Obscure Sphinx, Spirit, Butterfly Trajectory, Vidian; Klub Muzyczny Ucho, Gdynia; 29.05.2015

Obscure Sphinx 2015W końcu się doczekałem, rzekłem sobie gdy okazało się, że w Trójmieście zjawi się Obscure Sphinx. Tyle okazji, co mogłem zobaczyć ten zespół nie pomieściłby nawet basen narodowy.

W dniu koncertu zjawiłem się przed klubem na mniej więcej pół godziny przed rozpoczęciem całej imprezy, a tam… ludzi średnio na jeża. Dziwne trochę – pomyślałem sobie – przecież już sam headliner powinien przyciągnąć większą grupę młodzieży. Z drugiej strony jednak – dalej myśląc – taka dawka post progresywnego metalu nie koniecznie musi być wyznacznikiem atrakcyjności całej imprezy… Nie mniej, nie zrażony “tłumami” rozpocząłem przedbiegi.

Niestety, te wciągnęły mnie na tyle, że pierwszy zespół grający tego dnia został przeze mnie po prostu pominięty. Co prawda zdążyłem na ostatnie riffy prezentowane przez Vidian, ale przecież ściemniał nie będę, że było zajebiście he he… Co prawda liczba oglądających ten koncert oraz stopień ich zadowolenia mogła na to wskazywać. Trudno, następnym razem Panowie. Przy kolejnym zespole już tego błędu już nie popełniłem.

fot. justynamazur.com
fot. justynamazur.com

Jako drugi na scenie pojawił się poznański Butterfly Trajectory. I co tutaj dużo pisać: bardzo duża dawka energetycznego, post metalowego grania zahipnotyzowała zebraną publiczność praktycznie na samym starcie. Cały set prezentowany przez ten zespół przestałem w dużym skupieniu i zainteresowaniu. Nie jestem co prawda przesadnym wielbicielem tego typu grania (wypadkowa post i doom metalu przyprawionego odpowiednią szczyptą progresji), ale Butterfly Trajectory zagrał tego wieczoru naprawdę bardzo dobrze wywierając na mnie pozytywne wrażenie. Charyzma i maniera wokalisty, który mieszając czysty śpiew z naprawdę zacnym growlem sprawiała, że muzyka płynęła niesamowitym strumieniem energii. I nawet wtedy, gdy muzyka nie była barwiona wokalizami, brzmiała niezwykle energetycznie i klimatycznie. Butterfly Trajectory wypada koncertowo wyśmienicie i chętnie gdzieś kiedyś ich zobaczę jeszcze na żywo. Nadrabiając przed tym ich twórczość, która na pewno zasługuje na uwagę.

fot. justynamazur.com
fot. justynamazur.com

Jako kolejny, po krótkiej przerwie, na scenie pojawił warszawski Spirit. Trzeba przyznać: przyjebali panowie i to równo. Potężna dawka metalu, oblana stonerowym żelastwem i progresywnym zacięciem rozbijała się o mury Ucha niczym bomba soniczna. To ożywiło nieco senną publikę, jeszcze chyba będąca w strefie motyla. Miejscami Spirit w swym przedstawieniu nie bał się uciekać w rejony bardziej pogiętych, wręcz matematycznych riffów czy też smolistych zwolnień. To nie przeszkadzało na szczęście jednak w odbiorze muzyki, która – nie oszukując – brzmiała na prawdę dobrze, a przede wszystkim potężnie. Zdecydowanie, Spirit zrobił tego wieczoru różnicę. Odstając od pozostałych zespołów siłą przekazu. Występ bardzo na plus, który idealnie wkomponował się w niesamowity kolaż dźwięków, które tego dnia rozbrzmiewały w Uchu.

fot. justynamazur.com
fot. justynamazur.com

W końcu przyszła pora na główną gwiazdę wieczoru. Magia, inny wymiar muzycznych doznań. Czysta hipnoza a tuż za nią niebywała energia, spychająca gdzieś duszę w odmęty szaleństwa naznaczonego niebywałą euforyczną wręcz, czystą agresją. Od skrajności w skrajność. Takie emocje targały mną podczas tego koncertu. Niesamowita energia, jaką potrafi wytworzyć Obscure Sphinx oddziaływała chyba na każdego tego wieczoru. Zarówno zespół, jak i centralna jego postać, Wielebna, zabrali wszystkich w niesamowitą, duchową podróż po zakamarkach własnego ja. Nie pozwalając złapać oddechu zespół zagęszczał atmosferę z każdą minutą a muzyczny krępulec zaciskający się na szyi był tego dnia czymś wspaniałym. Do wisielca na szczęście było daleko, ale utwory które do tej pory było mi słyszeć tylko z słuchawek (taki chociażby “Nastiez”), brzmiały tego dnia niesamowicie żywiołowo, atmosferycznie i miejscami nawet ezoterycznie i przestrzennie. Obscure Sphinx to po prostu już najwyższa klasa światowa, nie tylko muzycznie ale i scenicznie (gra świateł, “gra” frontmenki). Dzięki czemu koncert ten był niesamowitym przeżyciem. Ogólnie zespół zagrał materiał przekrojowy z lekkim naciskiem na “Void Mother” mieszszcząc się w okolicach godziny. To było zdecydowanie za mało jak dla mnie he he… Miazga.

Podsumowując: publika nie zawiodła, frekwencja była idealna, Ucho jak zwykle stanęło na wysokości zadania (realizatorzy koncertu też, do brzmienia nie można miało mieć zastrzeżeń) a cała impreza wypadła naprawdę bardzo dobrze.

Zdjęcia do relacji udostępniła Justyna Mazur. Dzięki wielkie !

Autor

397 tekstów dla Chaos Vault

M. Grafoman, pies karawaniarski... Koneser i nałogowy degustator 40%. Fan zarówno śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii... W 33,4% joürnalist a 66,6% drünk bästard...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *