Znamiennym jest iż podczas pieszej pielgrzymki na jedną z edycji Metalmanii, Wielki Papież Polak powiedział „Ale na dobre sztuki to wy, kurwa, chodźcie”. Gdy więc powziąłem wieść, iż we Wrocławiu zagra Rotting Christ wraz ze smakowitymi supportami, posłuszny słowom Papy poleciałem na gig.

Pisałem już kiedyś, że sobota to dobra pora na tańce i hulanki przy muzyce gdyż pozwala bezstresowo stawić się na koncerty wszelakie. Dlatego też 10 czerwca bez spiny skierowałem się do Wrocławia, a tam zaś do Firleja. Lokowanie tam imprezy to dobry pomysł, bo klub pomieści sporo narodu, a i akustyka jest niezgorsza, choć nagłośnienie tradycyjnie sprawia, że głuchnie się na jedno ucho. Na miejscu miłe zaskoczenie: są aż dwa stanowiska z piwem! Grzechem byłoby więc nie skorzystać. Pokrzepiwszy się łykami złocistego Grolscha najpierw udałem się na merch, gdzie dzielił i rządził niepodzielnie Mintaj. Ogólny wybór prezentował się niezgorzej, szczególnie dobre były koszulki Rotting Christ, ale ja zadowoliłem się najnowszym numerem zinacza Infernal Death (znakomita i mądra lektura, prawie jak Chaos Vault zine, polecam!) po czym udałem się pod scenę, gdzie już lokował się Shodan.

O długograju wrocławian słyszałem rozbieżne opinie, więc gdy okazja się nadarza, to można samemu zweryfikować jak to się w ogóle techniczny death metal w ichnim wykonaniu prezentuje. A okazało się niezgorzej, choć kawałek otwierający zmęczył mnie krzynę jednakże im dalej, tym lepiej. Szczepan wraz z ekipą umieli rozbujać publikę, a i sporo narodu do sali przyszło. Dobrze robił mi szczególnie wałek „This World Means Nothing”. Sam występ, choć nie wyrywający mnie z kapci, uważam za całkiem udany zaś opinię o Shodan na razie mam pozytywną. Zobaczymy, jak będzie z kolejnymi albumami, bo da się z tego zrobić coś naprawdę mocnego.

Następującą potem chwilę przerwy twórczo wykorzystałem na zwilżenie gardła czerwonym Książęcym i pędem pod scenę, bo Bloodthirst żadną miarą przegapić nie chciałem.

Tych wielkopolskich niszczycieli miałem przyjemność już oglądać podczas zeszłorocznej edycji Metalmine, gdzie zmłócili niemiłosiernie publikę niczym Leoncio Niewolnicę Isaurę, dlatego też oczekiwałem, że i tym razem tak będzie. I było. Kommando pod wodzą Ramba nie brało jeńców chłoszcząc porcją solidnego, czarnego thrashu i przyznaję głowa sama chodziła, nóżka też. Szybko też uformował się moshpit, w którym można było wielbić Rogatego za pośrednictwem tańca. Wśród pocisków, jakie poleciały ze sceny znalazły się „Wine for the Insane”, „Chalice of Contempt”, „Imaginary Reasons”, a także wyczekiwane przeze mnie i odśpiewane wraz z publiką „Let Him Die”. Uraczono także słuchających numerem z nadchodzącego krążka i przyznam, że był całkiem niezły. Warto będzie czekać na całość. Na koniec niestety heretyków stos nie zapłonął, jednakże tłumnie zgromadzonych pod sceną całkowicie zadowoliła „Ofiara”. I było to dobre, ba! Wykurwiste! Bloodthirst po raz kolejny udowodniło, że na żywo są nie do zdarcia.

Po tym mocarnym ciosie człowiek powinien obowiązkowo się napić, ale wiedziałem, że kolejki po piwo będą nieludzkie, więc wolałem trzymać moje miejsce, blisko sceny, bo z zaledwie parominutowym przesunięciem na scenę wkroczył cvlt eternal w postaci Rotting Christ.

Rozpoczęły się rytuały… i zostałem wdeptany w ziemię. Sakis wraz z resztą ekipy robili z publiką, co tylko chcieli przechodząc z czystego klimatu, przez szatańskie hymny, aż po potężny, energetyczny wpierdol zaś tłum pod scena jadł im z ręki, w szczególności chętnie odpowiadając na wezwania Sakisa do nakurwiania w moshpicie. Jak można było nie słuchać? A było przy czym oddawać cześć Szatanowi. Kapela zafundowała piękny przebieg po swojej dyskografii racząc zgromadzonych w Firleju szeregiem wybornych szlagierów, wśród których piszący odnotował „Granids Spiritus Diavolos”, „The Sign of Evil Existence”, „Apage Satane”, „The Forest of N’Gai”, a także przyjebali przewykurwistym strzałem w postaci coveru Thou Art Lord „Societas Satanas”. Warto tu wspomnieć, że entuzjazm publiki był tak duży, że podczas crowdsurfingu jakiś typ sieknął w statyw mikrofonu, który to przywalił Sakisowi w zęby (co ten dość mocno odczuł). Ale wiadomo, black metal to wojna, więc przerywania występów nie było, tylko nastąpił srogi odwet w postaci „Noctis Era”. A następnie bisy. Najpierw rozbujano gawiedź odegraniem „666”, by zakończyć niszczącym, prawym prostym na pysk w postaci wyczekiwanego „Non Serviam”, gdzie entuzjazm publiki osiągnął apogeum.

Gdy było już po wszystkim zorientowałem się, że jest raptem godzina… 22. Dziwnym jest, bo spodziewałem się, że rytuały będą trwać przynajmniej do około północy. Choć nie ukrywam, że z drugiej strony złe to nie było, bo co po niektórzy mogli zdążyć jeszcze na ostatnie autobusy lub pociągi. Najważniejszym jednak jest, iż sztuka tego wieczoru odbyła się znakomita. Gnijący Chrystus pokazał, że wciąż gnije w najlepsze nie tracąc nic ze swej mocy, zaś publika je mu z ręki.

Zajebisty koncert to był, kto się nie stawił ten dupa. Byle do następnego gigu!