Rebellion Tour vol. III: Hate, Vedonist, Pyorrhoea, Banisher, Gnida; Rzeszów, Klub Wytwórnia; 7.11.2013

hYldOstatnio na koncercie w Rzeszowie byłem, chyba jak sobie go sam zorganizowałem, hehe. Tak coś mi przynajmniej świta. Fajniejsze rzeczy omijały Miasto Wielkiej Cipki, więc posucha tu była straszna. Miłym akcentem okazała się trasa Rebellion Tour III. Postanowiłem się więc wybrać do Klubu Wytwórnia (dawniej znanego jako Live).

Po przebyciu błot, które można by porównać z ostępami Luizjany (w końcu miasto wojewódzkie, nie?) stawiliśmy się z Efem w klubie. Przyznam, że liczyłem na większą frekwencję już na sam początek – widać było, że wypadło pod tym względem jednak kiepsko. Szczęśliwie było parę znajomych twarzy, parę odświeżonych znajomości więc – źle nie było. A teraz, o muzyce.

Kapelą, która otwierała całość była brzmiąca swojsko Gnida. To je proszę państwa taki twór, co to złożony jest z czterech muzyków, bodaj kojarzonych ze sceną krakowską. Muzycznie był to brutalny death metal wymieszany mocno z grind corem (co objawiało się głównie w krótkich kilkusekundowych ejakulacjach nakurwu, ale dłuższe też mieli. Intro mi się podobało za to u chłopaków – dzwoneczki kościelne, hehe. Panowie wskoczyli w białe stroje laboratoryjne, jeden schował się za perkę, drugi był po prostu chudy, ale z brzuchem – ot, cały image. Mimo nawoływań, pod scenę nikt nie zaglądnął, wszyscy obserwowali z oddali, z lóż lub spod baru. Dużo piosenek mieli o rzyganiu, więc może ludzie się bali, że jeszcze jakiś dodatkowy performance będzie ich czekał, jeśli podejdą zbyt blisko, hehe… Kilka razy bujnąłem głową, ale żeby się w tych dźwiękach zakochać, to nie.

Po Gnidzie miał zagrać Banisher, mający swoje korzenie w Rzeszowie, ale nastąpiła jakaś zmiana i drugim zespołem czwartkowego wieczoru była powracająca do koncertowania Pyorrhoea. Lubię ich pierwszy krążek bardzo, drugi trochę mniej, ale też jest niezły, zaś trzeciego – najnowszego jeszcze nie słyszałem. A to właśnie z „I Am the War” poszło najwięcej kawałków – zaczęli złożonym z trzech numerów kombosem z tego krążka. Bardzo miłe uchu death/grind’owe nadupczanie, podobali mi się bardziej niż poprzednicy. Ale pod sceną nadal było pusto. Dodatkowo, po którymś numerze spierdoliła się gitara, przez co jeden utwór słychać było tylko wokal i perkę – bywa. Jak się już naprawiło, to kontynuowali swoje dzieło zniszczenia. Może zniszczenie to za dużo powiedziane, ale muzycznie kilka plaskaczy w ryło sprzedali. Dorzucili też cover Niemców z Blood, ale chyba mało kto rozpoznał tę kapelę. Pod scenę zaś nadal echo.

Trochę więcej ludzi zeszło się dopiero na Banisher. Hmmm… co by tu powiedzieć… Nie lubię takiej muzyki na koncertach. Co innego posłuchać takiego technicznego death metalu w domu, choć i to nie zdarza mi się często. Na koncercie zaś się kurewsko wynudziłem. Czterech typów na scenie, gitarzysta łamał sobie kości paliczków na gryfach, basista brzdękał, perkusista mało sobie rąk nie poplątał łupiąc na swoim zestawie, a wokalista świniakował. A ja siedziałem i ziewałem. Dobrze, że nie połknąłem ludzi ze stolika niżej. Nie czaję takiej muzyki na koncertach, zespół mnie nie porwał, bo był za bardzo skupiony na poprawnym odegraniu swoich partii. A co grali? Nie wiem, an pewno sporo rzeczy z nowego krążka – świeżutkiego, którego jeszcze nie odsłuchałem. A na sam koniec odegrali cover… był nim patent z programu „Benny Hill”. Cóż, o ile pamiętam, to wówczas zawsze podczas tej melodii bardzo szybko biegają, teraz zaś ludzie patrzyli zdziwieni. Ale nie mogę powiedzieć – kilka osób ruszyło pod barierki podczas koncertu Banisher.

Po tym zespole Efowi puściły nerwy i się ewakuował. Ja twardy jestem i zostałem, zwłaszcza że scenę zaraz przejąć miał Vedonist, który to z kolei lubię oglądać na żywca. Warszawiaków widziałem niedawno całkiem w Bielsku Białej i powiem tak – w czwartek w Rzeszowie było również bardzo dobrze. Chłopaki zagrali chyba ten sam set co wówczas (czyli sporo kawałków z ostatniej płyty), ludzi pod scenę też podeszło trochę więcej. No i dobry ten wokal nowy jest, heh – gość wie jak se z publiką pogadać, żywiołowy taki, aż ludzie chcieli rozkręcić jakiś młyn pod sceną, ale z uwagi na niewielką ilość chętnych wyszedł młyneczek tylko. Było też ogłoszenie parafialne, że można wrzucać kasę do puszki przy merchu (chyba nie muszę mówić w jakim celu), ale nie wiem, jak tam z odezwem na tę zbiórkę. Vedonist zagrał bardzo fajnie i sprawnie. Lubię ich oglądać, więc mam nadzieję, że to nie był ostatni raz.

No i Hate. Dawno nie grali, nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz zaglądnęli na podkarpacką ziemię. Ale miło, że się pofatygowali. Miło też, że zrezygnowali z sukienek na rzecz lepiej wyglądającego outfitu. Podczas ich koncertu to nawet i ja podszedłem bliżej sceny, by pomachać łbem. Cóż mogę powiedzieć – mnie się podobało, choć słyszałem i zdania odrębne. Nie znam ich ostatnich dwóch płyt i szczerze mówiąc, liczyłem raczej na starsze numery – z „Awakening Of The Liar” czy „Anaclasis” (wiem, że o prehistorii w stylu pierwszych albumów mogę niestety pomarzyć), ale wiele ich nie było. Mimo wszystko – muzycznie koncert wypadł naprawdę bardzo dobrze, idealnie odegrane numery (a przynajmniej, te które znam) sprawiły, że trochę człowiek pokrzyczał, pomachał diabełkiem i ogólnie całkiem nieźle było. Brzmienie kapela miała też dobra, Daniel kręcił gałkami sprawnie i z wyczuciem, jakby trenował na Jennie Jameson, hehe. Szkoda, że Hate na scenie jest trochę niezbyt ruchliwy, bo wtedy mogłoby wypaść jeszcze lepiej, a Adamowi też niespecjalnie wychodziło zachęcanie ludzi do napieprzania podczas ich występu. Może byli zdegustowani niską frekwencją? Pewnie tak, ja przynajmniej byłem i się im wcale nie dziwię, z drugiej strony metaluchy niechętnie chodzą na koncerty w miejsca, gdzie browar kosztuje osiem zyli.

Reasumując – ja po części wybrałem się na ten koncert z powodów czysto towarzyskich, by spotkać znajomych, ale również byłem ciekaw, jak wypadną Pyorrhoea, Vedonist i długo nie widziany Hate. Zespoły, które mnie interesowały wypadły dobrze lub bardzo dobrze, znajomych spotkałem, piwa się napiłem – można powiedzieć, miło spędziłem czwartek. Mam nadzieję, że coś się jednak będzie działa w tym mieście, bo inaczej te ostatki metalowców, którzy się tu ostali zdechną z nudów.

Autor

9908 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *