Co ja miałem z tym wyjazdem, to niech mnie drzwi ścisną. Najpierw miałem jechać, a potem w robocie ubzdurali sobie, że jestem nieodzowny podczas zagranicznych targów więc już miałem wizję wyjazdu walącego się jak stare budownictwo. Szczęśliwie w pracy doszli do wniosku, że jednak Oracle bardziej się przyda w Lublinie i w ostatnim momencie oznajmili mi tę szczęśliwą wiadomość. Chyżo zadzwoniłem więc do kolegów, ażeby trzymali mi miejsce i we wtorkowe popołudnie udaliśmy się w podróż.

Podróż szła jak krew z nosa, bo droga zajebana była przez Tiry, więc do Lublina jechaliśmy powoli, jak jezusek na osiołku. No ale piwko uprzyjemniało drogę, a rozmowy o scenie i życiu toczyły się w najlepsze. Pod klub Graffiti zajechaliśmy praktycznie na styk, czasu wystarczyło nam na tyle, żeby machnąć jeszcze piwko pod klubem – i to nawet nie całe, a jedno na dwóch! Ot, kejosowa solidarność. I prawdą jest to co mówią, że w Lublinie Perła smakuje bardziej.

Jako że dobra koleżanka sprzedała mi cynk, czego winienem się spodziewać na merchu, wiedziałem mniej więcej jak rozplanować pinionżek, więc po przywitaniu się z szanownym kolegą organizatorem Mintajem pobieżyłem wartko po winylek Lvcifyre, potem po piwko i hop pod scenę bo deski we władanie przejęło właśnie Bestial Raids. Nie zliczę, który raz ich już dane mi było zobaczyć, ale przecież nie ma tego złego – ja tam mogę ich oglądać dużo dużo razy. Zauważę, że w przypadku tak kurewsko intensywnej muzyki brzmienie jest cholernie ważne, szczęśliwie dźwiękowcy w Lublinie stanęli na wysokości zadania. „Ceremonial Bloodshed” czy inne numery brzmiały zajebiście brutalnie, mocarnie. A jako że kapela niedawno wydała swój nowy album to i z „Master Satan’s Witchery” można było usłyszeć co nieco, z tym że ja nigdy nie mam pamięci do tytułów (a po piwie to zwłaszcza). Do klubu ludzie jednak dopiero się schodzili, więc publiki nie było jakiejś największej, jednakże młyn był (choć jak żyję to nie pamiętam takiego lajtowego napierdalania przy ich muzyce, no jak nie na Bestial Raids), a jednego znajomego to nawet ochrona wyprowadziła. Dlaczego? No bo trzymał w dłoni bulletbelta, co się panom nie spodobało. Dziwne, bo nie napierdalał tym pasem innych, ot trzymał go w górze. No życie, ale nie do końca rozumiem.

Bestial Raids swój recital rozłożyło na mniej więcej czterdziści minut i było to naprawdę wyczerpujące. Jasne więc, że trzeba było podejść po jakieś coś do płukania gardła i tak dalej. Przy okazji rozejrzeć się po klubie, bo w tym przybytku byłem po raz pierwszy – w sumie duże to to nie jest, ale sporo ludzi pomieściło. Na dole szatnia, na górze bar, sala i palarnia (to ostatnie na balkonie, więc przy wygwiździe jaki panował sam się sobie dziwiłem, że byłem taki towarzyski i łaziłem z ludźmi na ćmika, mimo żem niepalący). No i fajnie było spotkać osoby, z którymi dotychczas znajomość ograniczała się do okienka fejsbukowego. Ale sielanka nie trwała długo, bo oto scenę przejmowało Lvcifyre, a chciałem ich cholernie zobaczyć na żywo, zwłaszcza że wydany trzy lata temu „Sun Eater” to album, który kruszy mury. I tak, kapela weszła na scenę i wylały się na nas pierwsze dźwięki smolistego death metalu, nie mogłem się powstrzymać i poszedłem w tany. Po około trzech albo czterech numerach nastąpiło to, co podskórnie się czuło, że nastąpi (skutecznie podsycane przez enigmatyczne anonse Left Hand Sounds) – na scenę wszedł Marek z Death Like Mass / Cultes Des Ghoules. I wszyscy dowiedzieliśmy się, jak zabija Diabeł. No powiem tak – wokal tego gościa na żywo wcale nie ustępuje wersji z płyt, a ja miałem dosłownie ciarki. Pod sceną – obłęd, na scenie – szaleństwo. Naprawdę, to był zdecydowanie najlepszy występ tego wieczora. W tym składzie usłyszeliśmy bodajże dwa numery i to było niczym mokry sen. Chore i opętane. Po tym wykonaniu Mgła była już jak wisienka na torcie.

Mgła wciąż elektryzuje i jest magnesem na publiczność – tego akurat nikt nie neguje, nie ma więc się co dziwić, że Graffiti było nabite w ten wtorek po brzegi, a o ile wiem, podobnie było w każdym innym mieście. Oczywiście tu i tam można usłyszeć utyskiwania, że trasy to nie powinny być dla nich, nawet skłądające się z czterech czy pięciu dat, że słuchają ich hipsterzy (jakby to była wina M. i reszty), ale wiadomo jak to w Polsce bywa. Ja widziałem Mgłę już chyba trzeci raz i za każdym razem są to fenomenalne występy. Tak było i tym razem, choć podczas ich show klub był faktycznie nabity, aż nie chciało mi się dopychać bliżej, połowę koncertu obejrzałem więc z końca sali, połowę gdzieś ze środka. I cóż – Mgła na żywo potrafi wykreować tak samo udanie atmosferę, jaką osiąga na krążkach, a to podejrzewam że nie jest najłatwiejszym zadaniem. I tutaj to już przepraszam, ale nie powiem Wam żadnych tytułów, bo mi się wiecznie u nich te wszystkie numerki mylą. Chwilami miałem tylko wrażenie, że wokal gdzieś niknął, albo to ja odwracałem ucho nie w tę stronę, ale tak czy siusiak – muzyka Mgły jest cholernie transowa, nie inaczej zresztą było w Lublinie. Wprowadzić ludzi w stan osłupienia – to im wychodzi naprawdę dobrze i bez żadnych złośliwości czy reklamowych haseł: to bardzo dobrze dla polskiego Podziemia, że poza granicami Mgła jest synonimem polskiego black metalu. I może byłem ślepy, albo nie patrzyłem pod nogi, ale naprawdę nie uświadczyłem wąsato – brodatych hipsetów z kubkami z Coffee Heaven podczas występu Mgły. Może przez to, że patrzyłem na scenę a nie na ludzi – takim dziwny.

Koncert się skończył i jak to mówił wielki Polak – żal wyjeżdżać. Ale trudno, droga do Rzeszowa już na nas czekała, więc pożegnawszy się z kim trzeba spakowaliśmy nasze pijackie dupy w samochód i wyruszyli przed siebie. Fajny ten Lublin, może trzeba częściej do niego zaglądać…