Intencja była szczytna – zapobiec europladze poprzez pokazanie ludziom, że można bawić się inaczej. Lepiej. Bez szalików, głupich czapek, trąbek i biało-czerwonych koszulek. Że w okresie EURO istnieją inne rozrywki niż chlanie piwska przed telewizorami. Dla mnie było to logiczne. Niestety, niewielu takich się znalazło.

Mowa o mini trasie pod nazwą Rotten Aura Over Euro 2012, która objęła trzy miasta południowej Polski. Szczerze mówiąc, myślałem, że w tak wyposzczonym mieście jak Rzeszów, w piątkowy wieczór zjawi się więcej osób. Zwłaszcza, że polska reprezentacja, która tradycyjnie dałą dupy, nie grała w ten dzień meczu. O, jak ja się myliłem. Zawiedli wszyscy moi znajomi, przedstawiając mądrzejsze lub głupsze wymówki, albo nawet się na nie w ogóle nie siląc, tylko po prostu olewając. Cóż, ich strata. Ja tam się stawiłem w Od Zmierzchu Do Świtu jako jeden z pierwszych. Jak się okazało potem, nielicznych.

Pierwszym zespołem tego wieczoru był lokalny Dehumanize. Dawno ich nie słyszałem, pewnie z trzy albo cztery lata. Cóż, kolesie rżną ostro pod Marduk (pomijając fakt, że to ksywa jednego z muzyków, haha!) albo Dark Funeral – czyli szybki i bezpośredni black metal z siarczanym posmakiem. Mogło się to podobać, niestety moim zdaniem atmosfera nie sprzyjała – ludzi było mało, ci co byli, bardziej zajęci byli konwersacją niźli aktywnym uczestnictwem w koncercie, to z kolei przełożyło się chyba na sam zespół. Dehumanize po prostu odegrało co swoje i zeszło ze sceny. Nie było źle, ale przy okazji ich koncertu sprzed kilku lat podobało mi się chyba bardziej. Z drugiej strony fajnie, że kapela się przebudziła z drzemki, żeby zbyt nudno w Rzeszowie nie było, hehe.

Po koncercie Dehumanize zaopatrzyłem się w kolejne piwko i usiadłem w loży, no ale w telewizji oczywiście musiał lecieć mecz. Nudy, poza kilkoma znajomymi, którzy w międzyczasie znaleźli się w klubie nie było w zasadzie wiele więcej osób – na moje oko, cały koncert widziało może z czterdzieści osób. Ale pozostawmy statystyki, bo na scenę weszła kolejna kapela. Jako, że początek ich koncertu upłynął mi na jakiejś browarczanej pogawędce, nie byłem do końca pewien, kto zacz. Dopiero po koncercie się dowiedziałem, że było to Regicide Decease, jedynie bez Xaosa Obliviona, który położył lachę z takich czy innych powodów na ten koncert i nie pojechał. Nie wiem, podobno kapela sporo bez niego traci (tak powiedziała mi jedna osoba siedząca „w temacie”) i niestety podczas piątkowego koncertu było to słychać. Panowie (i jedna pani, nawet sam nie wiem, skąd się tam wzięła, podejrzewam, że wcześniej czy później ktoś mi wytłumaczy cały ten zamęt) zagrali tak, jakby brakło im jaj. Po prostu. Zastępczy wokalista w ogóle sobie nie poradził, brzmiał zbyt miękko, cała muza w ogóle mnie nie porwała. Mieszanka death metalu z thrashem, którą zaproponowało nam Regicide Decease po prostu mnie wynudziła na tyle skutecznie, że ostatnie takty doleciały do mnie, ale ja znajdowałem się już pod barem.

Kapela numer trzy to Hell United, którzy ostatnio byli dość aktywni koncertowo. Na dniach ukaże się (albo już się ukazał, gubię się już w tych wszystkich datach) nowy krążek Tarnowian i szczerze mówiąc, jestem zaciekawiony, co zespół pokaże. Nigdy nie byłem ich die hard fanem, ale ostatnia Epka wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. Niestety, początkowo (przez pierwsze trzy, cztery numery) kapela miała totalnie zjebane brzmienie, dopiero w kilkunastu minutach ktoś się obudził i pokręcił tak jak należy. No i wówczas już można było posłuchać bluźnierczego black/death metalu podanego na istnej kurwie! Zaprawdę powiadam Wam, mocne to było uderzenie, skondensowane i blasfemiczne, chwilami trącące Azarath, a kiedy indziej choćby Incantation. Nie pamiętam czy i ile ewentualnie nowych utworów przedstawili chłopcy, bo jak już nadmieniałem, nie ciąłem się przy nich od zawsze, a nowego albumu nie znam. Przyznam jednak, że pod koniec trochę mi się już dłużył ich gig, myślę, że spokojnie mogli go skrócić o jeden – dwa numery. Ale żeby nie było, że narzekam, Hell United zagrali bardzo sprawnie i reasumując – podobało mi się.

No i ostatnia kapela, Szwedzi z Intetsinal. Tych panów to ja akurat znam, bo i „Human Harvest” i „The Rottening” mam w swojej kolekcji. I chwalę sobie ten ich staroszkolny death metal na szwedzką nutę. Kolesie sprawiali wrażenie może trochę zdezorientowanych na początku (może spodziewali się większej freknwencji), ale gdy weszli na scenę przemienili się w klasycznych rzeźników. Osobiście – bardzo mi się podobało. Na tyle, że poszedłem pomachać sobie łbem pod sceną, wraz ze mną może z pięć – sześć osób. Łbem machało się mi przyjemnie, bo i alkohol już w żyłach krążył ochoczo, i muzyczka grała żwawo. Mimo że typów było pięciu to jakoś pomieścili się na deskach rzeszowskiego klubu. Kawałki leciały zarówno z debiutu jak i jego następcy, wokalista wyrzygiwał z siebie co mu tam na otrzewnej leżało, miotając wzrokiem dziko po nielicznie zgromadzonych. Nawet się przez chwilę jeszcze goręcej zrobiło, albo to tylko mnie się tak wydawało. Nieważne, faktem jednak jest, że chyba i kapela i zgromadzeni death metalowi melomani byli zadowoleni. Brzmienie goście mieli adekwatnie ciężkie, co prawda jakiś jeden typek rzucił przez ramię (a ja przypadkiem zasłyszałem), że wyglądają jak kloszardzi a nie death metalowa kapela, ale co on się spodziewał, gości we frakach, hehe? Zresztą, zapewne dziura na koszulce wokalisty miała mu tylko umożliwiać wygodniejsze gmeranie w pępku, haha! Bardzo fajna, brutalna sztuka, by zakończyć tą niedługą relację.

Mnie ten koncert się podobał, choć niestety nadgniła aura death metalu przegrała z zapachem przepoconych ciał piłkarzy. Trudno. W Krakowie było nie wiele lepiej, a należy wziąć jeszcze poprawkę na zaludnienie obu miast. Inna sprawa, że w Rzeszowie chodzi się tylko na koncerty kolegów, a nie na jakieś obce zespoły, do tego jeszcze zagraniczne, tfu. Ja nie żałuję całych dziesięciu złotych które w pocie czoła odłożyłem na ten gig. A jak następnym razem ktoś ominie Podkarpacie z koncertem, będzie to tylko wina tych, co nie byli. Kropka.