Wiadomość o tym, że Mgła ma zagrać pierwszy w historii koncert obiegła światek metalowy niczym błyskawica. Nie było innego wyjścia niż jechać. Zakup biletu, skrzyknięcie ekipy i w sobotnie popołudnie wygodnie usadowieni w samochodzie ruszamy do Grodu Kraka. Na miejscu krótka przechadzka po parku i pod klub. Otwarcie bram miało być o osiemnastej, ale jak zwykle sprawy się nieco skomplikowały i w klubie znaleźliśmy się coś przed dziewiętnastą.

To pierwsza moja wizyta w Rotundzie, więc rozpoczęło się od zwiedzania klubu. Miejsce bardzo fajne, przestronne, bar w osobnej sali, ogródek letni. Tylko zastanawiało mnie czy nie można było zrobić normalnych koncertowych biletów a nie dawać takie świstki, którymi to ani się podetrzeć ani się pochwalić. Nie wiem czy w tej knajpie obowiązują takie zasady czy nikomu się nie chciało zaprojektować fajnego biletu, ale mniejsza z tym. Po małym rekonesansie w knajpie postanowiłem zrobić rekonesans na stoiskach. Wybór przebogaty. Dobra wszelkiego ponad stan. U Leszka jak zwykle ceny bardzo przystępne, więc od razu zrobiłem kilka zakupów żeby potem kasa nie poszła przelewem w barze. Ludzi do klubu zaczęło wbijać coraz więcej. Pierwszy raz od dłuższego czasu nie obawiałem się o frekwencje. Pod koniec pojawiły się informacje, że w tym spędzie wzięło udział ponad 400 osób. Grubo! Ale nie o numerkach i cyferkach, a o muzyce miało być. W piwko się zaopatrzyłem i pomaszerowałem pod scenę.

Na pierwszy ogień poszło Medico Peste. To mój drugi koncert tej krakowskiej ekipy, który miałem przyjemność podziwiać. Poprzednio było bardzo dobrze i tym razem również. Niezmiernie jestem ciekaw ich debiutu i dlatego miałem nadzieje, że chłopaki odkryją rąbka tajemnicy i coś z nadchodzącego materiału zagrają. I zagrali. Poleciał „Tremendum et Fascinans”numer, który niedawno pojawił się w sieci i najpewniej coś jeszcze w podobny deseń. Brzmiało to naprawdę potężnie i gęsto. Doskonałe, hipnotyczne melodie połączone z obłąkanym wokalem sprawiały, że włos mi się jeżył na plecach. Świetna sztuka. Po około 30 minutach Medico Peste zeszło ze sceny, a ja udałem się na ciąg dalszy szperania na stoiskach.

Bojąc się jednak o swoje fundusze uciekłem pod scenę na chwile przed rozpoczęciem występu kolejnej świetnej kapeli, czyli Deus Mortem. Wielki był mój apetyt na występ komanda pod dowództwem Necrosodoma, bo na trasie z Bulldozer nie miałem okazji ich zobaczyć. W związku, czym porównań tych dwóch występów nie będzie. Ze sceny od pierwszych sekund polała się pożoga! Zajebiste, wściekłe kompozycje rozruszały publikę i zaczęły się tany. Muzyka Deus Mortem to istna maszyna produkująca wściekłość i nienawiść. Pod sceną amok, a na scenie Necrosodom i reszta jego dywizji wydaje rozkazy. Tłum słucha! Apogeum ten występ osiągnął, gdy poleciał „Spadnie Śmiertelny Cios” z repertuaru Thunderbolt. Absolutny kult! Nie spodziewałem się tego. Moje serce zabiło mocniej! Śmierć!!! Około pół godziny trwała ta anihilacja, ale to wystarczyło żeby z publiki wykrzesać ostatnie siły. Inna sprawa, że na sali zaczęło się robić zajebiście gorąco i zimne napoje już niewiele pomagały.

Poszedłem zaczerpnąć świeżego powietrza na ogródek i trzeba było wracać do pod scenę. Trochę problemów technicznych i ruszyła kolejna wojenna maszyna, czyli Blaze of Perdition. Przy okazji niedawnego ich występu na rzeszowskiej ziemi razem z Iperyt wypowiadałem się na temat ich prezencji scenicznej, więc za bardzo się nie będę powtarzał. Koncerty grają dobre, ale z płyt lepiej mi to podchodzi. Ich wydawnictw bardzo chętnie słucham, ale na koncercie wole się napić browara i z nieco dalszej odległości patrzeć, co się tam na scenie dzieje. A zwykle trochę się działo, hehe. Kto widział Blaze of Perdition ten wie, o co chodzi. Jak grali „Królestwo Twoje” zacząłem taktyczny odwrót w kierunku baru a że ludzi spragnionych w „Rotundzie” tego dnia nie brakowało to stałem jeszcze, kiedy kończył się następny numer, czyli „Zatracenia Blask”. Potem poszedłem pooddychać świeżym powietrzem, a jak wróciłem to występ dobiegał już końca. Ale główne dania jeszcze przed nami. Dopiłem piwko, które z biegiem czasu robiło się coraz bardziej obrzydliwe i poszedłem w okolice sceny.

Wiadomo nie od dziś, że występy Bestial Raids można określić jednym słowem: WOJNA! Ta czarna trójca z Kielc potrafi rozpierdolić na żywo. Nie inaczej było i tym razem. Wściekły i bezkompromisowy Death/Black lał się ze sceny i czynił zniszczenie. Pod sceną walka. Chętnie bym się przyłączył, ale stwierdziłem, że obracający się tam jegomoście to waga zdecydowanie za ciążka jak na mnie i szkoda by było zębów, tym bardzo, że jestem świeżo po wizycie u dentysty hehe. Doskonale na żywo sprawdzają się numery z genialnej „Prime Evil Damnation”, że o tak zwanych klasykach nawet nie wspomnę. To był mój drugi raz, kiedy miałem przyjemność oglądać tą ekipę na żywo i jestem cały czas pod wrażeniem. Niesamowity autentyzm i szczerość. Potęga i dosadność. Cóż można chcieć więcej od koncertu! Sam diabeł stąpał miedzy nami! Gdy chłopaki z Bestial Raids zeszli ze sceny nie było, co zbierać. Front się przetoczył, zostały zgliszcza…

Ale to jeszcze nie koniec. Teraz dopiero zacznie się to, na co większość ludzi przyjechała z najdalszych zakątków polski (albo tylko się przechwalali na forach, że jadą, hehe). Pierwszy występ kultowej Mgły nie mógł pozostać bez echa. Oczekiwania były ogromne i należy zadać pytanie: czy Mgła podołała wyzwaniu? Podołała! Występ perfekcyjny. Prezencja sceniczna również. Czekałem na to żeby usłyszeć zarówno numery z „With Hearts Towards None”, ale i starsze nagrania. I dostałem to, co chciałem. Mdłości I i II czy IV z ostatniego wydawnictwa miażdżą na żywo. Pod sceną amok! Szybsze momenty wywoływały wśród publiki szał niszczenia, wolniejsze hipnotyzowały. Całość misterium trwała około 45 minut, trochę krótko, ale niesamowicie intensywnie. Nie ma, co się nawet rozpisywać, bo po prostu trzeba tam było być! Kto jednak postanowił tego wieczora zostać w domu na pewno nie otrzyma nagrody w piekle. Warto było ruszyć się do Krakowa. Jeśli to pierwszy i jednocześnie ostatni występ Mgły to przejedzie on do historii. A jeśli nie, to masz wyjazd będzie znacznie mniej kultowy hehe.