Wrzesień 2011 roku na pewno zostanie zapamiętany w metalowym światku, jako miesiąc, w którym koncertów kultowych kapel było od zajebania. Począwszy od Bulldozera, poprzez Aura Noir i Sodom, a skończywszy na Inquisition i Revenge, które to wraz z dwoma jeszcze ekipami zmiotły z powierzchni ziemi pub Kazamaty dnia 28 września!

Pierwszy raz byłem na koncercie w Kazamatach i pierwsze co mi się nie podobało, to fakt, że nie ma jak przed pubem strzelić piwka przed koncertem bez ryzyka zarobienia mandatu karnego w wysokości stu złotych, o czym niektórzy się przekonali hehe. Natomiast wnętrze bardzo sympatyczne: ceglane mury, zajebiście kiczowate ozdoby, fajne loże, z tym ze przestrzeń na koncerty dość mała. Wielkość można by porównać do garażu, w którym zaparkuje polonez, dwa rowery, kosiarka do trawy i jest pełno. Jak ktoś kiedyś dawno temu miał okazje być w Rzeszowie na koncercie w nieistniejącym już pubie „Rejs” to tam sala na koncerty była podobnego rozmiaru. Ale co mnie niesamowicie zdziwiło nagłośnienie udało się uzyskać całkiem niezłe jak na takie warunki.

Z racji przedłużenia się przygotowań do koncertu należało sobie czas umilić browarkiem, a tych asortyment spory i w dobrych cenach, więc grzech nie skorzystać i po upływie jednego piwka i dwóch papierosów na scenie w końcu zainstalował się The Stone. Była to moja pierwsza jak dotąd styczność z tymi muzykami z Belgradu, więc poszedłem z czystej ciekawości zerknąć, co zaprezentują na scenie Kazamatów. Chłopaki grają Black Metal w zasadzie niebędącym niczym nowym i można by powiedzieć, że tysiące kapel gra właśnie w ten sposób, ale w ich przypadku teksty są po Serbsku i choć nie za bardzo wiem, o co w nich chodzi to pewnie o rogatego i wojnę. A wojnę to oni akurat na pewno przeżyli, bo powstanie kapeli datuje się na 1996 roku wiec na własnej skórze tego doświadczyli i wiedzą, o czym drą ryja, co dodaje im autentyczności. Prezencja na scenie tez całkiem spoko – szczególnie wyróżniał się tu basista, który wtórował wokaliście w śpiewaniu i zachęcał ludzi do zabawy pod sceną. Pod koniec zaczęło mi się już trochę nudzić, ale wytrzymałem i dzięki temu obejrzałem całkiem niezły koncert, bez szału, ale na plus. Jednak jakoś nie ciągnie mnie do zapoznania się z dyskografią The Stone – może kiedyś w promocji uda się jakaś ich płytkę wyczaić i akurat kasa będzie mi zbywać to sobie nabędę. Atropos zakupów to akurat na tym koncercie to chyba nikt nie poszalał, bo ceny, jeśli chodzi o płyty to do promocyjnych nie należały a ceny koszulek i bluz były zaporowe. Kurwa! Bluza Revenge za 35 euro – oni to chyba nie wiedzą ile się w Polsce zarabia. Lubujący się w niewyszukanych trunkach przeciętny obywatel może za te pieniądze nie trzeźwieć spokojnie przez tydzień…

Obejrzałem merch i udałem się pod scenę, bo tam bardzo sprawnie instalował się Corpus Christii a ten gig również chciałem zobaczyć w całości. Co prawda ekipy z Portugali również prawie nie znam – gdzieś tam kiedyś jakąś, nawet nie pamiętam, która płytę przesłuchałem raz i to by było na tyle, jeśli chodzi o znajomość ich twórczości. Ale koncert przecież też są od tego żeby zapoznawać się z kapelami nieznanymi. No i nie powiem, bo koncert konkretny… Szczególnie zwracał uwagę gardłowy i jego opętańczy wzrok oraz jego naprawdę dobre wokale. Pod scena już gęściej niż wcześniej, choć w tym klubie już trzy osoby robią młyn od ściany do ściany hehe. Wokalista wchodzi w interakcje z publicznością oraz wyzywał stojących przy barze i ogólnie oglądających gig w pozycji statycznej od pizd. I mi się przy okazji dostało, bo popijałem sobie spokojnie Łomżę, ale ogólnie pierdoliło mnie to hehe. Szczególnie aktywna pod sceną była jedna laska, która chyba, jako wielka fanka Corpus Christii strasznie obruszyła się jak jeden z fanów Revenge zasugerował, że Portugalczycy mogliby już zejść ze sceny i ustąpić miejsca Kanadyjczykom. Doszło w tedy do wymiany bardzo ciekawych epitetów na temat matek wyżej wymienionych. Lepsza to była sztuka niż ta zaprezentowana przez The Stone, ale w porównaniu z tym, co miało nadejść to nawet nie była rozgrzewka…

Szybkie piwko w celu naładowania baterii i czas ruszać na Revenge!! Nie wdziałem ich dwa lata temu wiec mój apetyt na ten koncert był bardzo wielki, bo nieraz nasłuchałem się, co to komando robi na żywo i jakim to jestem pozerem ze mnie nie było na Antichrist Militant Tour hehe. Nie wątpiłem, że zmiotą! I zmietli, zmietli wszytko, co żywe z powierzchni ziemi, pozostawili gruzy… Pod sceną istny holokaust, bez litości, bez przebaczenia… Muzyka Revenge z płyt niszczy, ale to dopiero wykonanie jej na żywo ujawnia prawdziwą moc tych opętańczych dźwięków. Takie kawałki jak „Blood of my Blood” czy „Traitor Crucifixion” to istny amok, totalne zniszczenie… „Traitor Crucifixion” jeszcze do tej pory brzmi mi w głowie: Trraaaiiiitttttooooorrrrrrrrrrrr!!! Kurwa!!!! Coś pięknego. Dla takich koncertów warto żyć! Młyn nie ustawał ani na moment, a publika skandowała cały czas miedzy numerami. Read to mistrz napierdalania na perkusji – tempa, które on rozwijał były oszałamiające – jak karabin maszynowy kolejnymi wystrzałami niszczył i siał pożogę. Co tu więcej pisać: tam trzeba było być i czuć tą muzykę całym ciałem! Ten koncert zapamiętam do śmierci, jako jeden z większych rozpierdoli, jaki wdziałem.

Jeszcze, gdy piłem piwo po skończonym gigu Revenge nie wiedziałem, że kolejny koncert tego wieczoru zniszczy mnie jeszcze bardziej… Gdy tych dwóch Kolumbijczyków wyszło na scenę pomyślałem, że w końcu jej wielkość dopasowana jest do zespołu, ale gdy zaczęli grać dowcipkowanie się skończyło, a rozpoczął się rytuał. To nieprawdopodobne, jaki klimat potrafią stworzyć ci muzycy i to kurwa tylko we dwóch!! Zawsze podziwiałem ich za konsekwencje – nagrywamy w dwuosobowym składzie to i gramy koncerty. I doskonale im to wychodzi- szaleństwo biło ze sceny i spod sceny. Ludzie wpadli w istny amok i bez opamiętania walczyli nie zważając na rany, stłuczenia i inne uszkodzenia ciała. Szybsze momenty wywoływały przypływ agresji a wolniejsze hipnotyzowały i wprowadzały publikę w trans. Dobór utworów doskonały szczególnie byłem zadowolony z wyporu numerów z ostatniej płyty. Ze starszych numerów mnie szczególnie rozjebał „Crush the Jewish Prophet” – totalne zniszczenie! Darłem się jak pojebany hehe! Nawet się nie spostrzegłem a tu koncert się zakończył… Za szybko, za mało, Inquisition na scenę kurwa!!! Gig – perfekcja! Jedna z najlepszych black metalowych sztuk, jakie wdziałem w życiu! Tak powinno się grać ku chwale rogatego!! Tak tworzy się kult!!

W ten środowy wieczór The Stone i Corpus Christii wysłały swoje bojówki żeby siać zamieszanie w szeregach wroga, Revenge zrównało z ziemią i starło na proch wszelkie życie, Inquisition spopieliło to, co zostało w piekielnych płomieniach i na tych popiołach odprawili chyba najlepszy black metalowy rytuał w jakim uczestniczyłem.

Hail The Cult!!!