Niewiele jest polskich zespołów, które zagwarantują zapełnienie polskich klubów frekwencją zbliżoną do składu ilościowego Sejmu RP. Niedawno do Rzeszowa zawitały dwie takie kapele. W towarzystwie innych, niezgorszych aktów. A całość miała nazwę Rebellion Tour II.

Tegoroczna edycja trasy z przystankiem w Rzeszowie odbyła się w klubie Live – tancbudzie stawiającej na zgoła inną publikę niż przeciętny śmierdzący metalowiec. Niemniej jednak, po tym co usłyszałem w czwartkowy wieczór, zawiedziony wyborem nie byłem. Z jednym wyjątkiem – jak będę chciał płacić osiem zyli za browara to pójdę na podryw do Victorii czy innego Marriota. Ale nic tam. Dla mnie koncert rozpoczął się dwie godziny później niż dla innych, gdyż spóźniłem się na dwie pierwsze kapele – włoski Nerve i nasz rodziny Nammoth. Zwłaszcza do tych drugich nie mam szczęścia, bo notorycznie nie mogę na nich zdążyć. Pewnie ich obejrzę dopiero, gdy będą gwiazdą wieczoru, hehe. Tak czy siak zdążyłem na Vedonist, konkretnie na połowę ich setu, z czego nie byłem zadowolony, bo akurat ten zespół lubię tak muzycznie jak i personalnie. Widziałem więc jedynie może z ostatnie cztery kawałki. Ale to mi wystarczyło by przekonać się, że chłopaki są coraz bardziej profesjonalni w tym co robią. Z lekko zmienionym składem na deskach Live pokazali kawał technicznego death metalu. Co najważniejsze – warunki brzmieniowe w końcu pozwoliły na porządne delektowanie się ich muzyką z dobrym brzmieniem. Powiedziałem z dobrym? Z zajebistym! Rzadko kiedy słyszy się tak profesjonalny sound! No i sam zespół dokładał starań, by podobało się publice – nie było to trudne zważywszy na fakt, iż w szeregach Vedonist zagościł nowy wokalista, którego co poniektórzy mogą kojarzyć z Frontside. Na sam koniec Warszawiacy uderzyli z nowym numerem – bardzo agresywnym i szybkim. Będzie się działo na nowym krążku.

Okej, Vedonist zszedł ze sceny, na niej zaś zaczął się instalować zespół, dla którego to przede wszystkim wybuliłem ciężko zarobione pięć dyszek (prawie) – Christ Agony. I niestety, sądząc po reakcjach w większości młodocianej publiki – byłem jednym z nielicznych. A błąd, bo i ostatni krążek Cezara i kamratów jest genialny i sam zespół przezajebisty. Dlatego też sam koncert nie mógł być kulawy. I nie był. Choć szczerze mówiąc, ludzie którzy stali pod sceną byli jak manekiny albo inne posągi. No ale chrystusowy black metal nie jest tak popularny jak choćby Marduk, trudno. Zaś Christ Agony wypadło naprawdę świetnie – w ich kawałkach wymagających naprawdę kunsztownego odegrania nie zauważyłem ani jednej wpadki. Wiadomo, wokale Cezara nie zawsze wypadały tak jak na krążku, ale w miejscach, gdzie mógł narobić kaszany śpiewał zwykłym blackowym głosem i już. Trio skupiło się głównie na „Condemnation”, co mnie cieszyło, ale i nie zabrakło „Mephistophel” czy „Moonlight”. Ponadto z muzyką bardzo fajnie komponowała się gra świateł, dając bardzo pozytywne wrażenie. Tylko ludzie dalej stali jak te ciołki. Ich strata, a Christ Agony rządzi.

Przedostatnim zespołem tego wieczoru był warszawski Hate. Po dość długim strojeniu się – dosłownie i w przenośni, zrobieniu oka i reszty mejkapu grupa wyszła na scenę. Zespół, który osobiście cenię wysoko, co podkreślam. Jednakże Hate widziałem już przysłowiowe X razy, w miejscu tym pozwolę sobie więc na małą dygresję, odsuwając muzykę na plan drugi. Ja rozumiem, ze większe spędy przyciągają więcej ludzi, przez co średnia debili pośród publiki również wzrasta. Ale pierwszy raz dane było mi widzieć, że do piosenek opiewających antychrześcijańskie nastawienie skakał kurwa idiota z krzyżem wczesnochrześcijańskim na szyi i koszulce 2TM2,3. Dodatkowo na siłę szukał kolegów, co nie skończyło się dlań dobrze, ale zębów nie zbierał z podłogi – jedynie dlatego, że na Sali brakło kilku prawdziwych ekstremistów. Szkoda. Zapraszam tego kolegę na Czarną Sobotę 30 października – niezapomniane chwile będzie miał gwarantowane. Ciekawe też jak czułby się Adam, wiedząc że jakaś boża owieczka bawi się w najlepsze do takiego „Hex” na przykład. Będę miał okazję to niechybnie zapytam. A sama muzyka – jak zwykle na poziomie profesjonalnym, oczywiście numery z ostatnich trzech krążków plus jakaś nowość z nachodzącej płyty „Erebos”. W ramach dygresji dorzucę jedynie spostrzeżenie, iż Hate podąża śladami Vader i Behemoth, nie tylko jeśli chodzi o promocję, ale i w takich kwestiach jak szczegóły występu. Nergal ma na statywie gwiazdę chaosu? Peter pentagram? To Adam ma omegę. Czy to dobrze, czy źle – w zasadzie wali mnie to, ważne że muzycznie się bronią. Do wysokiego poziomu Hate chyba każdy jest przyzwyczajony, nie będę Was już więc nudził moimi zgryźliwymi uwagami.

Ostatnia kapela. Już różne przymiotniki słyszałem o Decapitated, łącznie z „legendarny” albo nawet „kultowy”, choć to ostatnie w mediach niezwiązanych z metalem. Mnie ich muzyka nigdy jakoś głębiej nie pociągała, nie stałem się nagle ich fanem po śmierci Vitka, ale i nie znienawidziłem ich, jak to zapewne w kilku przypadkach było. Fajnie, że wrócili, bo „Organic Hallucinations” było dobrym krążkiem, na którym w końcu starali się uwolnić od natrętnego pseudonimu „dekopiwejder”. No i zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby nie wypadek, nie przyciągnęliby tyle osób na trasę, zresztą sam też byłem ich ciekaw. Dobra, po dość długim strojeniu się, wyszli na deski klubu Live – w miejsce Vitka gość o ksywie Krimh, zaś Covana zastąpił Rafał Piotrowski z Ketha. I rozpoczęli set, który oglądałem z idealnej dla mnie odległości – wysokości baru. Zresztą, tamże najlepsza słyszalność była i widok znakomity na wszystko co się działo na i pod sceną. Cóż, Decapitated zagrało dobry, równie profesjonalny co pozostałe kapele koncert. Techniczny death metal, który podobał się zgromadzonej w klubie młodzieży. I mnie też się ich miło słuchało, jednak bez erekcji. Ciekawostką był na pewno gościnny udział Seth’a i wspólne odegranie coveru… Behemoth. Z gadką do publiki „wiecie, czego potrzebuje Nergal? Oddawajcie szpik, bądźcie dawcami…” czy jakoś tak. Cóż, wychodzę z założenia, że każdy sam wie, czy chce czy nie chce być dawcą i nawoływanie do tego uważam za niepotrzebne. Daleki jednak jestem, by to krytykować, bo szczęśliwie sam ani nie musiałem nigdy do tego namawiać, ani być zdanym na czyjąć pomoc w tym temacie, czuję się więc niekompetentny do wartościowania konferansjerki. Ale wracając do meritum, koncert był poprawny, bez słabych momentów i fanom na pewno się spodobał. Ja doceniam wolę i pasję chłopaków, by ciągnąć to wszystko dalej, zaś uważam, że klasę potwierdzi dopiero nowa płyta Decapitated.

Hmm… patrzę na tą relację i widzę, że w zasadzie bardzie wyszła mi z tego rozprawka filozoficzna niż relacja z koncertu, hehe. No ale o Hate pisałem 666 razy, podobnie o Vedonist, jedyną nazwą która mnie przyciągnęła do Live było Christ Agony, zaś w przypadku Decapitated chodziło raczej o ciekawość. Dobrze, że ludzie dopisali, wśród nich co prawda i półgłówki, ale cóż. Na poklask zasługuje na pewno organizacja całości koncertu i pewie całej trasy – od punktualności, przez brzmienie po takie banały jak na przykład merch. Dla Massie Managment rośnie konkurencja. Ogólne wrażenie z koncertu, dla tych którzy od razu przeskoczyli do zakończenia przydługiej relacji – jak najbardziej pozytywne.


Zdjęcia udostępniła nieoceniona MaG. Więcej jej fotek  – tutaj.