Jak to było w „Pamiętniku Kindermetala”? „Koncerty są ważną sprawą w życiu każdego metala, a że ja jestem metalem, to chodzę na koncerty i to metalowe.”. Hehe, w niedzielę 20 maja 2007 i ja miałem więc ku temu sposobność, bo w rzeszowskim klubie Rejs przystanek zrobili sobie uczestnicy Rebel Angels Tour, czyli Sammath Naur, Crionics, Darzamat i Hate. Zwłaszcza tych ostatnich chciałem zobaczyć znów na żywo, więc urwawszy się z zajęć, przybyłem ze stolicy Małopolski do stolicy Podkarpacia, by oglądnąć zespół ze stolicy Rzeczypospolitej. Ot, włóczykijizm i poniewieractwo, hehe…

Gdy z redaktorem Choronzonem raczyliśmy byli dotrzeć do przybytku na ulicy Mickiewicza ogarnęło nas niemałe zdziwienie, gdyż Rejs pękał w szwach, zawalony ludźmi jak pociąg na Syberię za czasów Stalina. Tylu osób nie widziałem tu bodaj od koncertu Internal War i Iperyt. Taka frekwencja na koncercie w Rzeszowie to naprawdę sukces, zwłaszcza, że na niedawnych koncertach Cremaster czy Stillborn publiki było o wiele mniej. No ale Crionics czy Sammath Naur cieszą się popularnością wśród blackowej młodzieży, a i co poniektórzy, jak ja, na Hate zawitali. Ba, byli i tacy, których do Rejsu przyciągnęła nazwa Darzama (redaktor Diabolek z pewnością wie o kogo chodzi, hehe;-) ). Dlatego też nie dziwota, że Rejs był napakowany jak Pudzianowski.

Po szybkim uzupełnieniu płynów przy barze, udaliśmy się na salkę, bo właśnie zaczynał się produkować Sammath Naur. Tłok spowodował, że nie dało się oddychać, było duszno, lecz niestety nie było porno, bowiem muzyka Bydgoszczan nie działa na mnie pobudzająco. Nie podchodzi mi ona ani z płyty, ani na żywo. Było niemrawo i bez przekonania. Poszedłem pod scenę, mając nadzieję, że tam będzie lepiej. Ale gdzie tam. Mi się oni mogą nie podobać i może to mieć wpływ na moją ocenę koncertu, ale nawet osoby, które jarają się „Self-Proclaimed Existence” też nie były zachwycone, gdy recenzowały mi krakowski występ. Tak więc Sammath Naur do końca nie oglądnąłem. Wybrałem zimne piwo przy barze ze znajomymi.

W tym momencie mam zagwozdkę, gdyż nie pamiętam, czy drugi w kolejności był Darzamat, czy Crionics, ale zdaje mi się, że to byli chyba Ci drudzy. Ekipa z Krakowa ściągnęła pod scenę sporo osób. Ja tam nie wiem, ale autorzy mającego ukazać się na dniach „Neuthrone” nie wprowadzili mnie w stany ekstatyczne. Fakt, mogę posłuchać od czasu do czasu ich krążków i nie mam przy tym większych oporów. Koncertowo widziałem ich chyba już trzeci raz i mogę powiedzieć, iż grają solidnie, na chwilę nawet poszedłem w młyn na ich sztuce. Ale niestety nic ponadto, żadnych fajerwerków. Z ich gigu nie zapamiętałem żadnych utworów, żadnych szczegółów, po prostu było – minęło. Waran i spółka pograli, pograli i zeszli ze sceny. Trochę więcej niż przeciętnie, trochę mniej niż świetnie. Ot, po prostu dobrze.

Następny na deski Rejsu wszedł Darzamat. Tak, zespół, którego ostatnią płytę wyprodukował Andy Larocque. Podkreślam – Andy Larocque. Andy Larocque. No dobra, jestem upierdliwy i ale denerwuje mnie, gdy na każdym kroku podkreśla się wszem i wobec, kto wyprodukował „Transkarpatię”. Okej, można zrobić taką naklejkę na pudełko, ale gdy tylko jest mowa o dokonaniach tego bandu, trzeba obowiązkowo powiedzieć, że producentem płyty był Andy Larocque. Poza tym uważam, iż jest to krzywdzące dla samego zespołu – tak jakby to on pisał im całą muzykę i teksty i jeszcze to potem odgrywał w studio i na koncertach. Ponarzekałem, teraz przejdźmy do meritum. Ekipę Flaurosa widziałem już raz, ale to było na dużej scenie Spodka, a nie w małym klubie, jak teraz. Jednak Darzamat nie zawiódł i tym razem. Zagrali bardzo dobrze, mieli najlepszy kontakt z publiką ze wszystkich kapel i to nie z tego powodu, że tamci nie mieli w składzie pięknej kobiety. Po prostu nie ograniczali się do trywialnego „Hej Rzeszów!”. No i muzycznie też było na czym ucho zawiesić. Darzamat skupił się przede wszystkim na „Transkarpatii”, płycie nagranej przez Wiadomo Kogo, hehe. Agresywna, acz melodyjna muzyka, do tego zmysłowy wokal Nery w duecie z Flaurosem wystarczyły, by wywrzeć na mnie większe wrażenie, niż dwie wcześniejsze kapele. Duże brawa!

Ostatni wykonawca tego wieczoru – warszawski Hate. Jeden z lepszych zespołów death metalowych na polskiej scenie, odnoszący też sukcesy poza granicami Trzeciej Rzeczypospolitej. Co płyta, to wiadomo, że będzie przynajmniej tak dobra, jak poprzedniczka. Na żywca obserwowałem ich już dwa razy. I powiem tak: mimo, iż każdy muzyczny element występu mają dopięty na ostatni guzik, to mi zawsze brakowało u nich scenicznego luzu. I chyba więcej dystansu Adama do samego siebie. Nie wiem, jakim człowiekiem jest osobiście, może fajny z niego gość. Ale jak widzę go na scenie z naburmuszoną miną, to wydaje mi się, że stoi tam za karę. Ja wiem, że metal śmierci do czegoś zobowiązuje, ale publika też liczy na jakiś kontakt. A Hate na koncertach jest stateczny, zimny, a jednak perfekcyjny, niczym maszyna do zabijania. Bo faktem jest, że muzycznie zrobili miazgę. Jednak rzeszowska publika po mniej więcej połowie koncertu albo opadła z sił, albo się znudziła albo sam już nie wiem, ale w każdym razie młyn odbywał się przy udziale kilku osób. No ale jeśli na scenie ruchu nie było, to czego wymagać od prostego metala, który założył nowiutką koszuleńkę Burzum i wypastował glany jak ta lala? Gdyby do morderczych utworów Hate włożył trochę uczucia, zaangażowania, to koncert byłby świetny. Bo muzycznie ekipa Pierwszego Grzesznika uderzyła głównie z numerami z „Awakening Of The Liar” oraz „Anaclasis”. Adam co prawda schlebiał przez chwilę publice, że jest super, że jest zajebiście i że specjalnie dla nas zagrają utwory z nadchodzącej płyty. Ciekawe tylko, czy rzeczywiście to Rzeszów usłyszał je po raz pierwszy, czy to był tylko „chwyt marketingowy”, hehe… A nowe utwory? Są logicznym rozwinięciem tego, co Hate zrobił na ostatnim albumie, czyli death, lecz z taką większą dozą przestrzeni, że się tak wyrażę. Zespół wystapił znów w makijażach, co jest rzadkością u deathowców. Jedni na to psioczyli, inni się zachwycali, mnie to gówno za przeproszeniem obchodziło. A faktem jest, że Adam nigdy nie oglądał się na innych. Z drugiej jednak strony, zamiast farby na gębach wolałbym ruch na scenie. Bo dobry koncert to dobra muzyka plus dobra prezentacja sceniczna. Tego wieczoru w Rejsie był obecny tylko pierwszy z wymienionych czynników.

Niestety, rzeszowski odcinek Rebel Angels Tour wypadł tylko trochę lepiej niż średnio. Sammath Naur i Crionics nie porwali mnie swoimi występami, Hate porwał mnie jedynie świetną muzyką, odegraną z zabójczą precyzją, ale bez większego feelingu, natomiast Darzamat podobał mi się bardzo. Cóż, kolejny koncert za mną, teraz niecierpliwie czekam na Blitzkrieg V, bo ten zapowiada się naprawdę nieziemsko.