Perturbator, Moloch; Niebo, Warszawa; 13.08.2018

Wyjazd do Warszawy był dwudniowy. Sporo wolnego się nazbierało, więc czemu nie skorzystać z dłuższego weekendu? Wieczór numer dwa w stolicy również postanowiłem spędzić na koncercie. W poniedziałek miała mi przygrywać zupełnie inna muzyka, niż dnia wcześniejszego.

Przed wbiciem do lokalu zaserwowałem sobie doskonałe piwko w Pubie Hoppiness, a następnie pomaszerowałem na miejsce imprezy. Klub „Niebo” mieści się przy ulicy Nowy Świat 21, więc chyba bardziej w centrum się nie da… W tym miejscu nigdy wcześniej nie byłem. Z zewnątrz nie wygląda imponująco, wchodzę jednak do środka i widzę naprawdę potężną przestrzeń. Upał jest nieprawdopodobny więc pierwsze co robię, to zamawiam 0,5 koncernowego napoju piwopodobnego i udaje się na rekonesans. Wystrój mi się nie podoba, wszytko na biało, klub wręcz sterylny. Nie lubię takich lokali. Na plus była zdecydowanie wysokość sali koncertowej. Imprezę w takich warunkach akustycznych trudno totalnie spierdolić. Pomaszerowałem też do palarni, liczyłem na przewietrzenie się na zewnątrz, a trafiłem do szczelnie zamkniętego pomieszczenia. Na szczęście z klimatyzacją.

Dotleniony i nawodniony ruszyłem pod scenę, bo Moloch zaczynał już swój występ. Z początku na sali koncertowej luz. Bez większego wysiłku dotarłem pod samą scenę i z piwkiem w ręku postanowiłem spokojnie oglądać występ Molocha. Przed gigiem zapoznałem się jedynie z EP-ką „The Other Side” i to z niej poleciało większość rozpoznanych przeze mnie dźwięków. Co do samego show… Dla mnie taki koncert to pewna nowość, bo nie uczestniczyłem jeszcze w odtwarzania tego typu muzyki na żywo. Wiele ruchu się nie spodziewałem, ale Moloch skutecznie zachęcał do podrygów w rytm swoich dźwięków. Na plus też prezencja sceniczna: czarna skóra i bezosobowa masa znakomicie pasowały do tej muzyki. Muszę to przyznać wprost: tego typu elektronika mnie jara. Jest przestrzennie, bywa ciężko i smoliście. Czuć tu inspiracje horrorami z lat 80-tych. Zdecydowanie mi to leży. Sztuka trwała około 40 minut i wywołała spory entuzjazm publiki. I mój też. Bardzo mi się ten występ podobał i zdecydowanie miałem ochotę na więcej. Temperatura jednak dawała się we znaki. Odwróciłem się na pięcie i postanowiłem szukać ochłody.

Mimo że w „Niebie” mamy dwa bary, to kolejka w każdym z nich gigantyczna. A w zasadzie to do każdego z nich stały dwie kolejki. Stanąłem chwile, okazało się, że nic się nie porusza do przodu. Uciekłem więc na chwilę do klimatyzowanej palarni. Nie dało się jednak dłużej tam wysiedzieć, bo zza ściany zaczęły dobiegać dźwięki świadczące o tym, że Perturbator rozpoczyna swój występ. Pobiegłem więc pod scenę. Ludzi był taki tłum, że przepchałem się jakoś do połowy sali. Stanąłem zaraz przed konsoletą, przed którą uwijał się pan kręcący gałkami. Brzmienie było świetne. Zacząłem się bujać w rytm hipnotycznej elektroniki głęboko inspirowanej pierwszymi wydaniami Super Mario Bros. Na scenie były dwie osoby. Oprócz pana Perturbatora był jeszcze pan Perkusista. Zajebista sprawa, „żywa” perkusja sporo daje w takiej muzyce… Choć „żywa” to trochę za dużo powiedziane. Obsługujący ją człowiek był żywy, natomiast sama perkusja była elektroniczna, skutkiem czego nie dawało to powalającego efektu. Po prostu bity nie leciały z klawisza, tylko były grane przez człowieka.

Jakbym nie wiedział naocznie tego perkusisty, to bym się pewnie nie zorientował, że jest jakaś różnica. Może ktoś z lepszym uchem jest w stanie wyłapać pewne nierówności, ja nie. Co dalej? Światła… To niesamowicie waży element takiego wstępu, a tu była lipa. Widziałem foty z Gdańska z B 90, goście mieli zajebiste pionowe światła, lasery i wszelkie bajery. Tu były po prostu światła. Także kwestia wizualna mnie rozczarowała. I nie tylko mnie: po koncercie paliłem fajkę obok dwóch ziomków i mówili to samo, zadając sobie jednoczenie pytanie, czemu nie odbył się on w Progresji? Nie wiem, ale w tym klubie zapewne wyglądałoby to 10 razy lepiej. Przed sceną postałem może z 4 -5 numerów. Zrobiło się tak kurewsko gorąco, że pot lał mi się po dupie do skarpetek. Musiałem się wycofać po jakiś napój, bo myślałem, że umrę. Zlokalizowałem najkrótszą kolejkę do wodopoju. Kolejka miała ten plus, że widziałem z niej wszytko, co działo się na scenie. Spędziłem w niej pewnie z 10 minut, ale już ze złotym napojem poszedłem sprawdzić, czy coś widać z balkonu. Widać, ale temperatura w tym miejscu oscylowała pewnie w granicach 50 stopni Celsjusza. Ściany były mokre od wilgoci.

Wytrzymałem tam niezbyt długo, ale na tyle, że mogłem zobaczyć w szczegółach wykonanie na żywo mojego ulubionego numeru Perturbatora, czyli „Humans Are Such Easy Prey”. Z górnego balkonu szedłem jakoś, gdy Perturbator wychodził na bis. Stanąłem sobie w przejściu na dole i dokończyłem oglądanie występu. I co sadzę? Ciekawa sprawa. Dla mnie to było nowe doświadczenie. Chciałem zobaczyć jak sprawdza się taka muzyka na żywo. Dobrze to brzmiało, choć wizualnie było marnie. A nie zapominajmy, że aspekt wizualny to w chuj ważna sprawa przy takim graniu. Za to muzycznie lepiej niż BDB.

Skończyłem piwko, spaliłem ćmika i poszedłem na autobus. Udany koncert, zakończył udany pobyt w stolicy.

Autor

684 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *