Na wstępie chciałem napisać, że popieram każdą inicjatywę tworzenia małych lokalnych „undergroundowych” koncertów, często w miejsach poza tak zwanym głównym obiegiem imprez, tras kapel po kraju itp. U nas w Lublinie jak pewnie większość wie, takim klubem jest Graffiti. Jedno miejsce i do niedawna monopol na większe metalowe spędy. Oczywiście mamy Thrash Attack, który już dwadzieścia parę edycji ma za sobą, organizowany to w raz lepszej raz gorszej lokalizacji. Najczęściej w barach czy lokalach gastronomicznych o gabarytach mogących pomieścić zespół i małą widownię.

Teraz także Ramzes Pub (czy jak kto woli „Cafe Ramzes” mimo, że chyba ostatnią kawę, kupił ktoś tam dekadę temu) zaczyna mocno wchodzić z buta w to niewielkie poletko spędów spod znaku ciężkiego grania. Zapowiedziane zostały od razu 3 koncerty, w tym pierwszy otwierający sezon – całkowicie za darmo. Żyć nie umierać!

Teraz będzie trochę negatywów.

No dobra, przesadzam… będą same negatywy.

Mój Januszowy zmysł powinien odezwać się na samym początku na dźwięk stwierdzenia „darmowy koncert”. Zamiast zastanawiać się gdzie jest pies pogrzebany, złapałem się na haczyk – niczym użytkownik sieci orange na darmowe minuty. Cztery młode zespoły jak czterech jeźdźców Apokalipsy. Tego dnia co się zobaczyło i usłyszało już się nie od zobaczy i nie odsłyszy…

Ale po kolei.

W sumie pierwsza załoga była jeszcze w miarę. Taki poziom przeglądu muzycznego „staś”. Niby truszkie metalu z lekka szczyptą hardkoru, czy nu metalu, w sumie chyba sama kapela do końca nie wiedziała co chcą grać. Machine head i Pantera to raczej to nie było. Mieliśmy co prawda podskakującego w konwulsjach wokalistę, który chciał w tych 6 metrach kwadratowych (tak tyle mniej więcej miała sala) rozpętać pogo i piekło na ziemi. Brakowało niestety selektywności i brzmienia. Gitary były za cicho, stąd nie mogę powiedzieć, czy riffy miały jaja. Wszystko to miało ekstremę na poziomie debaty studentów socjologii drugiego roku. Ja wiem, że jeśli chodzi o brzmienie to nie ma czego oczekiwać po murowanej piwnicy bez akustyki czy co gorsza wentylacjo-klimatyzacji.

OK. Piekło było, ale nie przez klimat muzyki a raczej przez brak tlenu. Na szczęście knajpa oferowała przeróżną gamę napojów chłodzących bez których w przypadku takiego koncertu nie szło się obejść. Jednak na to co miało nadejść w następnej kolejności, nie przygotował nawet spory kielonek czystego spirytusu…

Po zejściu z desek pierwszej kapeli zaczęła instalować się „gwiazda wieczoru”. Nazwałem tak pieszczotliwe następny zespół, ponieważ faktycznie mieli największą publikę, czy raczej najwięcej oddanych fanek, z których przynajmniej połowa mogłaby spokojnie trafić na stronę „zły gotyk boli całe życie”. Pół sceny zajęły podwójne klawisze, których nawet Jean Michel Jarre by się nie powstydził. Powoli nastrajał się 5 czy tam 6 strunowy bass, i dwie gitary. Do tego jeszcze 2 gardła, duet męsko damski i perkusista, który mieści się w kieszeni.

Ten skład zaserwował nam przepyszny posypany lukrową watą „techniczny power symphonic metal”. Ja rozumiem, że można czasem do jakiejś czarnej loszki przybajerować znajomością Nightwish czy Tristanii… ale nie sądziłem, że jakaś kapela – całkiem na poważnie w 2017 roku będzie tworzyła tego typu dźwięki. O wy bezduszni, pozbawieni sumienia oprawcy. Czułem się jakby mi 10 tonowy kloc spadł na głowę. Było w tym trochę coś z perwersji, jak w przypadku oglądania filmów pokroju „120 dni Sodomy”, Passoliniego. Chciałem uciec, ale mnie wmurowało. Oprzytomniałem dopiero w momencie, gdy wcześniej wspomniany brak tlenu zaczął niczym czeska sauna działać na podwójnych obrotach.

Przez sporą część koncertu, impreza przenosiła się z klubu pod klub, i tam jak to zwykle bywa tłum raczył się złocistym trunkiem i wymieniał spostrzeżeniami, anegdotami czy przypadkowymi nie wnoszącymi nic do rozmowy zdaniami. Znalazłem tam też sporą ilość znajomych, więc nie mogę powiedzieć, żeby sobotni wypad był całkiem spisany na straty. Stwierdzę, że bawiliśmy się na zewnątrz całkiem dobrze.

Nagle coś mnie pokusiło, żeby zejść do otchłani i zobaczyć trzecią przedostatnią już kapele. I tutaj albo alkohol mocno już zaczął fermentować mi w trzewiach (pozdrawiam piwo „Ciężki Ładunek” idealnie nadające się na tego typu okazje), albo faktycznie nie było, aż tak źle. Dostaliśmy lekko sludgowy temat z mocno współczesnym brzmieniem. Koszulka wokalisty sprowokowała mnie do nazwania kapeli mianem takiego Tool-a z Lubartowa. Bardzo szybko jednak stojący obok kolega sprowadził mnie na ziemie mówiąc: „Ej Tool-a to ty nie obrażaj”. Samemu zespołowi udzielił się dość mocno sielankowy klimat festynu, bo zaczęli organizować między kawałkami różnego rodzaju konkursy gdzie można było wygrać ich materiał. Nie wiem czy wszyscy tak mają w Lubartowie, ale było to dość zabawne. Nawet mi udało się wygrać ich demo. Dlatego nieobiektywnie napiszę, że był to najlepszy z zespołów tego wieczoru, choć nie jest to żaden komplement.

Ostatnią kapelę przemilczę. Nawet nie da się tego opisać. Muzykę może jeszcze, podobnie jak w przypadku pierwszego zespołu, dałoby się tolerować, ale prezencja sceniczna wokalistki była mocnym strzałem w potylicę. Wyobraźcie sobie kreacje na miarę ekstremalnych wokalistek takich jak Avril Lavigne z odrobiną nonszalancji w klimatach gothic lolita. Nie pozostało nic innego jak skoczyć w taneczne pogo i trochę potrolować pod sceną krzycząc więcej diabła… Na szczęście udało mi się uciec przed zapowiadanym na bis – coverem Slayera, tego moje uszy mogłyby już nie wytrzymać.

Podsumowując sobotni spęd był ciekawy. Mam nadzieję, że Ramzes Pub nie przestanie organizować koncertów, i dostaniemy jeszcze, trochę może odrobinę na większym poziomie, wykonawców. Z drugiej jednak strony, na codzień nie widzi się takich wynalazków i tylko można sobie wyobrażać co popycha młodzież do takich pomysłów i skąd czerpią wzorce.

RODZICE UWAŻAJCIE NA NIEBIESKIEGO WIELORYBA.