Mordant Winds Across Europe: Aura Noir, Obliteration, Vorbid; U Bazyla, Poznań; 5.12.2018

Zbliża się koniec roku. Wszystkie najlepsze sztuki już za mną pomyślałem sobie. Jednak pozostała jeszcze jedna, na którą sam nie widziałem czy pojadę. Wszak koncerty w środku tygodnia w innym mieście to wyzwanie logistyczne zwłaszcza, że następnego dnia trzeba na tą 8 w pracy się stawić. Z Gdańska do Poznania nie jest jakoś masakrycznie daleko, jednak czas podróży potrafi się odpowiednio wydłużyć. Dobra, jebać to i pomyślałem sobie, że w końcu Obliteration i Aura Noir na żywo trzeba zobaczyć, bo tyle okazji co było, to nawet sobie nie przypomnę.

Na pierwszy zespół tego wieczoru udało nam się spóźnić minimalnie. Choć dużej straty nie było, bo jakby nie patrzeć Vorbid to nie koniecznie moje granie. Ot 4 kuców, którzy dostali dofinansowanie od norweskiego rządu na rozwijanie swojej pasji ruszyło dzięki dobroci starszych kolegów na trasę po europie. Tutaj swoje czepianie zakończę, bo choć Vorbid niekoniecznie wpada w moje gusta (a gusta młodszych, zapewne tak) to przyznać muszę, że młodzież potrafi jednak grać. Choć ich thrash metal miejscami wpadał w dosyć spore dłużyzny, to jednak miejscami potrafił stworzyć (sic!) odpowiedni klimat. Człowiek miejscami czuł się jakby przeniósł się w muzycznym czasie, gdzie tego typu muzyka królowała. To już dobrze wróży na przyszłość tym młodziakom. I w sumie tyle jeśli chodzi o występ tychże. Brzmiało to wszystko w miarę dobrze, a i ja w końcu miałem okazję odwiedzić nowego Bazyla. Klub fajny, wybór piwek też dobry. System ze zwrotnym kubkiem też może być. Ogólnie na plus, choć stary Bazyl miał swój specyficzny klimat.

Ubezpieczyłem się więc w drugie piwko tego wieczoru, zająłem odpowiednią pozycję i mogłem oddać się muzyce Obliteration we władanie. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem “Perpetual Decay” z miejsca zostałem kupiony przez ten zespół. Death metal, ale jakże prosty i kopiący w dupala. Z oldschoolowym klimatem, odpowiednim, zimnonorweskim wręcz darkthronowskim feelingiem i duchem starych mistrzów gatunku. Może i na tamte czasy ukazywały się lepsze pozycje, ale to właśnie tym wszystkim Obliteration wtedy mnie zrobił najbardziej. I równie dobrze zrobił mnie tego wieczoru. Właśnie surowość i pozorna prostota, ale i techniczne, zbrutalizowane mistrzostwo. Tutaj nie było miejsca by złapać oddech. Blasty były gęste niczym smoła, riffy zakręcone jak sznur na gardle, a wszystko to było niezwykle czytelne i proste w odbiorze. Tak właśnie jawiła się muzyka Norwegów tego wieczoru. Set oparty był w głównej mierze o nowy krążek ale znalazło się też miejsce dla kawałków z “Black Death Horizon” jak i “Nekropsalms”. Albumów tak różnych, ale jakże dobrze pokazujących drogę tego zespołu do punktu, w którym obecnie są. Muzyka Obliteration to już nie jest standardowy death metal, kopiujący mistrzów czy tam protoplastów. Tylko jasno zdefiniowane szaleństwo, o klasycznej podstawie w bardziej nowoczesnym wydaniu. Trochę zabolało mnie, że nie znalazło się w zestawie coś właśnie z “Perpetual Decay”, ale rekompensata za ten brak była po prostu wyborna. “Tumulus of Ancient Bones” czy “Detestation Rite” z “Cenopath Osbscure”, które zabrzmiały wręcz wybornie tylko potwierdziły klasę tego zespołu. Koncert mistrzowski, a album to absolutny top tego roku, bez dwóch zdań.

Emocje nieco opadły, portfel schudł o parędziesiąt złotówek na merch ale serducho waliło cały czas jak Zygmuntowski dzwon, bo za chwilę na scenie miała zjawić się Aura Noir. Dobrze pamiętam pierwsze muzyczne spotkanie z tym zespołem. “The Merciless” rozdał mnie równie dobrze, jak wspomniane wcześniej “Perpetual Decay” Obliteration, a potem poszło już z górki. Co prawda kolejne albumy Norwegów już tak dobrze mi nie wchodziły, ale po ostatnim “Aura Noire” stwierdziłem, że w końcu ten zespół wyszedł na prostą. I koncert tego wieczoru to potwierdził. I co ważne, znalazły się na liście kawałki właśnie z “The Merciless”. Więc kiedy jako pierwszy rozbrzmiał “Sons Of Hades” z “Black Thrash Attack” było wiadomo już z góry, że ci goście rock’n’rolla uczyli się od Elvisa. Ja pierdolę, wszystko brzmiało tak, jakby właśnie sam król wyszedł z piachu i zaczął grać metal. Dobrym tego przykładem był właśnie “Dark Lung Of The Storm” z “Aura Noire”. Ile tam rock’n’rolla było, to ja nawet nie. Może i nie był to black/thrashowy “Jail House Rock”, to jednak miał on tyle samo mocy, co kawałek Króla w jego szczytowej formie. I choć Aggressor siedział grając na gitarze, było widać, że chętnie by na tej scenie zrobił rozpierdol. Im dalej więc ten koncert trwał, tym więcej mocy nabierał i tym bliżej było do piekła (tak, nie obyło się bez “Hades Rise”!). Nie mogło więc zabraknąć takich strzałów jak chociażby “Black Metal Jaw” (moc na żywo!), “Broth Of Oblivion” i co najważniejsze, “Destructor”. Wtedy właśnie poczułem, że: tak, tego mi było potrzeba właśnie najbardziej! Black’n’rolla! Kiedy wydawało się więc, że ostatnim kawałkiem na dobicie będzie “Black Thrash Attack” przy którym ucieszyłem się jak dzieciak po wybiciu szyby u proboszcza, panowie na bis zagrali “Heaven’s of Fire” wiadomo kogo.

To było idealne zwieńczenie tego koncertu. Jednak choć Aura Noir pokazała klasę, to jednak Obliteration tego wieczoru absolutnie i bezapelacyjnie rozdało karty. I tak, to była dobra decyzja by jechać na ten koncert, mimo późniejszego zjebania, powrotu po 3 nad ranem do domu, niecałych dwóch godzinach snu i pełnej zmianie w pracy.

Autor

380 tekstów dla Chaos Vault

M. Grafoman, pies karawaniarski... Koneser i nałogowy degustator 40%. Fan zarówno śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii... W 33,4% joürnalist a 66,6% drünk bästard...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *