Night of Terror #40: Anima Damnata, Temple Desecration, Moulded Flesh, Black Hosts; Katowice, Klub Muzyczny Faust; 24.11.2018

Nie wszystkim jest dane wejść do Koryntu. Także nie wszystkim było dane pojechać do Łodzi na Impaled Nazarane. Smutek jednak w sercu mym nie trwał długo, bo oto we śnie Papież Polak obwieścił mi, że w Katowicach będzie tęgie napierdalanie z mocnym składem. Pojechałem więc.

Dnia 24 listopada koło 17 wyjechaliśmy z Wrocławia wesołym FUKKcarem prosto ku mieście Spodka i spalin racząc się po drodze trunkami oraz umilając czas rozmową na tematy wszelkie, a mądre. Na miejscu byliśmy nieco po 19. Tam odebranie pamiątkowego biletu, poprzybijanie piątek z bdb znajomymi od serca i obczajka klubu bo, wstyd się przyznać, w Fauście (drzewiej, Korbie) byłem pierwszy raz. Ciasno tam, jak skurwysyn ale ma to swój urok, do tego zacne piwko za barem, zaś w drodze pod scenę rozstawił się stragan Mythrone Promotion z dobrociami wszelakimi, gdzie dokonałem zubożenia mojego portfela. Dalej nieco przyczaił się nasz kierowca z bogatymi zasobami FUKK Kommando, wśród których można było wygrzebać zacnie wydaną kasetkę Bestiality.

Obkupiwszy się i pogadawszy ulokowałem się pod sceną, gdzie ze sporym opóźnieniem rozpoczęło harce Black Hosts. Nie znałem tych maniax wcześniej ale była okazja, by to nadrobić tym bardziej, że wokalista wydawał się dziwnie znajomy, heheh. I niestety położył on ten występ. Muzycznie publika została wychłostana solidną porcją oldskulowego thrashu podlanego całkiem fajnymi riffami, do których główka się troszkę pobujała. Jak jednak już wspomniałem wokal wybitnie działał mi na nerwy. Nie wiem, może jestem już za stary i może zdegenerowałem się zbytnio ale w mojej ocenie gardłowy zaniżał poziom przyjemności odbioru kapeli. Możliwe, że na płytach to będzie brzmieć lepiej, nie wykluczam ale tak, to z ulgą wyszedłem fajek, gdy było już po wszystkim. Nie sposób tu wspomnieć o fantazji do tytułów tych chłopiąt. Jak zapowiedziano miażdżący, niszczący numer, „Piraci Piekła” to tu i ówdzie poleciały parsknięcia. Nie no, muzycznie było to znośne ale tytuł brzmi jak ostatnia część cyklu o „Piratach z Karaibów”.

Na fajku zeszło mi trochę czasu, przez co jednym uchem z zewnątrz łowiłem produkujący się na scenie Moulded Flesh (całkiem zacny gruz!) ale wierzcie mi, nie był to czas stracony, a owoce stania na zimnie będą Wam dane niedługo.

W klubie zainstalowałem się z powrotem akurat, gdy rybniczanie skończyli dewastację okolicy. Szybka Holba przy barze i biegiem na salę, bo tam rozkładał się główny powód mojego przybycia, Temple DesecrationTych zdegenerowanych bluźnierców nie trzeba nikomu przedstawiać chyba, a jeśli jeszcze jakimś cudem ich nie znacie to wypad nadrabiać, bo warto. Ostatnim razem dane mi było ich zobaczyć na poprzedniej edycji Into The Abyss, jednak grali ostatni, więc tylko półprzytomnym uchem łowiłem wyczekiwane przeze mnie „Communion Perished”. Tutaj zaś będąc w pełni sił mogłem w pełni nacieszyć się pluciem na wszystkie świętości. Nie zawiodłem się. Temple umieją idealnie wytworzyć swoją muzyką atmosferę zła, pogardy i nienawiści gniotąc, jak potężny walec, wszystko na swojej drodze. W chwilach powrotu ze spalonego i zbrukanego raju na ziemię wyłapywałem, że leciał materiał z „Communion Perished”, a także sporo z nowej, przechuj mocarnej „Whirwind of Fathomless Chaos”. Sam występ minął gładko, nie miało się w ogóle poczucia dłużyzn i aż żal był, że nastał koniec. No trudno, ale jeśli ktoś jeszcze się waha, czy warto Templi oglądać na żywo, to odpowiem słowami Największego z Polaków: JESZCZE JAK!

Targany huraganem przepastnych emocji wyszedłem na szybkiego ćmika, by biegiem wrócić pod scenę albowiem 10lecie Night of Terror miało zakończyć gówno. I to nie byle jakie ale takie wielkie, mocarne, i bezlitosne, zmuszające do padnięcia na kolana oraz oddawania pokłonów: Anima Damnata. Tych desekratorów dane mi było już widzieć kilka razy i za każdym razem był to wyborny kawał scatu do ust połączonego z oddawaniem płynów ustrojowych na wszystko, co święte. Nie inaczej było tego wieczoru, już od otwierającego „Insulter of the Heavenly Whore” znać było, że nie będzie litości, co zresztą podkreślała publika zdając sobie chętnie ciężkie obrażenia w tańcu. Warto tu nadmienić, że gig był tak srogi, że w trakcie, ktoś rozjebał Necrosodomowi sprzęt (potem się okazało, że na szczęście jest git) Sam set niby był tym, co już kilka razy słyszałem ale zawsze chłonie się ten potok szczyn z przyjemnością, zaś koprofagii oraz wyuzdanej orgii można było dokonywać również przy „Nuclear Lucifer, „I hail His name”, „Prometheus Coprophagus”, „Through Abomination ‘Till Ecstasy”, „Numinous Ascension into a Black Hole”. Nie mogło się również obyć bez ulubionej pieśni maryjnej, chwalącej jej ciasne łono, hehe, zaś całość wieńczyła „Celebracja Ascezy”. Srogi to był występ, powiadam. Taka dawka zagłady zawsze wchodzi idealnie i za każdym razem utwierdza mnie w przekonaniu, że wszelki kult otaczający Animę Damnatę jest zasłużony.

Po wszystkim pozostało się tylko zebrać i śmignąć do domu kontemplując w sobie, jak zajebisty był to wieczór. A wierzcie mi, był bardzo. 10lecie Night of Terror okazało się być strzałem w dziesiątkę. Dobór kapel był zacny, klub praktycznie w kawałkach, a i towarzysko bardzo to dopisało. Jak ktoś nie był, niech żałuje!

Autor

51 tekstów dla Chaos Vault

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *