Jeśliby wziąć pod uwagę wszystkie tegoroczne koncerty wyjdzie mi, że to był naprawdę świetny rok pod względem imprez. Widziałem wszystko, co widzieć chciałem. Wychlałem, co wychlać miałem. Przejechałem tysiące kilometrów i widziałem wszystkich bdb od serca znajomych, których widzieć chciałem (i nie chciałem). Nie można było więc inaczej zakończyć koncertowego roku jak pójściem na Metalową – tfu! – Wigilię. A więc…

Otwierającym całą imprezę został litewski Au-Dessus. Wiedziałem z czym ich muzyka się je, ale jakoś specjalnie nigdy mnie do nich nie ciągnęło. Jednak okazja się nadarzyła, więc postanowiłem te niespełna 30 minut poświęcić na odsłuch tej kapeli live. Post black, z całkiem fajnie rozbudowanym pasażami, z nieodzowną dla black metalu przeplatką wypełnioną wściekłością, całkiem ciekawymi wokalami oraz minimalizmem scenicznym. Litwini pokazali kawał dobrej muzyki. Jednak w chwili obecnej nie jest to ten rodzaj grania, który mógłby mnie mocniej zainteresować. Publice się podobało, mnie w sumie też, więc nie ma co drążyć dalej tematu.

Tego dnia byłem nieźle skacowany po sobotniej imprezie. Głowa bolała, piwo nie pomagało, a dodatkowo na scenie pojawił Morthus który, szczerze mówiąc, chciałbym pominąć. Jednak skoro już grali, to powtórzę to samo, co przy okazji relacji z Into The Abbys. Kompletnie nie moja bajka. Zarówno we Wrocławiu, tak i teraz w Gdańsku, zespół nie pokazał nic, co by mogło go wybić ponad inne. Wtórne, oklepane death/black metalowe łubudu dla dzieciaków, dla których Scream Maker to heavy metal. Może kiedyś, za jakiś czas z tego urodzi się coś więcej. Póki co, daleko od moich zainteresowań gatunkowych. Tak nawiasem, w ogóle odniosłem wrażenie, że tego dnia pojawiło się zdecydowanie sporo niedzielnych fanów muzyki. No ale zostawmy socjologiczne aspekty i skupmy się na muzyce.

Kolejnego występu przegapić już nie mogłem. Furię lubię i szanuję od ponad już dekady. Śledzę każdy ruch tego zespołu i projektów pobocznych. I bardzo dobrze pamiętam też pierwszy koncert tego zespołu na którym dane mi było być. Obecny występ, był piątym który widziałem i kolejnym, po którym moja gęba cieszyła się niezmiernie (choć nie do końca). Furia pokazała, że koncertowo potrafi zadać cios za każdym razem, kiedy ma ku temu okazję. Set objął tym razem utwory z 3 ostatnich albumów grupy. Było więc i “Kosi ta śmierć”, utwór bez nazwy, a także “Zamawianie drugie” prosto z nocelowego eksperymentu. A skoro już zamawiać można było, nie obyło się bez nowych utworów z kandydata na płytę roku. Było więc świetnie “Ciało” i przegenialne “Zabieraj łapska”. I aż żal mocno ścisnął mi gardło, że nie dane mi było jeszcze tej kapeli zobaczyć w ich naturalnym środowisku (czytaj: na Śląsku). Zapewne by było to coś wyjątkowego. Gdy emocje już nieco opadły, doszedłem do finalnego wniosku, że Furia choć scenicznie to klasa sama w sobie, to jednak nie robi ona już na mnie takiego wrażenia jak kiedyś. Przesyt? Być może, ale muzycznie na pewno nie. Furia dalej ewoluuje i na pewno na kolejny koncert zawitam.

Odkąd pamiętam nigdy jakoś specjalnie muzyką Watain się nie interesowałem. Coś tam kiedyś jednym uchem wpadło, drugim wypadło i tyle Szwedów słyszałem. Nie mniej trzeba przyznać im jedno. Show to oni potrafią zrobić. Gdy światła przygasły, na scenę wkroczył zespół. Pochodnia trzymana przez Erika niosła ogień rozpalając świece na scenie zapewniając tym samym odpowiedni klimat. Gdy wszystko było już gotowe po rozpoczęło się black metalowe misterium. Przyznam, misterium pełne obecności zła i samego Diabła. Muzyka miała odpowiedni wykop i feeling. Nie czuło się znudzenia zaś minimalistyczne podejście do tematu (oke, rekwizyty typu czaszki, kości, świece, żelastwo owszem były, ale ładnie robiły za tło) sprawiło, że radości ze słuchania tego zespołu było co niemiara. Jednak tylko przez mniej więcej 30 minut. Potem nastąpił powolny zjazd w dół. I z mocą i z radością ze słuchania. I faktycznie, musi być w tym coś, że “Casus Luciferi” choć to płyta – jak mawiają inni – genialna, to jednak nie pozbawiona wady, którą jest nierówność materiału. Nie mniej, całość występu bardzo mi się podobała, choć nie przekonał mnie on na tyle, bym zaraz miał lecieć do muzycznego, by kupić całą dyskografię hordu Erika.

I w końcu główny punkt programu, Mayhem. Można wiele mówić o tej kapeli. A że to “De Mysteriis Dom Sathanas” to dzieło epokowe dla black metalu, a że ostatnie majemy to o kant dłupy potłuc i tak dalej i tak dalej. Nie mniej, nie można im odmówić, że mimo wszystko są żywą historią gatunku. Gatunku, który wyhodował przez te prawie 3 dekady setki, a jeśli nie tysiące zespołów, które w swych inspiracjach wymieniają właśnie ich. Czy miałem jakieś oczekiwania względem tego występu? Nie. Miałem tylko małe wątpliwości, czy aby na pewno taka formuła (granie całego klasyka) ma sens. I nadal uważam, że nie ma. I o ile niektórzy potrafią się obronić i wyjść cało w starciu ze swoją własną legendą (vide Watain) to już niektórzy po prostu się gubią. Mimo to obejrzałem występ na spokojnie, w pełnym (no prawie) skupieniu. I co by złego nie mówić, to “Funeral Fog” jak i “Freezing Moon” po prostu mnie rozjebały. Majstersztyk. Legenda. Piękno. Prawdziwa satanistyczna msza. Nie mniej im dalej było w las, tym mocniej zacząłem odczuwać przesyt formy nad treścią. Teatralność trąciła tragikomedią, zaś sama muzyka traciła na sile z każdym odegranym riffem i wykrzyczanym wersetem. Z resztą, dźwiękowiec zawalił sprawę, bo mógł o te parę decybeli zespół nagłośnić, zaś Attila skupić miejscami bardziej na odgrywaniu materiału, niż odstawianiu muzycznej pantomimy (choć te śpiewy do kamery ulokowanej na poziomie scenicznych desek sprawdziły się wybornie, co dobrze było widać na ekranach po bokach sceny). Faktem jest, że tego wieczoru to on był tutaj centralną postacią zespołu, a jego wokal miejscami był niczym pocałunek śmierci niosący charakterystyczny dreszcz, ale z drugiej strony nie tak to sobie wszystko wyobrażałem. Mimo to, po tym co zobaczyłem sądzę, że było warto, choć o wiele bardziej podobał mi się występ na ubiegłorocznym Brutal Assault.

Ogólnie koncert zaliczam do udanych, choć spodziewałem się większej ilości fajerwerków. Furia rozjebała, Watain dobił zaś Mayhem okazał się być tylko miłym dodatkiem do pozostałych bandów. A w przyszłym roku nie mniej ciekawie w Polszy: Secrets Of The Moon, Triptykon, Nekkrofukk… będzie się działo…