No i kolejna edycja Metalmanii za mną. Od kilku lat jestem już przyzwyczajony, że jedna sobota marca przypada mi na wyjazd do Katowic, by tam, z innymi maniakami celebrować metal, w różnych jego postaciach. Więc, czegóż to miało być inaczej w tym roku? Zwłaszcza, że na XXII edycji Metalmanii wystąpić miały tak zacne kapele, jak Immolation, Satyricon, Overkill czy Megadeth. No, ale po kolei.

Wyjazd z Rzeszowa w środku nocy, piwka, wódeczka, autokarowe bąki i inne takie ekscesy satanistycznej młodzieży to standard na każdym wyjeździe, czyli nic nowego, wartego opisywania. Miłe rozczarowanie nastąpiło na samym początku, zaraz po przyjeździe do Katowic. Przed Spodkiem jak to przed Spodkiem – grupki kudłatych walą sobie browarki czy inne alkohole, a policjanci krążący wokół jedynie przechodzą, ani nie patrząc w stronę konsumujących. Ci innego, niż w zeszłym roku, kiedy uraczyli mnie i pewnie z kilkadziesiąt innych osób, mandatami w wysokości 100 zyli. Co mogło mieć na to wpływ, czy zmądrzeli, czy może jednak zmiana rządu i represyjności władzy, hehe? Oto wielka tajemnica wiary.

Gdy już zawitaliśmy do gościnnych progów Spodka z małej sceny akurat schodziło Pandemonium. Fuck, bardzo chciałem zobaczyć Pawła i ekipę. Swoją drogą, jestem ciekaw, kto ustawiał grafik, że tak zasłużony zespół jest praktycznie otwieraczem całego festiwalu, no bo o godzinie 10 czy 11 to frekwencja jest naprawdę bardzo niska. W ogóle, poza jedną kapelą, o której powiem później, jedynie twórcy „Devilri” spowodowali, że chciałem odwiedzić scenę w holu gmachu. Czy nie lepiej byłoby zaprosić kilka polskich kapel, zamiast w ogóle nie kojarzonych zespołów na przykład z Botswany (nic im nie umniejszając)? Przecież jeszcze z trzy, cztery lata temu, małą scenę okupowały takie nazwy jak Quo Vadis, Azarath czy Thunderbolt…

Pierwsze kapele na dużej scenie sobie odpuściłem, bo z całym szacunkiem, ale metalcore’a to ja już mam naprawdę powyżej uszu i aż szkoda, że na festiwal z „metalem” w nazwie zaprasza się takie cuś. Ja wiem, że to kwestia gustu i wszystkich trzeba zadowolić, ale bez przesady… Pierwszym bandem jaki przyszło mi zobaczyć był dubliński Primordial. Na marginesie moich wywodów zaznaczę, że w końcu to Irlandczycy zawitali do Polszy, a nie na odwrót, hehe… Tak, jestem złośliwy. Okej, teraz na poważnie. Przed sceną podczas ich występu zebrała się niezbyt liczna grupka fanów, no ale jak już wspomniałem, godzina była jeszcze dość wczesna, a i sam Primordial nie jest jakoś zabójczo popularny, sam zresztą zainteresowałem się nimi dopiero przy okazji „To The Nameless Dead”. Ale wracając do meritum – ich charakterystyczny black metal, któremu bliżej do „Hammerheart” niż do, dajmy na to, „Under The Sign Of Black Mark” z płyt wypada rewelacyjnie. A jak na koncercie? Na koncercie wypada również rewelacyjnie, jeśli chodzi o muzykę. Jednak już sama oprawa gigu była średnia – jedyną osobą, która robiła jakikolwiek ruch na scenie był wokalista Alan, który swoją gestykulacją i sposobem śpiewania, próbował tworzyć jakąś dramaturgię koncertu. I powiem tak: sama muzyka została odegrana w świetny sposób, a Alan ma naprawdę potężny głos. Jednak rodzaj muzyki, jaki wykonuje Primordial nie jest rodzajem muzyki wybitnie koncertowej. Właściwie to w ogóle nie jest. Ich utwory są długie, dlatego też w secie znalazły się bodaj tylko cztery, w tym dwa z ostatniego albumu: „Empire Falls” oraz „As Rome Burns” o ile mnie pamięć nie myli. Tak więc, mimo doskonałego warsztatu, gig Irlandczyków nie porywał na żywo, tak jak dźwięki płynące w domowym zaciszu.

Po Primordial naszła nas ochota na uzupełnienie braków gospodarki wodnej naszych mężnych organizmów, więc wybraliśmy się z kolegą Choronzonem na romantyczny spacer w celach konsumpcyjnych. Nie zabawiliśmy w knajpce przy Spodku długo, bowiem wkrótce zacząć miał się set Szwedów z Marduk. Gdy weszliśmy z powrotem do hali, Morgan i ekipa właśnie wchodzili na scenę. Weszli, zaczęli grać i… ojoj. Jakoś tak niemrawo, jakoś tak bez serca. Widziałem koncert Pancernej Dywizji na Metalmanii jeszcze z Legionem na wokalach parę lat temu i powiem Wam, że wtedy podobało mi się o wiele bardziej. Sytuacja na scenie była podobna do tej z koncertu wcześniejszego – jedyny ruch animował na scenie gardłowy zespołu, bo Morgan i reszta grali tak, jakby myślami byli gdzieś daleko stąd – nie wiem, czy to była knajpa, stołówka, następny koncert czy cokolwiek innego. Wytrzymaliśmy jedynie cztery czy pięć utworów, a na początek poleciały głównie nowsze rzeczy, z ostatniej „Rom 5:12” i „Plagueangel”. No tak jak mówię, zostały one odegrane raczej na przysłowiowy „odpierdol”. Lepiej sprawa miała się z „Materialized In Stone”, przy którym jakoś tak żwawiej na scenie się zrobiło, ale decyzja o ewakuacji zapadła i wycofaliśmy się do baru.

Kolejny akt na dużej scenie Metalmanii 2008 nosił nazwę Flotsam And Jetsam, ale niestety ich również nie uświadczyłem na żywo, mało tego, nie zobaczył ich chyba nikt z moich znajomych. Za to obowiązkowo stawiłem się na koncercie czterech miłych gości z Nowego Jorku, czyli potężnym Immolation. W końcu ich dorwałem! Mieli już raz zagrać na Metalmanii ileś tam lat temu, no ale niestety nie dojechali (może dlatego, że w tym samym czasie mieli anonsowaną trasę z innym zespołem i jakoś się nie potrafili rozdwoić). Pamiętam też, jak rzucałem kurwami, gdy odwołana została ich mini trasa po Polsce, która miała zahaczyć również o Rzeszów. Można więc powiedzieć, że Immolation to taki mój biały jednorożec, którego za cholerę nie udawało mi się dotychczas złapać. No ale nie tym razem. Teraz to ten jednorożec nadział mnie na swój róg i wypatroszył, ale w sposób zbliżony do innego zwierzęcia. Do nosorożca mianowicie. Panowie weszli na deski Spodka i rozpierdolili wszystko, co tu kryć. Jak dla mnie jest to chyba obecnie najlepszy death metalowy zespół na tym marnym kawałku Ziemi. Nie pamiętam od czego zaczęli, nie pamiętam co tam po kolei leciało, bo zaraz po pierwszym uderzeniu Shalaty w bębny tłum pod sceną, w tym i ja, rzucił się w opętany mosh, w którym nie liczyły się ręce, nogi, żebra, zęby, nie liczyło się nic. Zdawało mi się, że zespół i maniacy pod sceną napędzali się wzajemnie, im więcej szaleństwa miało miejsce pod sceną, tym bardziej morderczo było na deskach. Maniacy, w tym i takie chucherko jak ja, co i rusz odstawiali stage diving, irytując tym ochronę stojącą między barierkami a podium sceny. Ross z zawziętością buldożera ryczał swe partie do mikrofonu, podczas gdy spod palców Vigny wypływały coraz to kolejne riffy. Gość wywijał gitarą, jakby z nią walczył, chciał ją złamać, roztrzaskać, a na twarzy pojawiały się cały czas grymasy mogące zdradzać szaleństwo. Gdy tych czterech kolesi zaczęło swoje show, deski dużej sceny wydały się nagle takie małe… Co ciekawe, poza sceną to normalnie strasznie cisi goście, przemykający między tłumem w hallu praktycznie nie zauważeni. Ze sceny Usłyszeliśmy około ośmiu kawałków, ale jak pisałem wcześniej, naprawdę nie pamiętam wszystkich tytułów, wiem na pewno, ze poleciało w publikę „Immolation”, chyba „Sinful Nature”… Niestety nie usłyszeliśmy „Father, You’re Not A Father”, którego domagała się publika, za to na odchodne dostaliśmy w pysk strzałem pod wezwaniem „Bring Them Down”. Wspaniałe zakończenie świetnego setu. Długo jeszcze trwało, nim dotarło do mnie, że Immolation zeszło ze scen. W glorii i chwale oczywiście.

Po Immolatio szybki browarem i z powrotem do Spodka, by zobaczyć początek setu Duńczyków z Artillery. Dlaczego początek? Bo kurwa mać, jakiś jebany w pierdoloną dupę ćwierćkurwainteligent ustawił równocześnie dwie kapele, na które miałem ochotę. Żeby było śmieszniej, obie kapele grały wyborny thrash metal. Różniło je jedynie, bagatela dwadzieścia lat wieku. Tak, Artillery grało równocześnie z Evile – sytuacja równie mądra, co ustawienie w 2003 roku w jednym momencie Azarath i Malevolent Creation. Gdyby głupota umiała fruwać, ktoś mocno przypierdoliłby łbem o sklepienie Spodka… dobra użyłem sobie, przejdźmy do konkretów. Artillery weszło na scenę i w gruncie rzeczy zagrało całkiem niezły set. Widziałem jedynie pierwsze kilka utworów, ale z czystym sumieniem stwierdzam, że szło im, mimo przeszło czterech krzyżyków na karku całkiem dobrze. Co prawda nie biegali po scenie, nie rzucali się w tłum i tak dalej, ale mi i wielu osobom to wystarczyło. Z kawałków, które usłyszałem rozpoznałem „Out Of The Sky” i „Almighty”, podczas których publiczność pokazała, że nieobce są jej teksty utworów thrashersów z Danii. Zespół czerpał przyjemność z występu na Metalmanii, uśmiechali się, a Adamsem w pewnym momencie ze zdziwnieniem, złapał rzuconą na scenę… podeszwę. No i co się dziwisz, wszak Polacy to maniacy, haha! Koncert był moim zdaniem przedni, ale żeby oddać sprawiedliwość, części wycieczki z Rzeszowa nie przypadł wybitnie do gustu. Ja jednak sam z przyjemnością został bym do końca, ale na małej scenie rozstawiał się zespół, którego nie chciałem przegapić.

Evile (czytaj „iwajl” – z połączenie „evil” i „vile”, bo na koncercie to różną różnistą wymówę podczas skandowania dane mi było słyszeć) poznałem zaraz po ich debiucie „Enter The Grave”, który zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Zresztą samych chłopaków spotkałem na godzinkę przed koncertem, ale że za moment mieli rozstawiać się ze sprzętem, to wymieniliśmy tylko kilka uprzejmości (nie omieszkałem napomknąć, że to ja jestem ten upierdliwiec, który męczył ich o wywiad, hehe). Po jakimś czasie na scenę weszło czterech skromnych kolesi, wzięło do ręki instrumenty i nagle poleciał z tamtej strony barierek taki ogień, ze dobrze, że jestem łysy, bo niewątpliwie przysmoliłbym sobie końcówki! Goście tryskają energią, jakbym oglądał stare materiały Metalliki, czy Testament i wcale tu nie przesadzam. Nawet Choronzon, którego trochę siłą zaciągnąłem na ten akurat koncert zmienił szybko zdanie po pierwszych taktach „First Blood”. Thrash’owa świeżość tryskała ze sceny, że aż się chciało krzyczeć: To idzie młodość!!! Dynamiczna gra Ol’a, który wycinał solóweczki jak stary wyga, zachwycała publiczność, a i wokalista/gitarzysta Matt dobrze wywiązywał się ze swej roli frontmana, zapowiadając poszczególne kawałki. Utwór „Thrasher” zadedykował, a jakże by inaczej, zgromadzonym pod sceną maniakom, a tych z kolei długo nie trzeba było zachęcać do dzikiej zabawy przy dźwiękach angielskiego bay area thrash’u. Evile poczęstowało nas większością kawałków pochodzących z debiutanckiego „Enter The Grave”, między innymi tytułowym numerem, czy świetnym „We, Who Are About To Die”. Kapela jest młoda, ale silnie promowana przez Earache Records, między innymi dzięki czemu czwórka Anglików obecnie przebywa na trasie z gwiazdą tegoroczne edycji Metalmanii – Megadeth. Pewnie dlatego też mieliśmy to szczęście zobaczyć ich na żywo w Katowicach. Świetna kapela, świetny występ, niech żyje thrash!!!

Evile zakończyło koncert, a nasza ekipa plus świeżo zapoznani nowi koledzy (hello Jaworzno!!!) szybkim sprintem udaliśmy się do najbliższego sklepu po złoty napój. Swoją drogą, pomysł z opaskami na rękę, dzięki którym można wchodzić i wychodzić jes bardzo dobry i sprawdza się od kilku lat! A więc tym razem postanowiliśmy odpuścić sobie kolejny koncert, no bo Vader to widziałem już kilka razy, wolałem więc zimne piwo i jakiś posiłek w postaci stałej, nie płynnej, by nabrać sił. Odbyliśmy też rekonesans stoiska z merchandiesem i po zlustrowaniu cen zacząłem się zastanawiać, ile koszulek Artillery w cenie 130 PLN (!) albo bluz Overkill za jedyne 199 PLN (!!!) znalazło nabywców. Naprawdę, niektórzy to mają dosyć marne pojęcie o naszych realiach. Zdegustowani drożyzną panującą na tym stoisku pofatygowaliśmy się na gig kolejnego tego dnia black metalowego monstrum – Satyricon. Dużo obiecywałem sobie po tym koncercie, zwłaszcza, że narobiłem sobie smaka ostatnią produkcją Norwegów. Kapela weszła na scenę i co poniektórzy przeżyli lekki szok – Satyr ściął kudły i obecnie wygląda jak ten śmieszny gangster z „Chłopaki Nie Płaczą” – Psikutas bez Es, haha! Okej, ale na poważnie teraz, nie pamiętam od czego zaczęli, chyba od „Pentagram Burns”, ale publika ponownie była wpiekłwzięta. Podobnie jak i niżej podpisany. Potem poszedł kolejny strzał z genialnej „Now, Diabolical”, a konkretnie utwór tytułowy i nie mogłem sobie darować – poszedłem w tany na całego. I powiem Wam w sekrecie, że to całkiem miłe uczucie, gdy tłum przenosi Was na rękach, a wy drzecie się w najlepsze „Noooooow! Diabolicaaaaaaaal!”, hehe. To są rzeczy bezcenne, a Satyricon powinien dostać angaż do reklamy Master Card. Frost napierdalajacy blasty i równocześnie machający łbem, Satyr przechodzący się z mikrofonem na statywie z rogów, szalejąca na klawiszach Jonnę. Niestety, Satyr podczas tego koncertu musiał mieć coś słabszy dzień, bo w jego głosie nie było takiego ładunku energii jak na płycie, nie było tej buty, agresji. Nie był to zły koncert, bo przecież takie utwory jak „K.I.N.G.” zawsze się obronią, lecz cały czas miałem wrażenie, że Satyr nie przykłada się do tej sztuki w 666%. Jednak ogólne wrażenie jak najlepsze, a w zderzeniu ze sztuką Marduk to w ogóle nie było nawet co porównywać. W publikę poleciało również, jak to zapowiedział przed chwilą wymieniony wokalista, „Possessed” – utwór, który zagrali po raz pierwszy na żywo czy „Fuel For Hatred”. Praktycznie nic za to się nie pojawiło z wczesnego okresu duetu z Oslo. No i na sam koniec utwór, którego tytuł był skandowany od początku koncertu i którego po prostu nie mogło zabraknąć – „Mother North”. Ten kawałek to już jest chyba oficjalny hymn black metalowej sceny, takie norweskio – blackowe „Fear Of The Dark” śpiewane przez wszystkich wraz z wokalistą Satyricon. Po nim nietaktem byłoby odegranie jeszcze jakiegoś utworu. Na sam koniec zespół podziękował za gorące przyjęcie, a Frost rzucił w widownię pałeczki. Jedna z nich trafiła stojącą zaraz obok mnie laskę może z centymetr nad okiem – będzie miała co opowiadać wnukom, hehe. Podsumowując – koncert niezły, ale mogło być lepiej.

Trochę się nam niestety przedłużyło i spóźniliśmy się na koncert legendy (tak, nie boję się użyć tego słowa) thrash metalu – Overkill. Gdy weszliśmy do środka panowie byli już w połowie setu. Ale już z hallu można było usłyszeć głos, ten jedyny w swoim rodzaju głos. To na scenie rządził Bobby Elsworth. Moim skromnym zdaniem najbardziej charakterystyczny i prawdopodobnie najlepszy gardłowy thrashowej sceny. Chudzielec skakał po deskach, podobnie jak i reszta kapeli, był cały czas w ruchu. Nie omieszkał przypomnieć, że pierwszy raz zagrali na Metalmanii w 1987 roku. 21 lat temu, ja pierdolę. A energią nie ustępowali ani na milimetr młodzieńcom z Evile. Wspaniałe brzmienie i atmosfera prawdziwie thrashowego święta na deskach sprawiła, że prawie się łezka w oczku temu Oraclu zakręciła, hehe. Overkill jak asami z rękawa sypał kolejnymi hitami. A to poleciało „Wrecking Crew” a to „Old School”. Stałem dość daleko od sceny tym razem, ale dzięki temu mogłem obserwować cały ten czas sypiący się ze sceny. Niestety nie usłyszałem dobrego koncertowego killera z ostatniej płyty, zatytułowanego „Walk Through Fire”, nie wiem, czy poleciał zanim zjawiłem się na tym wyśmienitym show, czy w ogóle tego wieczora go nie odegrali. Za to przebojem Metalmanii (przynajmniej wśród moich znajomych), który nuciliśmy sobie już do końca wyjazdu była piosenka kończąca cały występ Brooklynczyków – „Fuck You”. Oczywiście podczas refrenu tejże nie obyło się bez strzelania w powietrze butnymi fuckami, hehe. Po skończonym secie Blitz zeskoczył ze sceny by przybić piątki fanom w pierwszym rzędzie, powrócił na scenę i kapela dokończyła utwór. Fuck You! Wspaniałe zakończenie, a za swoje spóźnienie będę sobie pluł w brodę do grobowej deski… fuck!

Przedostatnią kapelą tego wieczoru był amerykański Dillinger Escapa Plan. Sorry, ja wiem, że to mało profesjonalne, nie widzieć podobno tak ważnej kapeli, ale co tam. Cham jestem i prostak. Wybrałem alkohol w dobrym gronie, bo ta muza naprawdę mnie nie interesuje. Poza tym, nie wiem czy tylko ja miałem takie odczucie, ale Overkill jest trochę bardziej zasłużoną kapelą niż Dillinger, podobnież sprawa ma się z Immolation czy Satyricon. No ale ktoś patrzy raczej na zgoła inne notowania, więc nic na to nie poradzę. Dobra, po ochłodzeniu gardziołka zimnymi Tyskimi (i tak Okocim rules!) udaliśmy się do hali Spodka, gdzie właściwie zbierał się coraz większy tłum. Wszyscy czekali na bezsprzeczną gwiazdę tegorocznej Metalmanii. Dopchałem się prawie pod same barierki stałem i w duchocie, jaka tam panowała, czekałem na początek koncertu Megadeth. Na deskach stała już pokaźnych rozmiarów perkusja, a tłum niecierpliwie skandował nazwę kapeli ze Stanów. Gdy oczekiwanie się przedłużało na scenę wyszedł pan i powiedział, że jeszcze chwilkę, bo tego wieczoru rudzielec z kapelą kręcą swoje DVD no i muszą się przygotować na tip top. Po chwili zgasły światła a na scenę weszły cztery postaci, w tym jedna z doskonale znaną rudą fryzurą. „Hello Poland! It’s good to be here!” zakrzyknął Mustaine i zaczęli grać. Na pierwszy ogień poszło „Blackmail The Universe”, no a ludzie pod sceną dostali amoku. Świetne brzmienie, gitarowe pojedynki Mustaine’a i Brodericka, wspaniała gra perkusisty. Prawa flanka obstawiona przez Brodericka („ale ciacho z niego” usłyszałem, jak jedna ze stojących za mną lasek krzyczy w przerwie między kawałkami do drugiej – no chyba, że to o mnie chodziło, hehe), lewa – Lorenzo, po środku Mustaine a nad nimi na perkusji, naprawdę dużej perkusji, górował Drover. Kolejny numer, jak to rzekł Dave „dla pobudzenia”- „Wake Up Dead”. A temperatura rośnie! Pod sceną headbanging, ale w takim ścisku było to średnio wygodne, w środku młyn, a na scenie potęga. „Tym razem będzie mniej pieprzenia, więcej grania! Oto <<Skin Of My Teeth>>!” i dalej, racząc nas wspaniałym heavy/thrashem! Brzmienie mieli idealne, niemal jak z płyt, a chwalić ich za sposób grania byłoby grubym nietaktem, wszak goście zjedli na tym zęby, zjeździli cały świat i są naprawdę wielcy! Udowadniali nam to zresztą cały czas takimi koncertowymi killerami jak „Tornado Of Souls”, „A Tout Le Monde” (choć to akurat trochę lżejszy utwór, niemniej jednak cała sala śpiewała po francusku refren… albo udawała), posępnym „In My Darkest Hour” czy obowiązkowym „Symphony Of Destruction”. Mustaine bezsprzecznie rządził na scenie, biegając z gitarą, wycinał solóweczki, że szczęka na podłogę leciała sama. Następnie z nowszych utworów usłyszeliśmy między innymi „Kick The Chair”, zagrane szybciej niż na płycie, podobnie zresztą jak wszystkie kawałki Megadeth, które podczas występu na żywo nabierają dodatkowego kolorytu i po prostu dostają kopa! Przez cały gig Mustaine’a i jego ekipy bawiłem się wyśmienicie, oglądała ich przeważająca część ludzi, którzy w tegoroczny Dzień Kobiet przyjechali do Spodka. I nie wiem jak inni, ale ja nawet nie poczułem, jak minęło półtorej godziny przeznaczone dla gwiazdy tej edycji. Kapela skończyła grać i zeszła ze sceny, ale pewnie wszyscy czuli, że to nie może być koniec. „Me-ga-deth, Me-ga-deth!!!” wyrywało się z gardeł widzów. No i zespół posłuchał. Wrócili na scenę, ale zagrali jedynie jeden bis. Za to jaki – „Holy Wars… The Punishment Due”! Yes, yes, yes!!! Wspaniałe zakończenie! Spodek szaleje, ja szaleję, Megadeth zadowolone, Katowice zdobyte! Po tym numerze triumfalnie zeszli ze sceny, a widownia zaczęła zbierać się do wyjścia.

XXII edycja Metalmanii wypadła bardzo dobrze, choć mam wrażenie, że niektórym zespołom brakowało tego czegoś, tego flow 😉 , na które liczyło wielu, a przynajmniej ja. Niemniej jednak dzięki takim świetnym występom jak Overkill, Evile, Immolation czy Megadeth na mojej gębie gościł olbrzymi banan i nawet teraz gdy piszę te słowa na samą myśl pojawia się znowu! Dzięki, Katowice, do zobaczenia za rok!