MIndless Mass Tour: Sphere, Epitome, Slaves of Evil, Atropine; Klub Vinyl; 21.06.2015

mindless mass nightCoś czuję, że to był ostatni koncert w Rzeszowie na sezon wiosna/lato 2015. W jego czasie podziwiać mogliśmy kreacje uszyte przez reprezentantów polskiej sceny – szyte w sumie na miarę, przede wszystkim pod pasjonatów mundurków z ludzkiej skóry, ale nie tylko.

Sam koncert miał miejsce w niedzielę, a co za tym idzie – nie każdemu pasował fakt, że zły świat zaraz po niedzieli ustanowił poniedziałek, kiedy to większość z nas idzie pracować na kieliszek chleba. Wychodząc temu naprzeciw organizatorzy koncertu zaordynowali, by recital zaczął się ciut wcześniej, aby osoby weń uczestniczące mogły się wyspać przed kolejnym dniem. Wiele to nie pomogło – w zasadzie Rzeszowiacy olali odcinek Mindless Mass Tour w swoim mieście, czym mnie nie zaskoczyli. Choć wielkiej tragedii też nie było.

atropinePierwszym zespołem niedzielnego popołudnia było Atropine. Lokalny zespół z kolegami w składzie. O ile mnie pamięć nie myli, gdy organizowaliśmy z Efem i Bartkiem któryś tam odcinek Metal Reich to Atropine było otwieraczem. Nie pamiętam, jak wtedy wypadli, hehe. Ale tym razem byłem naprawdę pozytywnie zaskoczony – chłopaki zagrali na dwie gitary, bez basu, ale nic to nie przeszkadzało. Fajna porcja klasycznego death metalu w stylu Morbid Angel, Suffocation czy Cannibal Corpse – mocno, z przytupem, bez specjalnego silenia się na oldskulowe brzmienie. Co zresztą nie wypaliło by, bo zespół ma w składzie jakiegoś młodzika na wokalu, żywcem wyrwanego ze sceny defkorowej. A przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Ale wokal miał dobry. Chłopaki pograli może z pół godziny i naprawdę mi się podobało. Przede wszystkim – mieli dobre nagłośnienie i dobrze brzmieli. Wszystkie zespoły tego wieczoru tak zresztą wypadły, co rzadko się zdarza w Vinylu. Ponoć chłopaki coś tam modzą, są plany wysmażenia jakichś nagrań, więc może być ciekawie. Atropine było zdecydowanie dobrym rozpoczęciem tego koncertu.

A co może być lepszym dodatkiem pod dobre rozpoczęcie gigu? Ano oczywiście piwo, którem raczyłem się w przerwach przy barze bądź w palarni bądź w korytarzu. Czas na to był, bo rozkładanie gratów przez zespoły tego dnia było coś wydłużone i minęła chwilka zanim na deski weszli muzycy z Dąbrowy Górniczej działający pod szyldem Slaves of Evil. Mało osób ich kojarzyło, ale ja miałem to szczęście, że recenzowałem ich debiutancki krążek, który zdecydowanie przypadł mi do gustu. Stąd też zainteresowany byłem, jak kapela wypadnie w konfrontacji z publicznością. Cóż, zadanie mieli nie łatwe, bo Rzeszowiacy lubią piosenki, które znają. Co prawda muzyka Slaves of Evil nie była obca, bo któż nie kojarzy Krisiun, Morbid Angel (ponownie) i im podobnych wypieków z death metalowego, amerykańskiego pieca. Sam zespół stanowił jednak dla publiki zagadkę, stąd też Slaves of Evil grał dla praktycznie pustej sali, zaś pierwsi widzowie stali od sceny w odległości kilku metrów, jakby bali się podejść bliżej nieznanego im hordu. A jak sam występ? Ano w porządalu, choć przyznam, że jakoś bardziej podeszła mi ich muzyka z „Madness Of Silence” odsłuchiwanej w domowym zaciszu niż na gigu. Kolejny zespół, który nie potrzebował basisty, a szkoda hyhy. W przypadku Slaves of Evil brzmienie również nie pozostawiało wiele do życzenia, choć jak na moje ucho wokal wypadł trochę słabawo lub był po prostu zbyt cicho. Zasadniczo jednak powodów do narzekań kapela mieć nie powinna, choć może publika nie dała tego po sobie poznać.

Trzecim zespołem był headliner trasy Mindless Mass Tour, stołeczny Sphere. Ich ostatni album, który dane mi było słyszeć, „Homo Hereticus” jest całkiem dobrym krążkiem. Może bez spazmów, ale źle nie jest. Dziś panowie mieli za zadanie popromować nadchodzący materiał, to jest „Mindless Mass”. Weszli więc na deski klubu Vinyl i poczęli promowanie. Już dziś mogę Wam powiedzieć, że ludziska którzy byli tego dnia w Rzeszowie na ich gigu zakupią ten krążek (albo przynajmniej zassają w dniu premiery jak prawdziwi maniacy, hehe!). I nie dziwię się, bo zespół wypadł bardzo dobrze. Przede wszystkim – był pierwszą kapelą tego wieczoru, któa faktycznie się ruszała na scenie. A wokalista to już w ogóle uznał, że jednak ciasne deski Vinylu to dla niego za mało i wskoczył sobie w któymś tam momencie do kilku kolesi uprawiających sobie leko ułomny i malutki, ale jednak, młyn. Serio – ten gość jest na koncertach lokomotywą napędzającą cały skład Sphere i można powiedzieć, że był wodzirejem wieczoru. Wokalnie też nieźle sobie radził, może poza czystymi momentami, kiedy to albo brakowało siły, albo nagłośnienie nie było adekwatne. Muzycznie zaś – kolejna porcja death metalu na dobrym poziomie. Zagrali chyba sporo numerów z tego nowego albumu, ale głowy nie dam, bo nie znam, a i fanem wybitnym nie jestem. Ogólnie, bardzo fajny występ.

epitomeAle ja tam czekałem na koncert kolegów, bo jak dobrze wiadomo Oracle to tylko kolesiostwo, loża i włazidupstwo, hyhy. Epitome natomiast na żywca nie widziałem już z dwa lata od (częściowo nie)pamiętnego gigu w Bielsku Białej. Lubię ichniejszego grajnda, lubię ich koncerty i w ogóle. Panowie często nie grają, więc lubię je tym bardziej. W Rzeszowie zamykali cały set zespołów (zdziwiłbym się, jakby mieli grać jednak przedostatni), a że dwa dni wcześniej grali bodaj na Słowacji, dzień wcześniej na urodzinach Parricide to przed samym koncertów na orłów nie wyglądali. Zresztą, jak powiedział jeden z członków zespołu (nie podamy jego danych, imię i nazwisko tego wokalisty do wiadomości redakcji, hehe) to był drugi koncert w życiu który zagrał na trzeźwo hehehe. Ale nie było tak źle, wbrew obawom – ba, było bardzo dobrze. Twórcy „TheoROTical” wciąż zdaje się promują wspomniany krążek, który niestety jednak przeszedł trochę bez echa, przynajmniej w polskiej prasie metalowczykowej, stąd też sporo numerów z tego opusu można było usłyszeć tego wieczoru. Jeszcze może tylko nadmienię, że Epitome tradycyjnie wystąpił upaćkany czerwonym płynem, w lekarskich ciuszkach – fajnie, że się tego trzymają. Rzeszowianie zagrali coś ponad czterdzieści minut, w czasie których faktycznie ludzie w klubie wykazali większą aktywność niż dotychczas. Zwłaszcza dwóch emo chudzielców – nastolatków, zaczeło być dla mnie wyjątkowo wkurwiających, uprawiać to swoje niby karate i próbowali usilnie wciągnąć mnie w to coś. Ha. Nie wiedzieli jednak, że po dobrej wódzie lepszy jestem w dżudzie i jak jednym cisnąłem to mu aż kredki z tornistra wyleciały, po czem przyszedł pytać dlaczgeo go popycham i dlaczego jestem agresywny. Pchłem go więc na drugą nóżkę i do końca gigu miałem spokój. Wracając jednak do koncertu, bardzo mi się podobało, a jak kapela stwierdziła, że kończy grać, to ludzie pod sceną stwierdzili, że nie ma tak letko i wywołali ich jeszcze na bis, a tym był cover Mortician, pięknie zagrany, idealny na dobitkę – taki utrwalacz wpierdolu, jak browar po półlitrówce.

OK, żeby nie przeciągać tej przydługiej już relacji – naprawdę fajna impreza, choć skończyłem ją na trzeźwo. Wszak poniedziałek zobowiązuje do bycia pięknym i pachnącym. W sumie wszystkie kapele zagrały bardzo fajnie, więc wieczór uważam za udany.

PS. Zdjęcia podpierdoliłem z fejsbuka, nie wiem kto jest autorem, jak ktoś ma z tym problem niech pisze, to usunę i spokój.

Autor

9783 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *