PLAKAT B1 NAPALM DEATH i HAMMERCULTJesień roku 2013 jest bardzo bogata we wszelkiego rodzaju zajebiste koncerty. Fakt, że w samym listopadzie trzy razy byłem machać łysiejącym czerepem w stolicy Małopolski świadczy o tym, że dzieje się dużo. Kolejnym magnesem, który przyciągnął mnie do klubu „Kwadrat” jednocześnie odrywając od pijaństwa w knajpach rodzimego Rzeszowa był wielki Napalm Death. Podróż minęła jak zwykle błyskawicznie jednak z tą różnicą, że tym razem jechałem sam wiec pijaństwa nie było. Miła to odmiana po ostatnich wojażach gdzie alkohol lał się może nie strumieniem, ale na pewno było go sporo hehe. Do klubu dotarłem pół godziny przed występem pierwszej kapeli i od razu zauważyłem, że w knajpie ludzi jak na lekarstwo. Obawiałem się o frekwencję, ale jak się miało potem okazać, większość olała sobie supporty i przyszła wyłącznie na mistrzów ceremonii.

toxic bonkersPostanowiłem poczekać na Toxic Bonkers przy kuflu zimnego piwka (trochę to naciąganie, bo ani to kufel – tylko plastikowy kubek, ani to piwo – tylko jakaś szczyna) wiec zasiadłem wygodnie w loży koło sceny. Piwo wypiłem w tempie ekspresowym i dobrze, bo punkt 19 na scenie pojawili się grindowcy z Łodzi, którzy nie od wczoraj szerzą swoją propagandę. Ja bardzo dawno temu miałem okazje ich podziwiać przy okazji jakiegoś rzeszowskiego koncertu, więc z miłą chęcią pomaszerowałem pod scenę, aby zobaczyć jak to się teraz chłopaki prezentują. No i co? Było bardzo dobrze! Od razu napiszę o jednym tylko mankamencie: kiepskim brzmieniu. Nie wiem czemu tak słabo to musiało brzmieć, szkoda mi trochę chłopaków, bo ich muzyka ucierpiała ma tym, że ktoś zrobił z niej miejscami zwykły hałas. Niemniej jednak: występ mi się bardzo podobał. Poleciało parę fajnych numerów, ot choćby ich klasyczny przebój będący prawym prostym w tak zwanych „polskich patriotów”. Jak by ktoś nie wiedział to chodzi o „Nazi fuckers”. Miłym dla ucha akcentem było też zagranie starego numeru „Otwórz oczy” z płyty „Blindness”. Uważam, że koncert był dobry, szczególnie podobało mi się, że ekipa zrezygnowała ze ścieżki kombinacji, którą obawiałem się że pójdą po wydaniu „Plague”. W ten piątkowy wieczór byłem świadkiem czystego grindowego rozpierdolu, który robi mi bardzo dobrze, hehe.

aremd for apocalypsePo około 40 minutach Toxic Bonkers zwinęło się ze sceny, a ja poszedłem na tradycyjny shopping i fajeczkę. Czynności te nie trwały jednak zbyt długo, bo po chwili na scenie już zwarty i gotowy prężył się amerykański Armed for Apocalypse. Wpadli oni na tę trasę niejako z rozpędu i byłem ciekawy, co też zaprezentują w „Kwadracie”. Nie znałem ich wcześniej kompletnie, nie słyszałem ani jednego dźwięku nich muzyki, ale pod sceną oczywiści się znalazłem. Okazało się, że to trochę nie moje granie, ale muszę przyznać, że brzmienie mieli już zupełnie inne i rozjebały mnie te ciężkie jak młot kowalski riffy. Prezencja sceniczna też zajebista. Szczególnie zasługuje to na słowa uznania perkusista z łapami jak bochny chleba, który za swoim zestawem się nie oszczędzał i naprawdę odwalał kawał zajebistej roboty. Ja odwaliłem swoją robotę w postaci pstrykania fotek, po czym udałem się po piwko z zamiarem obejrzenia reszty występu Armed for Apocalypse zza „kufla” złocistego napoju. Spore było moje zdziwienie, gdy nawet nie zdążyłem upić dwóch łyków a tu wokalista zapowiada ostatni numer. Koncert trwał 20 -25 minut, co skłoniło mnie do refleksji nad sensem takich supportów. Nie była to zła muzyka, ale mam wrażenie, że Armed for Apocalypse został wrzucony tu na siłę i nawet nie dano mu się w pełni zaprezentować. Nic to. Zaraz danie główne hehe.

Napalm deathW klubie w końcu zaczęło się zagęszczać – na szczęście, bo na początku frekwencja nie powalała… Techniczni w błyskawicznym tempie zwinęli perkusję, na której grały dwie pierwsze kapele, ekspresowa próba dźwięku i musiałem piwo dokańczać wielkim łykiem, bo na scenę już zaczął gramolić się Barney z kolegami… Na początku rzuciło się w oczy wszystkim, że czterech strun nie szarpał Shane tylko jakiś dziwny gość hehe. Oczywiście Barney podczas swoich wywodów między kawałkami wyjaśnił sprawę: urodziło mu się dziecko i nie mógł pojechać na trasę. Trudno. Sto lat dla potomka, oby był ładniejszy od tatusia hehe. A co do samego występu. Tu wiele słów marnować nie trzeba. Napalm Death to klasa sama w sobie, najwyższa półka, jeśli chodzi o koncerty. Barney jest dla mnie frontmanem wszech czasów. Gość już powili będzie dobijał do pięćdziesiątki, a ma więcej energii niż niejeden gówniarz, na scenie wszędzie go pełno, biega, macha dynia… O gadaniu już nie wspomnę, bo chyba każdy wie jak to na koncertach Napalmów wygląda – konferansjerka pierwsza klasa hehe. Co do doboru numerów to oczywiście jak zawsze same przeboje. Jedynie, co to przyznaję: bardzo słabo znam jeszcze „Utilitarian”, bo jakoś leży ta płyta i nie mam czasu się w nią wgryźć głębiej. Ku mojej wielkiej uciesze mogłem usłyszeć „On The Brink Of Extinction”, „Nazi Punks Fuck Off”, „Suffer the Children”, “From Enslavement to Obliteration”, czy oczywiście nieśmiertelny “Scum”. To i wiele, wiele innych przebojów zabrzmiało w piątkowy wieczór na “Kwadratowej” scenie hehe. Koncert zajebiście udany, mnóstwo energii, baterie naładowane na długo.

Trochę wcześnie się ta cała impreza skończyła, czego się nie spodziewałem i z tego powodu mając sporo czasu do busa zmuszony byłem urządzić sobie nocny spacer po Krakowie. Po godzinie łażenia znalazłem knajpę z wolnym miejscem, wypiłem jedno piwo i udałem się na dworzec, aby złapać busa do domu. W głowie cały czas szumiało a zapach napalmowej śmierci przypominał o tym, czego przed chwilą byłem świadkiem…

A tutaj reszta zdjęć!