behemoth-rzeczpospolita

 

Gdy Nergal z kolegami robią sobie tournee po Polsce to można się spodziewać kilku rzeczy: wezmą ze sobą dobre kapele, zrobią wokół siebie zamieszanie i przyciągną tłumy ludzi, którzy niekoniecznie czają, o co się w tym metalu rozchodzi. W sumie do końca nie byłem pewien czy pojadę, ale tak się zdarzyło, że miałem piątek wolny, więc czemu nie. Tej całej Batushki byłem naprawdę ciekawy. Bölzer wiadomo – klasa. Już magnes jest. Behemoth nie zaskakuje, ale popatrzeć można.

Władowałem się w busa z bocianem, przekimałem dwie godziny [jakbym też jechał to by nie było mowy o kimaniu, bo pewnie pierwsze keliszki poszłyby w ruch na wyjeździe, hehe – przyp. Oracle] i już byłem w Krakowie. Potem azymut na Halę Wisły, kilka chwil przyjemnego spaceru i jestem na miejscu. No może nie do końca. Wiedziałem, że ta hala jest koło stadionu, ale nie wiedziałem gdzie konkretnie, ani z której strony jest tam wejście. Szukałem, więc wzrokiem odzianej na czarno braci, żeby za kimś podążyć we właściwym kierunku. Dziwnym trafem nikogo nie wypatrzyłem, ale za to dostrzegłem jedną kabarynę, drugą, trzecią… Uśmiechnąłem się i śmiało podążyłem w wyznaczonym przez te pojazdy kierunku. Wiedziałem, że jest on dobry. Gdy dotarłem pod halę, już trochę ludzi się kotłowało. Obsługa powoli zaczęła wpuszczać do środka. Ja stwierdziłem, że jeszcze ściągnę dymka (tytoniowego rzecz jasna) i wbijam. Stanąłem sobie obok kontrmanifestacji, która klepała zdrowaśki w intencji duszyczek zbałamuconych przez naczelnego polskiego satanistę. Wiele się nie działo, zagasiłem więc peta i poszedłem w swoją stronę. Szkoda czasu na ludzi, którzy są za głupi na to, żeby dostrzec, że oni Nergalowi robią więcej korzyści niż szkody…

Wbijam do środka, zostawiam odzienie wierzchnie w szatni i idę na merch. Tłumy takie, że szpilki nie wbijesz, a Batushkowe winyle schodzą lepiej, niż crocsy w lidlu. Wrócę później. Polazłem po piwo. Nabyłem jeden kufel piwopodobnej substancji, za którą musiałem zapłacić tyle, co za niekiepskiego krafta i poszedłem sobie pod scenę. Pod samą się nie dopchałem, ale byłem w takim miejscu, że spokojnie wszytko wzrokiem ogarniałem. Punkt 19 na scenę wychodzi pierwszy Batushek, a zanim podążają kolejni w nabożnej procesji. Peleton zamyka ostatni Batushek. Nazwijmy go umownie „Większy Batushek”, bo słowo „gruby” jest bardzo niekulturalne. Większy Batushek okadza publikę kadzidłem i rozpoczyna się spektakl. Tak właśnie. Spektakl. Tak to odebrałem. To ja może najpierw od plusów zacznę, a potem sobie będę jechał. Ciekawie to wygląda. Goście mają interesujący wizerunek sceniczny. Nawet te ślamazarne ruch mają swój urok. Nie wdziałem na żywo Cult of Fire, ale dla mnie może to być podobna mańka. Tym bardziej, że sam koncept jest niejako od Czechów „pożyczony”. Podobały mi się te nieruchome „kamienne” maski wyśpiewujące podniosłe wersety. Robiło to wrażenie. Ale pamiętajcie, żeby te plusy nie przysłoniły Wam minusów. Jak już wspomniałem nie wiem jak to się ma do Cult of Fire i chcę myśleć, że nie jest to totalna kalka ich występów. Nie podobały mi się światła. Uważam, że znacznie lepiej by wypadli przy jakimś monochromatycznym oświetleniu sceny. Takie światło plus świeczki dałoby znacznie lepszy efekt. A tak to najebane na tej scenie wszystkiego, ludzi osiem sztuk i jeszcze te światła, jakieś wizualizacje, banery. „Lekki” przerost formy nad treścią. No i te piski Bar… Przepraszam, Większego Batushka. No nie mogę tego znieść. Na płycie jakoś to lepiej brzmi. Na żywo jakby ktoś patroszył żywego kurczaka za pomocą łyżki. Co mnie wkurwiało dalej. Dla mnie ta muzyka jest czymś bardziej do słuchania, a nie do zabawy.  A tam klaskanie w rytm dzwoneczków i podskoki jak na Kornie. I cały majestat psu w dupę… Prawda jest taka, że nie wywarł na mnie wielkiego wrażania ten performance artystyczny. Spodziewałem się chyba czegoś innego… W zasadzie nie wiem, czego się spodziewałem. Jak wracałem to miałem kilka rozkmin na temat koncertów i tego, że już ich sporo widziałem… Prawda jest taka, że teraz niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć i zadziwić. Jakbym miał 16 lat i bym zobaczył taką Batushkę na żywo to bym obsrywał zbroję po trzykroć na minutę… Teraz już tak nie mam.

Batushki zeszły ze sceny tak jak weszły. W procesji. Ja poszedłem po coś do picia, a techniczni zaczęli znosić graty. Po piwo się nie dopcham, bo kolejka dramatyczna. Podobnie jak na stoiskach płytowych. Kupiłem, więc napój bezalkoholowy i poszedłem na salę koncertową w oczekiwaniu na moją gwiazdę wieczoru. Nie będę urywał, że „Hero” już w całości słyszałem, ale nie mogę powiedzieć, żebym tę płytę jakoś wnikliwie przeanalizował. Na razie lekko przegryzłem się przez jej warstwę zewnętrzną, ale już mogę napisać, że to co obecnie prezentuje sobą Bölzer bardzo przypadło mi do gustu… Dobra, w końcu są. Oczywiście punktualnie. Tych dwóch kolesi na scenie było sporym kontrastem do tłumu okupującego deski Hali Wisły jeszcze kilkanaście minut wcześniej. Ale dali radę. Bölzera wdziałem po raz pierwszy przed Triptykon. Wtedy nie zrobili na mnie wielkiego wrażenia, ale przed D666 już dali redę i oklepali mi porządnie facjatę swoimi dźwiękami. Tu liczyłem na podobne doznania. Liczyłem też na test nowych numerów.  Zaczęli od intro i „Łucznika”, a potem zagrali jeszcze „I Am III”. Coś jeszcze chyba poleciało z „Hero”, ale jak wspominałem, kiepsko znam ten materiał. Dodatkowo spędziłem trochę czasu poza salą koncertową szukając ochrony, która akurat gdzieś zniknęła celem oddania portfela znalezionego w tłumie. Ci tam na zewnątrz modlą się za mnie, a ja sam sobie zbierałbym punkciki u tego na górze. Oczywiście zbierałbym jakby istniał. Ale nie istnieje. Na rozchodniaczka Bölzer dojebał „Entranced By The Wolfshook”. No mi się podobało. Darłem mordę, licząc na to, że jeszcze wyjdą, ale oczywiście Adam pilnuje zegarka i nie ma szans.

Teraz przerwa dłuższa, bo i złomu na scenie ląduje nieco więcej. Ale chłopaki techniczni sprawnie się uwinęli i punkt 21.30 Adam z kolegami wchodzi na scenę. Co rzuciło się najpierw w oczy? Wielki biały baner, ekrany po bokach sceny i biały zestaw perkusyjny niezmordowanego Zbyszka. Całkiem fajna akcja. Szczególnie ciekawe były te wizualizację. Zastanawiałem się, jaki znany reżyser je tworzył. Wiedziałem, że gości będą grać całego „Satanistę”. Początek tej płyty interesuje mnie mniej, więc poszedłem na stoiska. Swoją drogą jest teraz moda na granie swoich klasycznych płyt w całości … Ciekawym zabiegiem jest granie w całości swojej najnowszej płyty. Ale jak widać po frekwencji, która była ciężka do ogarnięcia – hajs się zgadza. Najpierw stoisko Behemotha. Sporo łaszków z trasy. Bölzer miał fajną koszulkę i jakbym wziął więcej kasy, to bym pewnie sobie zakupił. „Hero” nie mieli. Naiwnie miałem nadzieję… Stoisko było jeszcze jedno, głównie z Baciuszkami.  Wzorów szmat mieli sporo. Poza tym kilka ciekawych pozycji płytowych w cenach takich sobie, więc nic nie kupiłem. Okazało się, że i przy piwnym wodopoju też nikogo nie ma, więc zakupiłem jeszcze jedną sztukę tego okropnego napoju, ale nic innego nie pomagało mi na suszenie. Udałem się po raz kolejny na salę koncertową celem obejrzenia dalszej części tego widowiska. Jakoś wlazłem, gdy byli w połowie „Amen”. Oczywiście na scenie pełny profesjonalizm. Światła, ognie, dymy, groźne miny. Show fajne, jest na czym zawiesić oko. Ale spontaniczności tam brak. Fajne, że zagrali z „Satanisty” „In the Absence ov Light” nie dlatego że jestem takim wielbicielem poezji śpiewanej, ale dlatego że jest tam zajebisty fragment z przepotężnym zwolnieniem, który mi robi chyba najlepiej na tej płycie. Zbyszek rozpędza się na nim jak lokomotywa spalinowa…  Ale nie tylko „The Satanistą” fan Behemotha żyje. Poleciało jeszcze chyba pięć numerów. Na pewno „Ov Fire and the Void”, „Slaves Shall Serve”. Na koniec największy przebój Behemotha, czyli „Eschaton” i do chałupy. Przewidując tłumy, ogarnąłem się wcześniej i wyszedłem w pierwszej kolejności na zewnątrz. Spaliłem fajka, nikt nie skropił mnie święconą wodą. Poszedłem na busa.