Night of Terror #39: Haunted Cenotaph, C-4, Torpor, Necrömanzer; Katowice, Klub Faust; 29.09.2018

Los tego wyjazdu ważyły się w moim przypadkiem praktycznie do kilku godzin przed planowanym tripem. Koniec końców udało mi się wyruszyć wraz z rzeszowskim Haunted Cenotaph na podbój Śląska. Szczególnie, że organizator Night of Terror zapraszał mnie już od dłuższego czasu na odwiedzenie jego skromnych progów.

Podróż z Rzeszowa upłynęła pod znakiem sączenia szkockiej z piersióweczki przy akompaniamencie Iron Maiden, więc sami widzicie, że było przyjemnie. No i podróż na dwa samochody to w przypadku wyjazdów z Rzeszowa nie jest coś powszechnego, tym bardziej należy podkreślić ów fakt. Na miejsce przyjechaliśmy około osiemnastej, klub był jeszcze zamknięty na cztery spusty, powziąłem więc męską decyzję udania się po jedno piweczko. Gdy wróciłem, podwórze Klubu Faust wypełnione było metaluchami, choć w większości to byli oni z zespołów. Jakieś tam piąteczki, piwko, choć przyznam że niewielu miałem tam znajomych, więc spokojnie siedziałem sobie z browarkiem o obserwowałem rozwój wydarzeń.

Klub Faust, czyli dawna Korba, wygląda jak mieszkanie przerobione na spelunkę, ale ma swój klimat. Mikroskopijna scena i niewiele większa sala wydają się idealne na takie podziemne gigi, więc nie było co narzekać, tylko z bardzo dobrym czeskim piwkiem w dłoni oczekiwać na rozwój wydarzeń.

Jako pierwsi na deski weszli Warszawiacy z Necrömanzer. Młode chłopaki w ilości trzech, o ile mnie pamięć nie zawodzi, sypała ze sceny ognistym black/speed metalem, z takim chyba nie do końca powążnym podejściem do tematu. Nie wiem czy dobrze usłyszałem, ale jeden numer był zatytułowany „Cmentarni Gangsterzy”, no ja Cię pierdolę… Ogólnie pod względem muzycznym było to nawet niezłe, ale jak na moje ucho za dużo tych coverów kolesie nawciskali, bo było ich chyba z cztery albo pięć – Kreator, Hellhammer, tego typu klimaty. No kurwa, jakbym chciał posłuchać coverbandu to poszedłbym na Tribute to Metallica czy inne gówno. No nie ważne, chłopaki pograły z trzydzieści minut i było to całkiem przyjemne dla ucha.

Po ich koncercie poszedłem po kolejne piweczko i poplątałem się po klubie, wśród młodocianych metalowców jakby żywcem wyjętych z osiemdziesiątego trzeciego roku. Nie czaję tego do końca, no ale dobra, nie mój cyrk, nie moje małpy. Podobnie jak nie czaję białych futer w stylu murzyńskiego alfonsa i koszulek Revenge, no ale co ja tam wiem. Tak mi się zdaje, że więcej to pozy niż rzeczywistego oddania się tej muzyce, ale może się mylę i taka dziewczyna nie umie rozpocząć dnia bez wysłuchania „Victory.Intolerance.Mastery”? Takież to miałem przemyślenia nad butelką.

Drugą kapelą był stołeczny Torpor. Też młode chłopaki, które za punkt honoru powzięły łupanie black metalu w stylu pierwszej fali, tak więc inspiracje Tormentor, wczesnym Mayhem, Morbid i im podobnymi kłaniały się w pas. Oczywiście w pas z nabojami. Kapela ma na koncie tylko dwuutworowy singielek, utworów natomiast zagrała znacznie więcej, więc podejrzewam, że poszły też jakieś nowsze strzały. Nie wypadło to źle, pod minisceną rozkręcił się dość agresywny młyn, gdzieś tam w ruch poszły pięści, więc było całkiem nieźle. Co zaś się tyczy samego koncertu Torpor – kurwa, jakoś nie wbił mi się w pamięć szczególnie. Źle nie było, ale tak trochę bez historii.

Kolejna kapela powoli się szykowała, ja przeplatałem się przez klub Faust oraz jego koedukacyjną toaletę, w której jakaś napierdolona małolata zachwycała się logówką Damnation na mojej bluzie, literując logo i na koniec krzycząc z zachwytu „znam ten zespół, widziałam ich kiedyś!”. Mhm, może jako plemnik swojego starego. Nieważne. Trzecią kapelą tego wieczoru było C-4, kapela lekko odstająca od pozostałych, tak muzycznie, jak i pod względem imagu. A raczej anty-image, bo kolesie wpadli sobie na scenę bez żadnych bulletbeltów, pieszczoch i tak dalej i zaczęli napierdalać całkiem fajną mieszanką oldschoolowego death/grindu wymieszaną z death’n’rollem. Sporo inspiracji Napalm Death, Entombed z wysokości „Wolverine Blues”, trochę punk/crustu. Fajnie wypadał wokal, imitując LG Petrova niemal idealnie. Co dziwne, podczas ich gigu spod sceny prawie wszystkich zmiotło, młodzież rozeszła się po klubie, a występ C-4 obserwowało zaledwie kilka osób. No szkoda.

I ostatnia kapela tego wieczoru, Haunted Cenotaph. Fajnie widzieć, że panowie radzą sobie coraz śmielej i coraz częściej koncertują, szczególnie że ich demówka to porcja naprawdę solidnego doom/death metalu. Panowie zaprezentowali kawałki z rzeczonego „Nightmares from Beyond” plus cover Hellhammer i był to pokaz prawdziwie potężnego metalu. Co prawda, stylistycznie również odstawali od pozostałych kapel, jednak pod sceną zgromadzili spory tłumek, oczywiście jak na możliwości Fausta, w kotłowaninie podeptanych zostało kilka osób, no ale takie życie. Sporo inspiracji u nich muzyką Hellhammer, co dość oczywiste, ale też takim Winter czy Cianide. Ja wiem, że te nazwy pewnie nie wszystkim zgromadzonym mówiły cokolwiek, niemniej jednak przyjęcie mieli dobre – na tyle dobre, że bisowali przed zejściem ze sceny. A to zapewne cieszy.

Po skończonym koncercie przyszła pora na finałowe piwko, serwowane przez niezastąpionego Marasa i powolne ogarnianie wyjazdu. Na sam koniec jeszcze krótka przepychanka z jakimś najebanym ćwokiem, na szczęście dla niego – zaledwie słowna i można było odpalać karawan zagłady kierując się z powrotem na Rzeszów. To był dobry wyjazd.

Fotki autorstwa Justyny. Dziękuję ;*

Autor

10175 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *