem pójść trochę pohasać z innymi kolegami pod sceną – ale to nie był mój dzień, więc po chwili się wycofałem. Iperyt zagrał przekrój w zasadzie. Od numerów z EPki, przez obie płyty i chyba nawet ten kawałek z kompilacji poszedł nawet. Wizualnie, w kominiarkach wyglądali jak stado rozjuszonych antyterrorystów, hehe – na scenie ruch, agresja udzielała się maniakom w młynie. I tylko brzmienie wszystko psuło, bo im dalej w gig tym lepiej, ale i tak dalece od ideału. No wielka szkoda, mam nadzieję, że wkrótce ich jeszcze sobie obejrzę i będą brzmieli o piekło kurwa lepiej.

dead infectionNa scenie zmiana warty, pod sceną również. Na scenie zainstalowało się trio z Białegostoku, czyli Dead Infection. Na tych skubańców też ostrzyłem zęby – no i się nie zawiodłem. Kurwa, jakem nie jest fanem grindu, to ich łykam bez przepity zdecydowanie (co zresztą uskuteczniłem w czasie ich gigu, gdy to zaschło mi w gardle). Cyjan wspomagany przez Pierścienia i jeszcze kogoś (sorry, nie znam) odstawili zajebisty show. Klasyki były i stare i nowe, wsaniałe umpa – umpa, które wyznaczało pompowanie krwi przez mięsień sercowy. I tu, trochę inaczej niż w przypadku Terrordome, kilku głównie starszych blackowców podeszło pod scenę. Ja przyznaję, że Dead Infection skłaniał do trochę niepoważnego zachowania, ale chuj! Jak się bawić to się bawić. Końcówki ich koncertu niestety nie widziałem, bo jeden znajomy bezceremonialnie wyprowadził mnie za bety do baru. Trochę szkoda, bo może w tym czasie panowie wyskoczyli ze szlagierem „Jak przestać pić?”… Nie dowiem się tego, a niestety – pić dopiero zacząłem.

besattPrzy barze przesiedziałem potem już dość długo, bo kolejni na deskach Rotundy byli Ślązacy z Besatt. Przyznam, że zdecydowanie lepiej by mi zrobili, gdyby w ten dzień zagrało Det Gamle Besatt – ich muzyka bardziej mi robi niż ostatnie dokonania pod szyldem Besatt. Z tego też powodu zeszło nam z Tomaszem z Medico Peste przy kontuarze trochę dłużej niż zamierzałem. I cóż tu rzec, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – nakurwiłem się jak zwierzę. Z gościa podchmielonego nagle przeistoczyłem się z niemal trupa, przechodząc zmianę jak jakiś Hulk. Ale przebłyski miałem.

voidhangerPo Besatt na przykład doczłapałem obejrzeć Voidhanger. Pamiętam, że grali agresywnie, na pełnej kurwie, choć chyba spieprzony sound tego wieczoru był warunkiem sine qua non wszystkich koncertów. Młodzież się przepychała, komando napierdalało, a ja odpływałem… W którymś momencie oparłem się o jedne z dwóch par drzwi, prowadzących na salę koncertową. Wcześniej były zamknięte, ale nie wiem, czy zamki puściły czy ki chuj – kurwy otwarły się na całą szerokość niczym wrota piekła, a ja, że zacytuję naocznego świadka „rozjebałem się jak naleśnik”. Cóż, czuję to do dziś, bo olbrzymi guz z potylicy mi jeszcze nie zszedł. Dobrze, że kurwa sobie tego głupiego łba nie rozjebałem na amen, bo dziś już oczyma wyobraźni widzę scenę, jak zaprzyjaźnione zespoły przychodzą do mnie, żeby w nieruchomą rękę wcisnąć mi swoją płytę czy kasetę, na wykrzywionej twarzy paluszkami zrobić uśmiech, a następnie wrzucać na swoje profile z napisem „Odwiedziny u Oracle’a. Cieszył się, że mamy nową płytę – możecie ją kupić za 35 zł pod tym adresem:…”. Może nawet ktoś zrobiłby festiwal „Oracle, wstawaj Ty chuju”…

Faktem jest, że po tym upadku na tyle chujowo się poczułem, że dalszy koncert mnie mniej interesował. Śmignąłem niepostrzeżenie z klubu, zwłaszcza, że dochodziła godzina mojego busa, a Anima Damnata nie była jeszcze zainstalowana na scenie. O tym jak grali – niestety musicie poczytać gdzieś indziej. A ponoć byłoby o czym pisać, bo ponoć było jak w piosence Perfectu: zespół grał „takie rzeczy, że jeszcze mi wstyd”, a gdzieś indziej „ktoś dostał w nos, to popłakał się ktoś”, hehe…

Koncert na zdjęciach uwiecznił Mateusz z Infernal Impressions.