Pierwotnie miałem na ten koncert nie iść, bo plan zakładał wyjazd na Black Anvil do Krakowa. Wszystko się jednak popierdoliło i jakoś po godzinie 20:00 mogłem udać się do rzeszowskiego Vinyla na tę, równie dobrą potańcówkę. Byłem przekonany, że się spóźnię. Gdy wbiłem do klubu, zostałem jednak uświadomiony, że to, co się dzieje, to są dopiero próby. Usiadłem, więc wygodnie w loży z piwkiem i rozpocząłem oczekiwanie na koncert. Pogaduszki umilały czas, a na sali koncertowej nadal nie działo się kompletnie nic. To znaczy, działo się dużo, ale czynności sceniczne związane były z ogarnianiem sprzętu, a nie z graniem muzyki.

Dopiero jakoś po 21.30 hałasy dobiegające zza ściany zaczęły przypominać muzykę, więc ruszyliśmy szanowne redaktorskie cztery litery i poszliśmy na salę koncernową. Tam prezentowało się krakowskie Mastemey. Stanąłem na sali, posłuchałem 30 sekund, spojrzałem na redaktora Oracle. Jego mina była tak kwaśna, jak po zjedzeniu wiadra cytryn popitych szklanką octu. Padło słowo „palarnia” i tam też się udaliśmy. Generalnie było to słabe… Bardzo słabe. Goście przywieźli ze sobą z pół tony gratów, jakieś banery, sporo merchu. I w zasadzie chuja z tego. Ta muzyka to jakiś totalny żart. To jest death metal dla ludzi, którzy death metalu nie słuchają. Siedzieliśmy w tej palarni i psioczyliśmy na to Mastemey (Guma oddej piniądze, bo mom horom curke!!), a zza ściany dobiegały nas kolejne dźwięki. W pewnym momencie dobiegło naszych uszu coś, w co nie mogliśmy uwierzyć. To kurwa jest numer Dżemu?!! Jak to miał być żart to zupełnie nie śmieszny. Zadajecie sobie pewnie pytanie: „Jak ja to rozpoznałem?”. Chodziłem na imprezy po akademikach hehe. Mastemey męczyło bułę po prostu w nieskończoność. Nie dość, że cała impreza się mocno przedłużała, to jeszcze oni zajęli sobie tyle czasu, co „gwiazda” wieczoru. No bez jaj! Ale dajmy już spokój Mastemey. Może mają jakichś fanów. Ja się do nich nie zaliczam. Poszedłem po kolejne piwo, bo po tym gwałcie na małżowinach usznych po prostu musiałem się napić.

Gdy Brazylijczycy z Lacerated and Carbonized zaczynali grać pierwsze dźwięki, stwierdziłem, że gorszego koncertu niż Mastemey już dziś nie będzie. I faktycznie było dobrze. Jak nie bardzo dobrze. Lacerated and Carbonized to bardzo mało znana kapela, ale po tych kilku sztukach odegranych w Polsce mam nadzieje, że to się zmieni. Goście zafundowali nam pokaz kopiącego dupsko śmierć metalu zagranego tak, jak to tylko w Brazylii potrafią. Profeska na całego. Żywioł na scenie. Pod sceną mniejszy, bo chętnych do zabawy było może z trzy osoby. I tak średnia nie jest zła, bo nie wiem czy w sumie przez ten koncert przewinęło się z pięćdziesiąt osób. Goście naprawdę wypadli znakomicie. I jeszcze ten ukłon do ich rodaków po fachu. „Refuse/Resist” to mój ulubiony numer Sepultury, a Lacerated and Carbonized odegrało go tak, że złego słowa nie mogę powiedzieć. Po zakończeniu koncertu nie poszedłem jednak przepuszczać krwawicy na ich stoisku, jednak muszę napisać, że idea „third world death metal” bardzo przypadła mi do gustu. Kolejne piwerko i zaraz kolejny występ. Robiło się już bardzo późno, więc wszyscy dwoili się i troili, żeby w miarę sprawnie toczyła się dalsza część imprezy.

Centurion znam bardzo słabo, bo jakoś nigdy nie było mi z nimi po drodze. Wiem jednak, że wesołe to chłopaki i nie od wczoraj siedzą w metalu, więc poszedłem wesprzeć ich pod sceną swoją osobą. Generalnie koncert bardzo wesoły, bo Centurion wszedł na scenę już mocno porobiony. Goście wzięli ze sobą flaszeczkę i się nią dzielili z najaktywniej bawiącymi się osobami (było ich dwie w porywach do trzech). Flaszki oczywiście szybko brakło, ale zaraz ktoś ją naprawił i zabawa trwała dalej w najlepsze. Co grali? Nie wiem, bo się nie znam na ich dyskografii, ale sądząc po zapowiedziach numerów, to chyba większość najnowszej EP-ki. Gdy Centurion schodził (tak, o własnych siłach) ze sceny było, już po północy. W sobotę czekała mnie wczesna pobudka, ale postanowiłem jednak zostać na główne danie wieczoru.

Pyorrhoea koncertowała w stolicy Podkarpacia pewnie kilkanaście lat temu… Dokupiłem, więc browarka i poszedłem pod scenę pomachać głową. W klubie zrobiło się już bardzo luźno, bo pewnie połowa osób z maksymalnej frekwencji udała się już na spoczynek. Ale nie ma tego złego. Było przestronnie, przewiewnie i śmierdziało mniej hehe. Ale wróćmy do koncertu. A.D.Gore przebrał się nieco i wszedł (moje gratulacje, po takiej ilości wódki hehe) na scenę i zaczęły się pląsy. Goście mają z grania zajebistą frajdę. Mimo tego, że uczestników koncertu można było policzyć na palcach u rąk i nóg, to wcale ich to nie wstrzymało i zagrali tak, jak dla pełnej hali. W chuj intensywnie i gęsto. Set był bardzo przekrojowy. Z nowej płyty bardzo usatysfakcjonował mnie kawałek tytułowy. Natomiast największy entuzjazm zdecydowanie wzbudził „Suicidal Masturbation” z debiutu. Dzięki temu numerowi chłopaki zapewnili sobie status jednej z nielicznych polskich kapel reprezentujących niedawno wymyślony nurt: Depressive Suicidal Grindcore hehe. Goście nie przedłużali i po niespełna godzinnym (coś koło 45 minut) secie zeszli ze sceny. Ja umęczony trudami dnia udałem się na spoczynek, wiedząc, że dobrze zrobiłem pojawiając się tego wieczoru w klubie Vinyl.