Metalmania 2018; Katowice, Spodek; 7.04.2018

 

Przyznam, że w zeszłym roku byłem dość sceptycznie nastawiony do powracającej Metalmanii, skutkiem czego po prostu ją odpuściłem. Natomiast gdy w tym roku gruchnęła informacja, że headlinerem będzie Emperor, a dodatkowo na deskach pojawią się Asphyx czy Destroyer666 to już wiedziałem na co przeznaczę pieniążki.

Pamiętam, że na ostatnią edycję Metalmanii, na jakiej się pojawiłem, to jest równo dziesięć lat temu z Rzeszowa to jechały dwa autokary, a teraz to trudno było się dogadać co do składu, bo jaśniepaństwo musi samochodami, hehe… Tak czy siak w BDB ekipie pięcioosobowej wyruszyliśmy do Katowic około 10 rano. Na drugie śniadanie kupiliśmy sobie Żubrówkę, na popychacz Karotka (czyli tak zwane łakocie i witaminy) i w tak pięknych okolicznościach przyrody stawiliśmy się zaraz po południu w Katowicach. Pierwsze piąteczki zbijane były już po drodze, na przystankach i tak dalej, a pod Spodkiem ich ilość po prostu wzrosła znacząco. Zajebista pogoda sprzyjała piwkowaniu w plenerze, ale najpierw obowiązki – trzeba się podpisać, przyjąć plakietkę z dumnym napisem PRESS i dopiero wtedy udać się po zasłużone piwko oraz sprawdzić co tam na merchu słychować. Co do kwestii organizacyjnych nie można mieć zarzutów (no może poza tym, że moje nazwisko zniknęło z listy akredytacji, ale sprawę szybko rozwiązano) – można było swobodnie wchodzić i wychodzić, kolejek do piweczka nie było, samo piwko w Spodku natomiast całkiem smaczne, a nie jakieś siurki. Czy wspominałem o piwku? Do tego strefa foodtrucków przed halą też bardzo dobre rozwiązanie (choć w sumie z dwa trzy dodatkowe też byłyby niezłym rozwiązaniem, bo tu akurat kolejeczki były), ale ogólnie – wszystko in plus. To się chwali, bowiem w latach przed przerwą różnie z tym bywało.

No dobra, pierwszy koncert na jakim się stawiłem to Dead Congregation. Już któryś raz grają w Polsce, a zawsze ich sztuki przechodziły mi koło nosa. Zastanawiałem się, jak wypadną na Dużej Scenie Spodka, bo ich muzyka raczej bardziej pasuje mi do małych, ciasnych klubów, ale Grecy dali radę. Ich numery to była niestety nierówna walka z dźwiękiem (taki standard, każda kapela tak walczyła tego dnia), ale ostatecznie Dead Congregation wyszło z niej obronną ręką. Ich duszny death metal rozpoczął się od intro zaczerpniętego z jakiejś grekokatolickiej mszy i tak też się skończyło. Zaś w niniejszej klamrze zawarło się pół godziny bardzo dobrego metalu śmierci. Słychać u nich i wczesne Immolation czy też smoliste Incantation. Mimo walki z brzmieniem trio nie oddawało pola dźwiękowcowi i maltretowało zgromadzonych swoją muzyką. Publika jeszcze nie dość liczna, jednak niewielki młyn pod sceną się wykręcił, co nie dziwi przy takich „Ony Ashes Remains” czy dziewięciominutowym moloch jakim było „Teeth into Red”. Osobiście uważam, że zagrali bardzo dobry koncert, mimo przeciwności losu.

Po Grekach zaplątałem się rzucić okiem na Małą Scenę, bo tam produkował się Kult Mogił. Przegapiłem ich koncert w Rzeszowie z racji obowiązków, ale na Metalmanii stwierdziłem, że sprawdzę co też Borówa i kamraci pokażą. Trafiłem mniej więcej na połowę setu i cóż – z jednej strony było nieźle, z drugiej jednak wolę słuchać tej kapeli z płyt. Bo ten ich death metal to nie jakieś tam proste nakurwianie (choć i to jest), ale sporo w nim kombinowania (nie mylić z technicznym death metalem). No czegoś mi brakło, a może to przez to, że w miejscu gdzie produkował się Kult Mogił było jeszcze trochu jasno i psuło mi to efekt. Tragedii nie było jednak wolę z płyt. Takie podsumowanie.

Po Kulcie Mogił miałem dołączyć do Pathologista na piwku, ale stwierdziłem, że strasznie jaram się Mekong Delta, nie chciałem więc przegapić ich koncertu. Przeplątałem się przez Spodek, zaglądnąłem tu i tam, aż doczekałem się początku występu Niemców. Z płyt to ja ich uwielbiam, naprawdę. Czekałem więc i czekałem, kiedy kapela wyjdzie na deski Spodka, szczególnie że kumpel Gumiś, który widział ich już na żywca narobił mi smaka. No i w końcu wyszli i zaczęli od „The Cure”. Kurwa, z płyty uwielbiam ten kawałek, niestety live w ogóle mi taka muzyka nie robi. Odczekałem jeszcze do kolejnego numeru, ale gdy poleciało coś z „Kaleidoscope” to jednak stwierdziłem że wolę piwo na świeżym powietrzu. Fajnie z jednej strony patrzeć na te ich wirtuozerię na żywca, z drugiej – w ogóle mnie nie pociągał ich występ.

Poza tym piwko z BDB kolegami było dobrym rozwiązaniem, bo na scenę krótko po godzinie 18 miał wkroczyć Deströyer 666. Oglądanie tych typów na żywca to sama przyjemność, więc udałem się pod scenę już sporo wcześniej, ażeby nie przegapić. Kwartet wbił na deski Metalmanii planowo, samo kocert miał minimalną jednak obsuwę, bo mieli jakieś problemy techniczne. No ale w końcu zaczęli, genialnym strzałem tytułowym z „Wildfire”. KK miał na sobie t-shirt z okładką „Metal & Hell”, czym kupił publikę zgromadzoną w Spodku. Potem już poszło – „A Breed Apart”, „I Am the Wargod”, „Sons of Perdition” – kurwa, ze sceny buchało ogniem, nie żartuję. Kapela w wyśmienitej formie, widziałem ich trzeci raz i zawsze mnie roznoszą. Tym razem niestety grali nieco krócej niż w Krakowie i Wrocławiu, no ale takie prawa festiwalu. Pod koniec zarzucili „Trialed by Fire” który w wersji live brzmi megapotężnie, a na całkowity koniec usłyszeliśmy „Lone Wolf Winter”. Totalnie epicki numer, który całkowicie wrył się w banię i towarzyszył mi i Pathologistowi podczas obalania kolejnych browarków pod Halą. I zachodziliśmy w głowę, jak to jest, że inne kapele chcą zabrzmieć majestatycznie wypadają idiotycznie i pompatycznie, a Deströyer 666 nie? Widać Szatan maczał w tym paluchy. Aha, nie zagrali niczego z nowej EPki, co utwierdza mnie w przekonaniu, że to dość przeciętny materiał.

Po Australijczykach na Dużą Scenę miał wbić Kat & Roman Kostrzewski, ale ja naprawdę, mimo że jestem zagorzałym fanem Kata, mam w dupie oba Katy – nie ważne czy z Romanem, Luczykiem czy Jackiem Hiro. Jebał ich pies. Znajomi mówili, że wypadki nieźle, ale kurwa, zbyt uwielbiam ten zespół z płyt, żeby kalać sobie uszka tym co na scenie (szczególnie, że obecnie nieźle oznacza, że Romek jest trzeźwy i wchodzi w dźwięki częściej niż rzadziej).

Wobec tego, że mieliśmy ciut dłuższą przerwę jako się rzekło obalaliśmy browarki w różnych konstelacjach z mniej lub bardziej wstawionymi kolegami i koleżankami (choć niektórym alkohol wyraźnie niesłuży i raczej polecałbym przyjęcie zasady – „piłeś, nie idź między ludzi”). No ale chuj, młodzież musi się wyszumić. Tak czy siak, kolejnym zespołem, którego nie ma opcji, żebym sobie odpuścił był Asphyx. Kurwa, jak weszli na scenę to nie wytrzymałem i choć miałem tego nie robić – ruszyłem w młyn. No chuj, okazało się, że nie jest ze mną źle a pogłoski o mojej śmierci są zdecydowanie przesadzone. Holendrzy nie pierdolili się również w tańcu, a Martin już na samym początku zapowiedział że zaraz dostaniemy prawdziwy pierdolony staroszkolny death metal. I tak było – ze sceny leciały same killery, a kapela skupiła się raczej na stricte death metalowej odsłonie swojej twórczości. „Vermin”, „Candiru”, „Asphyx”, „Deathhammer” czy ”Wastelands of Terror” to przecież klasyki same w sobie (i chuj, że niektóre całkiem nowe – urok Asphyx polega właśnie na tym). Na sam koniec z kolei dostaliśmy dwa ultymatywne klasyki – „The Rack” oraz „Last One On Earth”. Ta kapela jest naprawdę wielka, a ustawienie jej w metalmanianym prime time było dla mnie świetnym posunięciem – nikt nie był jeszcze aż tak zmęczony, nie liczący tych, którzy przeholowali, więc kto żyw na balety.

Po Asphyx przyszła kolej chyba na najbardziej wyczekiwany zespół tej edycji (a ja słyszałem, że w tym roku był słaby line up, no ja pierdolę…) czyli Emperor. Nie ukrywam, żę to zawsze był dla mnie ważny zespół, za małolata nakurwiałem taśmy, popierdalałem w czopce z ich logiem i w ogóle. Chciałem więc zobaczyć ich choć raz na żywca no i udało się. Już nie pamiętam, o której godzinie Cysorz wtarabanił się na scenę, ale ludzi przed dużą sceną było naprawdę sporo. Szczególne brawo dla jakiegoś buraka, co ze swoją połowiacą położył się najzwyczajniej na podłodze, a potem miał pretensję że nadepnąłem mu na rękę czy cycka, chuj wi. To się nazywa dobór naturalny. Ale nic to – twórcy „Prometeusza” nareszcie przyszli i skąpani w raz niebieskiej, raz zielonej poświacie rozpoczęli show. Każdy pewnie mógłby wybrać sobie jakieś numery, których nie zagrali, a chciałby usłyszeć – na ten przykład dla mnie brakło „The Elegy of Icaros” czy „Night of the Graveless Souls”, no ale nie można mieć wszystkiego. Poza tym naprawdę przekrój przez numery nie był zły – poszło „Ye Entrancemperium”, „Thus Spake the Nightspirit”, wściekłe „Curse You All Men!”, „With Strength I Burn” czy „I am the Black Wizards” – no same, że tak brzydko powiem, black metalowe hity. I na sam koniec „Inno A Satana”. Do tego odegrane w sposób mistrzowski, niemal doskonały. Wszystko mają dopięte na ostatni guzik, wszystko gra i cyka idealnie, wszystko też kręci się wokół Ihsahna, można było odnieść wrażenie, że nawet światła jakby w większym stopniu oświetlały jego niż pozostałych członków. Dla jednych to plus, innym brakło może trochę nutki szaleństwa, improwizacji. Osobiście wiele obiecywałem sobie po koncercie Emperor i koniec końców mi się podobał. Nie był on w mojej opinii najlepszym z tego rocznej Metalmanii, no ale legendę zobaczyłem i nie byłem zawiedziony.

Po Emperor trzeba było nawodnić się piwkiem i grzecznie czekać na koncert Napalm Death. Przyznam, że o tej porze byłem już odrobinkę wyjebany, więc nawet ie schodziłem na dół na płytę, tylko obejrzałem sobie występ Brytyjczyków z wysokości trybun. No i wiem, że sporo osób narzekało na występ Napalm Death to, że zacytuję BDB koleżankę od serca, „przeciętny koncert Napalmów lepszy niż wszystko inne”. No może bardziej podobało mi się Asphyx (efekt świeżości może miał na to wpływ) czy Deströyer 666, ale kurwa podczas całego koncert ekipy z Birmingham micha cieszyła mi się od ucha od ucha. Wokal Barneya i jego akcent to jedno, ale ten typ na scenie jest kurwa opętany. Rzuca się po niej jak z Parkinsonem, do tego wykrzykuje co chwila pełne agresji teksty (podejrzenie Zespołu Tourette’a) – już miałem zacząć się wydzierać, czy na sali jest lekarz. A Napalm Death nakurwiało dalej, nie zważając na moje obawy. Ze sceny przekrój przez ich albumy, z nieśmiertelnymi „Suffer the Childern”, „Scum”, „Breed to Breathe” czy „Inside the Torn Apart”. I nie zabrakło też coveru Dead Kennedys. Barney nie byłby sobą gdyby nie prowadził zajebistej konferansjerki (wiadomo, lewak) więc dla mnie to naprawdę był świetny gig. No trudno, jestem najwyżej w mniejszości z tym twierdzeniem, ale mam to w dupie. Inna sprawa, ja mogę Napalm Death oglądać i słuchać bez końca. I pewnie dla tego po ich secie, mimo zmęczenia ze Spodka wychodziłem z bananem na gębie.

W międzyczasie dostałem od kierowcy krótkiego acz zrozumiałego w formie SMSa („Wypierdalanko. Teraz.”), więc nie miałem innego wyjścia… jak przystanąc jeszcze na moment w celu obejrzenia gigu Anima Damnata. Kurwa, widziałem ich kilka razy i zawsze czegoś mi brakowało w ich setach. Teraz widziałem może z dwa utwory i doprawdy zabrzmiało zajebiście. Killer idealnie napierdalał (wiadomo, kto jak nie on), więc w końcu wszystko zabrzmiało jak należy. Ale realia były nieubłagane – trzeba było się zwijać, takoż też poczyniłem.

No powiem tak – pod względem towarzyskim jak i muzycznym niniejsza edycja Metalmanii była na naprawdę wysokim poziomie. Ilość znajomych przewyższała wszelkie dopuszczalne normy, zespoły też nie zawiodły. Zobaczymy z czym wyskoczą za rok, jeśli skład będzie odpowiadał moim gustom to ja się piszę.

Autor

10182 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

3 komentarze

  • Czy ktoś się orientuje i może podać jakiej grupy białą koszulkę miał wokalista Anima Damnata?
    Można go było zobaczyć przechadzającego się pod Spodku. Z góry dziękuje za info.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *