Taki jestem jebnięty, że zaraz na drugi dzień po Black Silesia Festival II w Gliwicach wybrałem się na rzeszowski odcinek trasy Morbid Intoxicunts Tour. No jednak szkoda byłoby mi odpuścić taką imprezę, szczególnie że ostatnimi czasy w Rzeszowie nagminne jest olewanie gigów (biję się w pierś, zaspałem po Triptykon na Pandemonium). A poza tym połowa kapel to jednak koledzy przyjechali, dawno nie widziani, więc tym bardziej w niedzielny wieczór stawiłem się w Klubie Vinyl. Ludzi praktycznie jeszcze nie było i co tu dużo mówić, ukłuliśmy z kolegą Bartkiem i Mekongiem zgrabne hasło reklamowe: „Rzeszów. Jest jak jest.” Myślę, że mówi wszystko.

Ale po kolei. Jako, że pogoda nas rozpieszczała, a ja w ferworze walki podarłem sobie ostatnie wyjściowe koncertowe spodnie, postanowiłem wpaść se na luzaka, w krótkich gaciach i adidasach. No jak nie ja, efektem czego rzeczowny Bartek nie poznał mnie w tłumie. Ostatni raz tak się wygłupiłem. Jako, że w klubie zjawiłem się dość wcześnie, to zdążyłem jeszcze łyknąć piweczko zanim na scenie zameldował się Outset. Ten Outset mnie ciekawił, bo nie wiedziałem, że jeszcze ktoś w Rzeszowie słucha thrash metalu a co dopiero zakłada thrash metalowe kapele. A tu się znalazła czwórka młodzieniaszków, która jednak chce coś w tę stronę przykombinować. No i cóż, mogli się pochwalić przed kilkunastoma jeszcze osobami. No nie mogę powiedzieć, żeby mnie ich muzyka porwała, ale tragedii też nie było (zdecydowanie słyszałem gorsze zespoły). Ot, taki thrash metal kojarzący mi się na żywca z Testament czy nowszym Overkill, sporą dawką groove. Czyli zasadniczo coś, od czego zaczyna każda młoda kapela thrash metalowa. Chłopaki (i dziewczę) byli nieco stremowani, gitarzysta i basista w sumie nieruchawi, wokalista zaś starał się nadrobić za nich. Nie wiem tylko po cp mu była ta chusta wsadzona w gacie, no ale może się kiedyś dowiem. Wstydu sobie w każdym razie nie narobili, ale ochów i achów też nie było – jednakże wszystko jeszcze przed nimi.

Pod koniec koncertu Outset udałem się pod bar, a na scenie rozkładało się Inverted Mind. Zasadniczo miałem ich zoabczyć, ale jak się rozsiedliśmy z kolegami na kanapach, to jakoś ciężko nam było się podnieść, poza tym przyszła pora na podsumowanie wczorajszego koncertu, już na chłodno i na trzeźwo. Ja sobie odsłuchałem akurat wcześniej ich debiucik, który leży w kolejce do recenzji i no jakoś mnie nie ciągnęło pod scenę tego wieczora. Wybrałem piwko. Jest jak jest.

Ale po Inverted Mind już się udałem pod scenę na powrót, bo instalowało się na niej Dira Mortis (for the first time in Rzeszów, hehe). Leszek to mój ziomek z Gorlic, no a poza tym rzeźbi naprawdę dobrą muzykę. A że rzadko grają live to ta trasa to całkiem fajny pomysł. No więc Dira Mortis weszło na scenę i zasadziło naprawdę niezłą sztukę, nawet mini mosh udało się zrobić. Ich numery nie należą do najłatwiejszych, bo i muzycznie ewoluowali i obecnie są to kilkunastominutowe niemal walce. Ogólnie zagrali więc pięć kawałków. Jak schodzili ze sceny to najebany typ darł się do nich „jeszcze jeden! Jeszcze jeden!”, na co wokalista Łukasz odpowiedział mu krótko, acz z sensem: „pojebało Cię, my mamy numery po piętnaście minut”, hehe… Ogólnie koncert bardzo dobry i brawa dla kapeli, że potrafią odegrać te kawałki na żywca, oddając przy tym ich ciężar. A jak popatrzyłem na grę Wizuna to aż mi głupio, że uśmierciłem chłopa w newsie, który na szczęście się nie sprawdził. Klasa.

Po Dira Mortis znów wycieczka pod bar, zwłaszcza że kolega Guma miał urodziny i jakoś tak familiarnie się zaczęło robić. A na scenie instalowali się już chłopacy z Terrordome. Kurwa, strasznie ich lubię i znów pozwolę sobie na dygresję, że na przykładzie tej kapeli widać, jak zajebaną rzeczą jest „moda” – pamiętam, że na ich koncerty jeszcze kilka lat temu to dzieciaki w czapeczkach pchały się dosłownie po dwie setki, a tego niedzielnego wieczoru w klubie było z pięćdziesiąt – sześćdziesiąt osób, z czego większość to raczej zbliżająca się do kryzysu wieku średniego niż do swojego pierwszego razu, że tak to ładnie opiszę. No i zaczęli, jak zwykle jakby na scenie wybuchła petarda – szybkie strzały, charakterystyczny wokal Łapy, agresja i wkurwienie – tak pokrótce mogę opisać sety Terrordome. Sama przyjemność oglądania, nawet już nie wiem, ile razy miałem okazję widzieć ich na żywca – i zawsze fajnie. Ale że gdzieś w połowie ich setu skończyło mi się piwko, udałem się pod bar, a tam akurat stał Leszek. I jak zaczęliśmy gadać, to zeszliśmy na tematy starych czasów i tak już w sumie zostałem przy tym barze na kolejne piwo.

Pod scenę wróciłem na ostatni band tego wieczoru – brazylijskie Chaos Synopsis. Lubię ich, lubię ich debiut, lubię ich split z rzeczonym Terrordome, a że w niedzielę akurat wymieniłem się z wokalistą nową płytą za ziniacza, to i ją już zdążyłem odsłuchać i się polubić. Jakoś jednak dotychczas nie miałem okazji zobaczyć ich na żywca aż do teraz. I też sobie chwalę – bardzo fajny gig. Wydaje mi się, że o ile wcześniej więcej było u nich wpływów death metalu tak teraz jest to raczej thrash metal w zdecydowanej przewadze. A chyba najbardziej mi się kojarzy z Sepulturą z okresu od drugiej do czwartej płyty, nawet abstrahując od ich pochodzenia. Sam set był bardzo fajny, agresywny, kapela wydawała się zadowolona z odbioru ich muzyki, zwłaszcza, że dzień wcześniej w Olkuszu była ponoć chujówka. A tak – kapela dała dobry, czterdziestopięciominutowy set. Miło ich się ogląda, miło macha się do nich głową. Pod koniec zebrani poskandowali przez chwilę nazwę kapeli, więc Brazylijczykom na pewno zrobiło się miło na serduszkach. Zasłużenie.

A jak już zeszli ze sceny koło godziny 23:00 to nie pozostało mi nic innego jak dopić browarka i powoli ewakuować się w stronę domu wszak o godzinie 6:00 dnia następnego należało zebrać się do kupy i iść zarabiać na chlebek. Ale powiem Wam, że to był bardzo porządnie spędzony, niedzielny wieczór. Polecam wszystkim takie spędzanie czasu, w dobrym towarzystwie, przy dobrej muzyce i z dobrym browarkiem w dłoni. A że frekwencja nie zabiła – Rzeszów. Jest jak jest.