Power Drakkar Tour 2008; Rzeszów, Klub Pod Palmą; 12.06.2008

Taki ze mnie wiking jak z Howarda Webba sędzia, ale mam w domu na DVD „Eryka Wikinga”, wiec uznałem, że daje mi to niepodważalne prawo do uczestnictwa w jednym z koncertów Power Drakkar Tour. A więc związawszy brodę w warkocz, wziąwszy topór w dłoń, udałem się w kierunku rzeszowskiego Klubu Pod Palmą, by zobaczyć na scenie pochodzący z Wysp Owczych (co ja się omyślałem, gdzie to jest…) zespół Tyr wraz z towarzyszącymi mu tego wieczoru polskimi aktami – Krusher i Totentanz.

Frekwencja pod klubem, gdy już doń dotarłem, zwaliła mnie z nóg. Osiem osób. O dziewiąta wyszła zza krzaka. I jeszcze dwie ze sklepiku z piwem nieopodal! Tak, ludzi było mało. Jako, ze zawsze jakieś wytłumaczenie się znajduje, to i ja takowe znalazłem: mecz Polska – Austria. Wszak wiadomo, ze metal od koncertu to tylko piłkę nożną woli, piwo z kolegami, spacer z dziewczyną po parku, grę na komputerze w domowym zaciszu, tudzież warcaby z tatą, ewentualnie zawsze może powiedzieć, że go głowa bolała. Kurwa! Jak tak dalej będziecie chodzić na koncerty i ściągać empe-true-jki (to ja wymyśliłem pierwszy!!!) to scena zdechnie! Pipy wołowe! Ok., przejdźmy do oceny strony artystycznej, a ciulami się nie zajmujmy…

Pierwszy na scenę wskoczył krośnieński Krusher. Choć nie tak do końca krośnieński, wszak za mikrofonem stoi w nim krajanka ma, z Gorlic pochodząca, Klaudia. A że oprócz urody to ja jeszcze bozia (czy tam rogaty, ewentualnie Darwin) w talent wyposażyła, to Krusher wiele zyskał. Bo jak ich ostatnio widziałem, jeszcze z wokalistą, to odczucia miałem mieszane. A tak, zespół wszedł i zaserwował kilku osobom na sali (już się pewnie z trzydzieści ich zebrało) zaserwował mieszankę hard rocka/Heavy metalu w przyzwoitym stylu. Owszem, lubię takie granie, ale bardziej w wykonaniu klasyków, lecz muszę przyznać, że Krusher zagrał bardzo fajnie. Skupił się głównie na kawałkach z debiutanckiego albumu „Forward”, wymieszanych z kilkoma coverami. I tak ze swoich kawałków Miażdżyciel zaserwował nam bodaj „Hell’s Angels” z zadziornym, hard rockowym riffem, czy trochę bardziej hejwimetalowy „Midnight Child”. Zaś z coverów usłyszeliśmy bodajże trzy kawałki – „Hot Stuff” (tak, śpiewa go prawdopodobnie Donna Summer, hehe) i ten podobał mi się najbardziej, chłopcy grali sobie radośnie, a Klaudia szalała po scenie – widać, ze kapela lubi grać na żywo i sprawia im to przyjemność, „Paranoid” – podczas którego gęba śmiała się nawet około rocznemu berbeciowi, który przyszedł na koncert z mamą, a także „Highway To Hell”, którego refren znały nawet Emo-kids bawiące się pod sceną (o których zaraz). Tak więc podsumowując – niezły koncert, zmiana na stanowisku wokalisty na dziewczę z wiadomego miasta (a pewnie, że prywata, a co!) wyszła kapeli na dobre. Zresztą o zespole jeszcze będziecie mogli przeczytać na łamach naszego szanownego ekhm… periodyku wkrótce, hehe!

Oki, drugą kapelą był nieznany mi wcześniej Totentanz, made In Tarnów. I to chyba na nią przyszło paradoksalnie najwięcej osób, dziwnych emosów, jak nie przymierzając Tola z B27 (wszyscy kochają Karolaka, haha!). Kurwa, będę złośliwy, ale jakbyście zobaczyli ich młyn, to ze śmiechu szczękę byście sobie zwichnęli – bałbym się rzucić te niewinne dziewczęta i chłopców w młynek, jaki widziałem na krakowskim występie Angelcorpse, bo mieli by tam szanse przeżycia, takie jak chrześcijanie na arenie Koloseum. No ale ci to chociaż przyszli na ten koncert. A wracając do Totentanz – zespół gra totalnie nie moją muzykę, bo dźwięki takiej Coma leżą poza moimi zainteresowaniami, a fakt, że muzycy kiedyś się udzielali w KSU („Nadchodzi nowe pokolenie, w ich rękach pałki i kamienie…!” się drzewiej śpiewało, hehe) też mi nie zainponował. Będąc brutalnie szczerym, stwierdzę, że podobał mi się jedynie kawałek „Eutanazja”, bo był mocniejszy niż reszta. Ale publika była wniebowzięta, bawiąc się w młyneczku, a nawet w młyneczusiu, hehe. Może to i fajne, ale na sukces Feel bym nie liczył, choć kto wie. Organizatorom jednak na przyszłość radzę zaangażowanie stricte metalowego bandu – mało ich w Rzeszowie i okolicach było?

Dobra, Totentanz zeszło ze sceny, chwilka przerwy na browarka i już zainstalował się headliner trasy – Tyr. Znajomy, który widział ich wcześniej na Metalmanii (też na niej byłem, ale chyba kręciłem nóżką pod dużą sceną, podczas ich koncertu) mówił, iż fajnie wypadają na żywo. I nie mylił się w sumie, no ale kto jak kto, ale on to się chłopina zna, bo siedzi w metalu hohoho… albo i dłużej. Po intro otwierającym najnowszą produkcję owczych wyspiarzy (no a jak się niby ich, do cholery, określa? – z geografii zawsze dupa byłem), popłynęły dźwięki „Skinlars Visa”. Z góry przepraszam, że nie podam wszystkich tytułów, ale moja znajomość języka panów z Tyr jest, delikatnie mówiąc, zerowa. Co gra tenże Tyr? Ech, jest to taki miks hard rocka/heavy a’la Manowar czy Manilla Road z folkową muzyką skandynawską. Ja wiem, ze u nas, w pionie redakcyjnym, powszechnie znanym i szanowanym ekspertem od tego typu dźwięków jest pan redaktor naczelny Ef, ale może jakoś przełkniemy tę gorzką pigułkę w postaci mojej osoby jako sprawozdawcy. No bo mi się podobało, ot takie skoczne granie z przyśpiewkami w języku duńskim (chyba). Chóralne refreny, rytmiczne utwory, bardzo dobre wykonanie, widać, że Tyr lubi to, co robi, a robi to dobrze. Wśród publiczności prawdopodobnie znikoma ilość osób w ogóle miała wcześniej do czynienia z muzyką Tyr, ja sam słyszałem li tylko „Ragnarok” i bodaj „Eric The Red”, choć w kolekcji płyt tych nie posiadam. Ale dużo utworów tego wieczora pochodziło ze świeżo wydanej „Land”. Panowie z nagimi torsami (czekam, aż ich styl podchwycą Beyonce albo Pussycat Dolls, hehe) odegrali swój set bardzo sprawnie, wokalista Heri był bardzo kontaktowy, zagadywał publikę o mecz, o młoty Thora na szyjach co poniektórych, ale z marnym skutkiem, bo młodzież ma mieć co prawda maturę z religii, ale angielski jakoś im nie idzie. Ba, gdy trzymał w dłoni swój wisiorek z młotem Thora i chciał zapowiedzieć kolejną piosenkę tego wieczoru, mówiąc „A teraz coś o tym symbolu!!!”, liczył, że ktoś podłapie o co mu chodzi. No a któż jak nie wasz ulubiony Oracle musiał zawyć tytuł – „Hail To The Hammer”? Niezły kawałek swoją drogą, który nagrali na nowej płycie ponownie. Po tym numerze Tyr zszedł ze sceny, ale powrócił po chwili wywoływany chórkiem gardziołek zgromadzonych. Zagrali jeszcze dwa numery z płyty „Ragnarok”, w tym kawałek tytułowy – porządny, wzniosły utwór. Gdy zamilkły ostatnie takty, Tyr podziękował za przyjęcie i zszedł ze sceny. Chyba nie byli zadowoleni zbytnio frekwencją, licząca na oko 50 – 60 osób (dla porównania w Krakowie było ponoć 150 osób, zaś w takim Zabrzu pełna sala, jeśli dobrze pamiętam co mówił mi Juliusz – organizator). Jednak, mimo to rzeszowski występ w ramach Power Drakkar Tour, mogą uważać za udany.

Zadowolonym z wyjścia na Power Drakkar Tour. Dobra organizacja, koncert zaczął się punktualnie i skończył prawie planowo. Bardzo pozytywnie mnie zaskoczył Krusher, zagrali dobrą, energiczną, heavy metalową sztukę. Totentanz to nie moje klimaty, lecz inni się bawili chyba dobrze. No i oczywiście Tyr – porywający i żywiołowy koncert w ich wykonaniu podobał się mnie i innym zapewne też. Szkoda tylko, że frekwencja była, jaka była i że trochę mało ludzi, że tak powiem „konkretnych” i wiedzących o co chodzi w metalowej zabawie, zjawiło się pod Palmą. Ale Rzeszów już mnie do tego przyzwyczaił. Tak czy owak – więcej takich tras proszę!

Autor

10972 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *