Reaping Death Tour 2010 Europe; Kraków, Klub Loch Ness, 17.10.2010

Są takie koncerty, przynajmniej w moim przypadku, na które się idzie, bo akurat grają w mieście i źle bym się czuł wiedząc, że ktoś tam chwali Szatana, a mnie tam nie ma. Tak trochę z przyzwyczajenia. Ale są też takie koncerty, na które się czeka i odlicza dni. Wiem, obecnie to raczej niemodne pojęcie, zważywszy na fakt, iż można sobie takie Blasphemy na jujubie oglądnąć, albo zabić niespodziankę sprawdzając setlistę danej kapeli z wcześniejszych gigów. Niemniej jednak, dla wielu takim dość sporym wydarzeniem były dwa koncerty tria Otargos – Deströyer666 – Watain. Zebrawszy więc gromadę siedmiu osób udałem się w drogę z Rzeszowa do Krakowa, by celebrować metal w czystej jego formie. Oczywiście nad całą wycieczką czuwała Matka Boska Przenajświętsza Maryja Dziewica, troszcząca się byśmy dotarli bezpiecznie do celu. Nam się udało, ale na przykład w samym Krakowie w ten dzień jakiś koleś wjechał motorem w grupkę modlącą się pod słynnym papieskim oknem – no ale przecież się Matka Boska nie rozdwoi, nie?

Cały koncert miał miejsce w krakowskim klubie Loch Ness, miejscu w zasadzie idealnym na takie spędy – nie za dużym, nie za małym. Krótki shopping w pobliskiej galerii, każdy z nas kupił sobie jakiś lansiarski wystrzałowy ciuch i dawaj czcić Sejtana, hehe. Część od razu rzuciła się na stoisko z merchem, między innymi na limitowane winyle Deströyer 666, które schodziły jak ciepłe bułeczki. Chwila poszwendania się po klubie i na scenę wlazł francuski Otargos – opener całego koncertu. Kapela znad Loary jest mi znana jedynie z przedostatniej produkcji, której w domowym zaciszu słuchało się całkiem przyjemnie. Na lochnesowych deskach również wypadli w porządku, choć nie ukrywam, że w ich miejsce idealnie pasowałoby mi kilka innych polskich załóg. I nie wiem, czy podobnego zdania była reszta publiki, ale coś pewnie było na rzeczy, bo ich występ został przyjęty raczej chłodno. To znaczy nikt nie krzyczał, żeby wypierdalali ze sceny, niemniej jednak młyn raczej się nie kręcił, większość maniaków stała z rękami na klatach. Sam zespół też wydawał się lekko poirytowany tym faktem, bo co i rusz wokalista Dagoth krzyczał ze sceny, by ludzie ruszyli dupska. No ale daremne żale, próżny trud, jak mawiał poeta. Po około półgodzinnej dawce zespół zszedł ze sceny.

Kapela numer dwa niedzielnego wieczoru tak naprawdę dla wielu była zespołem numer jeden. Nie załapałem się na ich koncert parę lat temu w Zielonej Górze, niemniej jednak sporo sobie obiecywałem po występie Deströyer 666. Kilka chwil oczekiwania zaowocowało iście, kurewsko zajebistym metalowym show. Kwartet wyszedł na scenę i dosłownie zmiótł wszystko na scenie, pod sceną, obok sceny, nad nią i w niej. Rozpoczął się koncert totalny. Pomijając zajebiste brzmienie zespół emanował taką wściekłością, że mają mój wiekuisty szacun. K.K. Warslut to frontman pierwsza klasa. Gość grał na takim luzie, że może mu go pozazdrościć 90% metalowych grajków. Łapał kontakt dosłownie z każdym maniakiem pod sceną, a także tymi stojącymi na parapecie, a nawet w dalszych częściach klubu. Warslut to nawet miał nie do podjebania mimikę podczas odśpiewywania swoich partii. Podobnie zresztą pozostała część załogi – wyglądający na niewiniątko Shrapnel, jak i basista o najbardziej jaskiniowym wyglądzie, czy schowany za garamui Mersus. Ze sceny buchał ogień, siara, smoła i tony łańcuchów oraz gwoździ. Pod sceną natomiast nie oszczędzali się maniacy napierdalający się w pokaźnym moshpicie. Ale nie można się dziwić takiemu stanu rzeczy, bo Australijczycy przedstawili iście koncertową setlistę, wśród której więcej było szybkich metalowch wałków, mniej tych bardziej miarowych kompozycji. „Rise of the Predator”, „Black City – Black Fire”, „Trialed by Fire „, „Cold Steel…” czy jedyny reprezentant ostatniego krążka – „I am the Deceived” to tylko kilka killerów, którymi poczęstowała nas kapela. Był też „Australian and Anti-Christ” z refrenem zmienionym na „Polish”, a także podziękowania ze sceny dla Zbigniewa Bielaka. Po około 45 minutach zespół zlany potem zszedł ze sceny, ale parę setek gardeł nie dało im tak po prostu udać się za kulisy i żłopać Jacka Danielsa. Dlatego też kapela powróciła, K.K. zaś dzierżył rzeczony napój w łapie. Bez bisu zejść nie mogą, dlatego też publika z Krakowa usłyszała na sam koniec „Satanic Speed Metal” – numer diabelsko genialny jako zamknięcie setu. Kurwa, to był gig!

Dobra, spod sceny uprzątnięto zwłoki, zęby i inne członki, na scenę zaś poczęto wnoszenie eksponatów niezbędnych do kolejnego show. O Watain, a w zasadzie o ich płycie, zdarzyło mi się wypowiedzieć swego czasu niezbyt pochlebnie, jednak zdanie swe podtrzymuję – „Lawless Darkness” nie jest żadną rewelacją. Pomimo tego, albo może właśnie dlatego, ciekawy byłem jak wypadnie szwedzki band w Krakowie. Na deski pownoszono świeczniki, mięsiwo nabite na haki i inne cuda. Śmierdziało, ale klimat był, hehe. No i trzeba było poczekać chwilę, ale publice to nie przeszkadzało, zwłaszcza, że co trzecia osoba w koszulce Watain, musieli być więc cierpliwi, hehe. Jeszcze o publice – w tłumie rozpoznać można było sporo osób związanych w bardzo silny sposób z podziemiem, ale nie mało również był najebanych buraków, którzy zapewne z koncertu pamiętali nie wiele. Chuj z tym, ja im biletów nie kupowałem. Śmiesznie za to wyglądała trójka metaluszków w corpse paintach a’la early cold 90’s, haha – jakby trójka klasowa z pobliskiego gimnazjum przyszła na przeszpiegi, hehehe. Dobra, tyle złośliwości – na scenę wkroczyła inna trójka i już sam ten fakt wywołał aplauz publiczności. Buchnęły ognie (tym razem prawdziwe, bez przenośni jak u Australijczyków, hehe) w powietrze uniosła się masa gryzącego dymu. Watain zaczął grać. I pomimo że nie wzdycham do ich twórczości dość często, muszę przyznać z ręką na sercu, że ich koncert wywarł na mnie wrażenie. Ja wiem, tanie sztuczki z ogniami i wybuchami opatentowano już pińćset lat temu, niemniej jednak ja prosty jestem. Scena oblana w czeronej poświacie a na scenie E. z obłędem w oczach wyśpiewuje kolejne inkantacje. Kilka numerów zadedykował cwaniakowi, który miast tradycyjnego koziołka pokazywał zespołowi fucki, ba – cały czas starał się utrzymywać z rzeczonym delikwentem kontakt wzrokowy, póki ten w końcu nie śmignął cichcem gdzieś między tłum. Ale się będzie kolegom chwalił, nie ma co. A Watain dalej na scenie produkował zło i nienawiść, między innymi poprzez „Reaping Death”, „Sworn To The Dark” czy „Angelrape”. I jak już podkreśliłem, robił to w bardzo dobry sposób. E. w którymś momencie wyciągnął biblię, niestety ani się na nią nie odlał, ani nie podarł nawet, jeno rzucił i podeptał. Fakt, biblia też swoje kosztuje, jakby ją niszczyć co koncert zespół mógłby być w plecy, hehe. Publiczność zaś, inaczej niż przy wczesniejszej grupie, nie szalała zanadto pod deskami, a jedynie stała i obserwowała co się dzieje na scenie. A było na co patrzeć, bo Watain opracował sobie całkiem nieźle swój występ, buchające w rytm ognie i tak dalej, ale o tym już mówiłem. Szwedzi grali coś około godziny, po skończonym secie zeszli ze sceny, z taśmy poleciało outro, a my staliśmy jak te ciołki i nie wiedzeli, czy Watain wróci na scenę i zabisuje, czy nie. Nie wrócili. Mimo wszystko ich koncert podobał mi się bardzo. Z bananem na ustach udaliśmy się w powrotną drogę, oczywiście w towarzystwie Maryi.

Na zakończenie powiem jedno – koncert Deströyer 666 był kolejnym gigiem, który zapisał się krwawymu zgłoskami w mej pamięci. Nie tylko zapewne mojej. Kto mógł być, a nie był niech żałuje. Również Watain wypadł znakomicie, nieźle zaś Otargos. Mam nadzieję, na więcej takich koncertów w przyszłości!

P.S.: Za zdjęcia dziękuję Piotrkowi Sz. – przyjacielowi Maryji, towarzyszowi Jezusa i kumplowi Wojtyły w jednej osobie, hehe.

Autor

11161 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *