Pomerania Festival Vol. I – Pagan Territory; Gdańsk, Protokultura; 22.04.2016

PomeraniaFestIPaganTerritoryW zasadzie od początku kiedy dowiedziałem się, że Graveland rozdziewiczy się w Polsce grając koncert w Gdańsku, powiedziałem sobie: muszę na tym być ! Kontrowersje, a co za tym idzie i protesty a także słowne przepychanki internetowych fighterów zarówno z lewa jak i prawa (śmiechom nie było końca) oraz ciśnienie związane z tym wydarzeniem rosły z dnia na dzień, by ostatecznie eksplodować w dniu koncertu. Jak było? Czy ktoś oberwał, czy kogoś zamknęli i w końcu czy były jakieś saluty rzymskie na które tak bardzo niektórzy liczyli ? Zaraz się dowiecie ale od początku.

Jak przystało na prawdziwego Polaka przed koncertem oczywiście musiałem uzupełnić płyny przepysznym Triple Blondem z piotrkowskiego browaru Cornelius i zapełnić żołądek prawdziwie polskim schabowym z ziemniaczkami i suróweczką przy dźwiękach Truppensturm. Pyszne piwo, żarcie i dźwięki z “Approaching Conflict” wprowadziły mnie w odpowiedni stan na tyle dobrze, że spokojnie z naładowanymi bateriami mogłem udać się do Protokultury.

Nie ukrywam, że z dużą dawką ciekawości i podekscytowaniem jechałem do klubu. Raz, że koncert miał  podwyższone ryzyko, dwa że niektóre środowiska tak ostro protestujące odgrażały się, że nie dopuszczą do koncertu “nazioli”. I co spotkałem na miejscu? Prócz wozu reporterskiego pewnej telewizji co ma słoneczko w tle oraz wozu telewizji publicznej i pewnej dziennikareczki francuskiej tv nie było nikogo, kto by chciał imprezę spacyfikować, zakłócić czy też przerwać. Nic, zero, null. Ani tęczowych transparentów w obronie demokracji i pluszowych misiów z Vietcongu, ani łysych bojowników z oznakami białaczki walczących o czystość swojej – i kolegów – rasy. O czym to świadczy? Odpowiedzcie sobie sami. Rozmawiając z przedstawicielami Protokultury oraz organizatorami absolutnie nie wyczułem od nich strachu przed koncertem. Dreszczyk emocji był a i owszem, obawy że jakiś baran swoim prowokacjami będzie chciał koncert przerwać też ale skończyło się ostatecznie tylko na pustych deklaracjach i groźnych słowach. A jak zagrały zespoły i co się dalej działo ?

Jako pierwszy na scenie miał się pojawić Northern, niestety z różnych przyczyn do tego nie doszło. Więc jako pierwsi na scenie przedstawili się ładnie i zagrali dla jeszcze nielicznej publiczności licealistów z Invicto. Patrząc na wiek członków i wokalistki, która ledwie od ziemi wyrosła, odniosłem wrażenie, że właśnie urwali się oni z testu przyrodniczego (bądź pogrozili wychowawcy odwróconym krzyżem). Ich makeupy, zachowanie na scenie było tak mroczne, przerażające i nienawistne, że aż normalnie bałem się na nich spoglądać. Pomijając jednak wygląd tej niebywałej hordy a skupiając się na muzyce. Trzeba przyznać, że młodzież umie grać. Naprawdę. Wszyscy śmieją się z dzieciaków, że próbują grać metal a sami zapomnieli kiedy i jak zaczynali chociażby Beherit czy Darkthrone. Oczywiście większego sukcesu na miarę mistrzów gatunku Invicto nie wróżę, bo zapewne za jakiś czas pokłócą się o lizaki albo o wpływy z crowdfundingu ale trzeba przyznać, że chociaż się starają. Wokalistka oczywiście po za wyglądem (borze, jaka niedożywiona jest ta młodzież ostatnio!) i postawą niczym na akademii z okazji Dnia Ziemi potrafiła miejscami ryknąć jak stara przepita baba, co się chwali niebywale w tym gatunku (dziecko, nie pal!). Ale po za tym i pajacowaniem gitarzystów (jakieś “hej hej” ze sceny, jakieś dwuznaczne ocierania się gitarzystów o siebie) nie było niczego ciekawego w muzyce młodych warszawiaków. No może kaptury (czyli trendy w gatunku zostały zachowane). Owszem, inspiracje wielkimi i Behemothem są (nie tylko z racji tego, że zagrali cover tego ostatniego – “Moonspell Rites”) ale przed nimi jeszcze długa droga do sławy i chwały z tonami koksu, dziwek (tych męskich też) i alkoholu. I jeśli to przetrwają, mogą osiągnąć sukces na miarę Northern Plague.

Po tym występie koniecznie musiałem chlapnąć kilka głębszych łyków piwa, bo to co widziałem na tyle mną wstrząsnęło, że musiałem się uspokoić wewnętrznie (zachciało mi się kurwa być dziennikarzem). Po wymianie poglądów i wrażeń po obejrzeniu pierwszej kapeli udałem się pod scenę, by zobaczyć kolejny zespół, czyli Nyja.

Widziałem już ich podczas koncertu w gdyńskim Uchu i wtedy też wywarli oni na mnie pozytywne (z racji podchmielenia) wrażenie. Owszem, pochwaliłem ich wtedy choć nie słucham tego typu muzyki. I dzisiaj też ich pochwalę (i zaznaczam, dobrze trzymałem się na nogach a moja percepcja słuchowa była zachowana w 88%). Raz, że wyglądali już o wiele lepiej, dwa zagrali naprawdę z typowym dla gatunku wykopem (i przynajmniej o ten jeden stopień lepiej). Co prawda publiczność stała grzecznie i słuchała a kiedy trzeba było biła brawa, ale dało się odczuć że zespół potrafi swoim skocznym, folk metalowym przytupem porwać duszę do tańca. I super. Pokazuje to, że zespół się stara, ciągle rozwija a występy sceniczne dużo mu dają. Takie kawałki jak “Z wysokiego pola” czy “Pieśn Wojów” brzmią naprawdę fajnie i grane na żywo dają dużo energii do biesiadowania z kuflem piwska czy też wina w łapie. Nyja tego wieczoru wkomponowała się idealnie w klimat imprezy i z chęcią zobaczę ich kolejne występy.

Krótka przerwa, kolejne piwo i na scenie pojawiła pierwsza kontrowersyjna (według niektórych dziennikarzy) horda tego wieczoru, czyli Pravia. Będzie krótko. Był to pierwszy raz, kiedy ów hord w ogóle widziałem na żywo i przyznać muszę, że panowie jako pierwsi tego wieczoru rozjebali system. Mocne riffy i death metalowym pierdolnięciu rozbujały w końcu skostniałą publikę. Ogólnie, Pravia skupiła się na muzycznym wpierdolu i efekt był dzięki temu naprawdę zajebisty. Zdecydowanie był to najżywszy koncert wieczoru. Wszystko grało jak należy, włącznie z soundem i co najważniejsze, nikt nie malował w powietrzu prawą ręką podwójnych znaków nieskończoności. Rozczarowani?  Ja nie. To było dobre preludium przed dwoma ostatnimi koncertami tego wieczoru.

Kolejny browar już nieco mocniej mną potrząsnął (i patrząc na resztę przybyłych do Protokultury nie tylko mną), ale nadal dzielnie – jak na wojownika przystało – trzymałem fason. Wymieniłem parę zdań z ziomalem z Łodzi na temat samego miasta i muzyki i udałem się do środka celem zakupu kolejnego browara.

Mniej więcej koło godziny 22 na scenie pojawił się Biały Viteź. I tutaj kolejne rozczarowanie dla tych, którzy czekali na jakiekolwiek incydenty. Nie było niczego, co by było niezgodne ze scenicznym savoir vivrem. Biały Vieteź ma już wypracowany status w podziemiu i tego wieczoru tylko to potwierdził. Ogólnie set został oparty o debiutancki krążek “Odejść by wiecznie żyć”. Zostały więc odegrane: “O imię me pytaj wiatru”, “Vindafrelsi”, “Ojcowizna” czy prześwietny i pasujący do tego wieczoru “I runą krzyże”. Nie zabrakło również “Kędy mój los” ze splitu z Graveland co można uznać jako fajny bonus i przedsmak występu głównej gwiazdy. Ogólnie cały set to było pasmo prawdziwie pagan folk metalowego grania i w zasadzie każdy kawałek budował, odpowiednią aurę dumy pogańskiego woja. Mam nadzieję że kolejne koncerty tego zespołu w Gdańsku to tylko kwestia czasu.

Kwadrans przed północą zgasły światła. Na scenie pojawiły się zakapturzone postacie zaś rytmiczne uderzenia w bęben wprowadziły przybyłych w odpowiedni, pogański klimat.  I zaczęło się. Pierwsze riffy “At The Pagan Samhain” rozlały się po Protokulturze niczym najazd pogańskich wojów na chrześcijańską wioskę, która wraz z upływem czasu była coraz to bardziej grabiona i palona. Słowem: muzyczna rzeź gdzie niewierni, zebrani pośrodku wioski czekali na spotkanie z mieczem, który zaprowadzi ich przed oblicze bogów od których odwrócili się plecami wyrzekając się posłuszeństwa. Tak właśnie oglądało się i słuchało ten koncert. Niczym film o dzielnych wojach, którzy żyli na polskich ziemiach. Dalej poleciały już tylko same klasyczne killery od “Born For War” poprzez “Gates of Kingdom of Darkness”, “Hordes of Empire”, “Thurisaz” aż po “The Night of Fullmoon”, “Ostatni świt”, “For Pagan and Heretic’s Blood” by zakończyć koncert na  “Thousand Swords” i “Black Metal War”. Pomiędzy utworami następowała krótka przerwa, podczas której odgrywane było odpowiednie intro, wprowadzające do poszczególnych “rozdziałów” koncertu. Publika szalała, kocioł pod sceną był zaś nikt – jakby zapewne niektórzy chcieli – nie pozdrawiał Roba machając mu prawą ręką krzycząc: “Hej Rob,  tutaj jestem!”. Ogólnie Graveland zagrał blisko godzinny set, który z pewnością usatysfakcjonował wszystkich przybyłych. Czy był jakiś niedosyt ? Absolutnie nie. Mało tego, nie wiało ze sceny wiochą zaś sam zespół pokazał, że potrafi zagrać koncert na naprawdę wysokim poziomie i bez jakichkolwiek kompleksów.

Po ostatnich dźwiękach przyszedł czas na wymianę wrażeń i spostrzeżeń po koncercie (bez piwa się nie obyło). Jeden z typów wyszedł z klubu z zakrwawioną mordą (zapewne w kotle mu się oberwało) ale ogólnych urazów nie odnotowałem.

Podsumowując: to był zajebisty koncert, niemal wydarzenie roku. Oto bowiem kontrowersyjny i równie znienawidzony co wielbiony Graveland zagrał swój pierwszy koncert na polskiej, Ojczystej Ziemi. Zapewne niektórzy rozczarowani byli tym, że obyło się bez pikiet, strajków i bójek. Z drugiej zaś strony pokazało to tylko, że jednak metalowce potrafią się grzecznie bawić, zaś reklama rozsiewana w prasie, radiu i telewizji tylko przypomniała, że takie wydarzenie jest. Protokultura nie stała się nazikulturą jakby niektórzy chcieli, zaś sami organizatorzy jak i sam klub pokazali jaja nie uginając się przed ową propagandą za co im, jak i zespołom serdecznie dziękuję.

Autor

389 tekstów dla Chaos Vault

M. Grafoman, pies karawaniarski... Koneser i nałogowy degustator 40%. Fan zarówno śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii... W 33,4% joürnalist a 66,6% drünk bästard...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *